Kurierzy rowerowi - na ostrym kole z Wrocławia do Etiopii

Rozmawiała Aneta Augustyn
18.11.2009 , aktualizacja: 18.11.2009 17:12
A A A Drukuj
Jeszcze kilka lat temu w Polsce nie było żadnego kuriera rowerowego, teraz jest nas kilkuset. To nie tylko praca, ale cały life style - mówi Paweł Puławski, współzałożyciel firmy Wrocławscy Kurierzy Rowerowi, pierwszej takiej we Wrocławiu
Wrocławscy Kurierzy Rowerowi. Od lewej: Paweł Puławski, Michał Kolenda, Maciek Tucholski, Radek Tabor
Paweł Kozioł
Wrocławscy Kurierzy Rowerowi. Od lewej: Paweł Puławski, Michał Kolenda, Maciek Tucholski, Radek Tabor
Aneta Augustyn: Zdarza wam się odmówić klientowi?

Paweł Puławski*: Tak, nie podjąłem się zlecenia, gdy pewien wrocławianin chciał, żebym dostarczył rowerem cały zderzak samochodowy do Lublina.

Radosław Tabor*: Ja rozczarowałem panią, która oczekiwała, że wezmę na plecy jej paprotkę w wielkiej donicy. Sęk w tym, że to była paproć o rozmiarach prehistorycznych. Kiedy grzecznie odmówiłem, pani zapytała, czy chociaż nie podrzuciłbym pralki Frani znajomym.

Poza tym wozimy właściwie wszystko, z wyjątkiem pieniędzy, materiałów wybuchowych oraz szczątków ludzkich i zwierzęcych. Najczęściej są to dokumenty od ubezpieczycieli, tłumaczy, notariuszy, projekty od architektów, banery z agencji reklamowych, wizytówki z drukarni. Czasem jesteśmy ostatnią deską ratunku, bo trzeba zdążyć z ofertą na przetarg, który zaraz się zamyka. Jedziemy wówczas według specjalnej ekspresowej taryfy; jest też taryfa eko, kiedy klientowi nie zależy tak bardzo na czasie. Bywa, że robimy po mieście rundę z jednym papierem, na którym musimy zebrać kilka wymaganych pieczątek.

Zdarzają się gry komputerowe, śledzie do namiotów, reflektory samochodowe, protezy zębowe, tort urodzinowy, zgrzewka mleka do kawy w firmie albo 13 kilogramów śrubek do fabryki. Często bukiety kwiatów.

P.P.: Pewien biznesmen ma akwarium w firmie, zabrakło ma pokarmu dla ukochanych rybek. Jechałem po precyzyjnie opisaną karmę do wskazanego sklepu. Jeździmy przez cały dzień, nie narzekamy na brak zleceń. Cieszy nas, że mamy stu stałych klientów, którzy nam ufają i - jak dotąd - żadnej reklamacji.

Konkurencja depcze wam po kołach?

R.T.: We Wrocławiu jesteśmy jedyną firmą, poza tym jest tylko kilku wolnych strzelców. W Poznaniu czy Krakowie istnieje po kilka takich firm, w stolicy - kilkadziesiąt. Kurierka rozwija się w Polsce dopiero od lat 90., w sumie jest nas 300-400.

Pomagamy sobie: jeśli ktoś we Wrocławiu chce nadać szybką przesyłkę na drugi koniec Polski, oddaję ją konduktorowi i dzwonię do chłopaków w Gdańsku albo Lublinie. Kurierzy rowerowi to specyficzna grupa biznesowa, która tworzy zgraną społeczność: znamy się po imieniu, robimy przejazdy z okazji urodzin któregoś z nas, jeździmy na mistrzostwa kurierów.

Tegoroczną polską edycję przygotowaliśmy we Wrocławiu: zjechali ludzie nie tylko z całego kraju, ale też z Chile, Niemiec, Kalifornii... Mistrzostwa świata w tym roku były w Tokio, w 2011 r. to Polacy będą gospodarzami, na torze w Pruszkowie. Regularnie spotykamy się na alleycatach, czyli miejskich wyścigach z zadaniami do wykonania - trzeba odnaleźć trudny adres, ukrytą talię kart, dostarczyć udawaną przesyłkę.

Kurierka to nie tylko praca, ale i styl życia?

P.P.: Tak, inni rowerzyści przejmują od nas elementy tego stylu: noszą zapięcia rowerowe w talii jak paski, robi się też moda na obszerne torby kurierskie. Nasz znajomy otworzył firmę, która szyje torby specjalnie dla kurierów: z nieprzemakalnej kordury, z całym systemem pasków i kieszeni, spięte francuskimi klamrami spadochronowymi, które są niezawodne.

Najważniejszy w wizerunku kuriera jest oczywiście rower.

Przedmiot kultu?

R.T.: Prawie tak; to już nie tylko narzędzie pracy, ale niemal fetysz (śmiech). Jedna z polskich firm właśnie wypuściła na rynek pierwszy rower specjalnie dla kurierów, który dostaliśmy do testowania. Nie jest zły, ale mam wątpliwości, czy się przyjmie, bo cały sznyt polega na tym, żeby mieć pojazd niepowtarzalny. Kurierzy sami składają swoje bicykle, miesiącami wyszukując części w internecie czy w warsztatach. Każdy jest inny. Mój był spawany na zamówienie przez rzemieślnika w małym warsztacie pod Manchesterem.

P.P.: Mój ma oldskulową ramę Romet Wicher - na takich wyścigówkach rywalizowali torowcy w PRL. Pewien kurier w Anglii urządził w morzu pochówek swojej połamanej ramy: wszedł z nią do wody po pas i złożył w falach. Tak, jesteśmy zafiksowani na rowerach (śmiech).

Nie obawiacie się kradzieży?

R.T.: Zakładamy mocne stalowe zapięcia, poza tym złodzieje za bardzo się nie łakomią. Kiedyś jeden próbował uciekać na rowerze kolegi, a my tylko się przyglądaliśmy. Zgodnie z oczekiwaniami wyleciał na najbliższym skrzyżowaniu. Mało kto potrafi jeździć na ostrym kole.

Skąd wzięła się ta nazwa?

R.T.: Do tej pory nie wiadomo, ale ostre koło to znak rozpoznawczy kurierów. Chodzi o rower pozbawiony hamulców, maksymalnie odchudzony: bez przerzutek, manetek, amortyzatorów, błotnika, bagażnika. Wymaga wprawy, ale pozwala jechać szybko, lekko i płynnie; śmigamy po Wrocławiu z prędkością 30 kilometrów na godzinę.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów