Paryski szał rowerowy
23.04.2009
, aktualizacja: 23.04.2009 16:42
Jest zgrabny i uwielbiany, doczekał się nawet piosenki. Paryżanie sięgają po niego 100 tysięcy razy dziennie, a miasto zarabia na nim 15 milionów euro rocznie. Paryż ogarnęła vélibomania. - To sukces, jakiego nikt się nie spodziewał - mówią paryscy decydenci i zwykli mieszkańcy

Fot. Aneta Augustyn / AG
Matthieu Buffenoir, inżynier: - Vélib jest idealny na włóczęgi nad Sekwaną

Fot. Xavier Caupenne
Florent Nouvel, nauczyciel i kompozytor, autor hymnu o vélibach

Fot. Aneta Augustyn / AG
Paryscy cykliści mają do dyspozycji 370 km ścieżek

Fot. Aneta Augustyn / AG
Największe wzięcie rowery mają rano i późnym popołudniem, w godzinach szczytu

Fot. Aneta Augustyn / AG
Rowery miejskie

Fot. Aneta Augustyn / AG
Robert Gildas z paryskiego merostwa, odpowiedzialny za véliby, dojeżdża do pracy jednym z nich
ZOBACZ TAKŻE
- Korki w wielkich miastach sprzyjają rowerzystom (02-03-11, 19:30)
- W Polsce strach jechać rowerem (06-01-10, 07:40)
- System wrowerów: raczej Barcelona niż Paryż (09-05-09, 08:00)
Pomysł był prosty: bardzo dużo miejskich rowerów, tanich, dostępnych przez całą dobę, przez cały tydzień, w każdym zakątku Paryża. Tak przed dwoma laty powstał paryski jednoślad. Nazwę wymyślili miejscy urzędnicy: vélo (rower) i libre (wolny) dały słowną zbitkę vélib. Szary, z koszykiem i kilkoma przerzutkami, odpowiednio wzmocniony. Niby nic nowego, na rowerach jeżdżą masowo Holendrzy czy Skandynawowie, a jednak to paryski publiczny system wynajmu rowerów, największy we Francji, stał się fenomenem.
Po pierwsze - vélibem można jeździć niemal za darmo; wystarczy zmieniać go co pół godziny.
Po drugie - véliby są naprawdę wszędzie, paryżanie mają do dyspozycji prawie 21 tys. rowerów wpiętych w półtora tysiąca stacji. Bierzesz pojazd na jednej z nich, porzucasz na dowolnej, w całym mieście.
Flaga na maszt, vélib jest nasz
Vélib jest wygodny, bezpieczny, dostosowany dla każdego. Daje poczucie swobody bez zobowiązań: nie musisz oddawać go w tym samym miejscu, nie musisz o niego dbać, naprawiać, troszczyć się o przechowywanie. I przede wszystkim pozwala szybko poruszać się po metropolii: zwłaszcza w godzinach szczytu, kiedy miasto opasują korki i zwłaszcza podczas strajków miejskiej komunikacji.
Vélib jest stylowy, a dla czułych na estetykę paryżan to nie bez znaczenia. Pojazd, który zdobył już kilka nagród za wzornictwo, zaprojektował Patrick Jouin, młody projektant pracujący m.in. z Philippem Starckiem, firmami Alessi i Renault. Wymyślił także kształt roweromatu, który stoi przy każdym stojaku: opływowa, zwężająca się ku górze sylwetka ma przypominać drzewo. Perłowoszary kolor roweru wybrał sam Bertrand Delanoë, mer Paryża.
- To barwa elegancka, harmonijnie współgrająca z zabytkami. Rowery nie mogły być jaskrawe, żeby nie kontrastować i nie psuć wyglądu miasta; zwłaszcza, że jest ich tak wiele - mówią urzędnicy z magistratu.
Paryż wystartował w lipcu 2007 roku, wielką pompą: miasto było zaplakatowane, mer odbył honorową vélibo-rundę, na stacjach wolontariusze tłumaczyli, jak działa system. Jeżdżenie vélibem szybko stało się w Paryżu bardzo en vogue.
Robert Gildas z paryskiego merostwa, odpowiedzialny za véliby: - Wybraliśmy lipiec, przekonani że miesiąc wakacyjny, swobodniejszy, z gwarantowaną pogodą, zachęci paryżan, żeby wsiąść na rowery. Tak naprawdę mieliśmy sporo obaw, czy cały ten system się przyjmie, bo wcześniej nie było u nas, tak jak np. w Amsterdamie, specjalnej tradycji codziennego używania rowerów. Ruszaliśmy więc w wielkiej niepewności, tymczasem to, co się zdarzyło, przerosło wszelkie oczekiwania. Już pierwszego dnia - kompletne szaleństwo. Trudno było o wolny rower, bo mieszkańcy byli ciekawi nowego. Zaledwie po miesiącu miasto fetowało milionowego użytkownika.
Vélibmania
Lucie Blain przekonała się do véliba od razu. - To był sukces od samego startu, wszyscy chcieli go wypróbować - opowiada młoda paryżanka.
Lucie nie ma prawa jazdy ani samochodu, podobnie jak połowa paryżan. - Auto u nas to tylko utrapienie: wielogodzinne korki, wandalizm, problem z parkowaniem, brak garaży. Rower jest znacznie lepszym rozwiązaniem - uważa. Nie jeździ nim do pracy, traktuje jako środek lokomocji podczas wypadów do kina, do parku, do przyjaciół. - Jedyna uciążliwość, to jego ciężar; waży 22 kilo i nie prowadzi się zbyt lekko. No i trzeba zawsze uważnie go obejrzeć: bywa, że hamulce puszczają, że kierownica jest skrzywiona. Poza tym ma same zalety. Mam wrażenie, że odkąd pojawiły się te rowery, ludzie trochę zwolnili, są bardziej zrelaksowani - dodaje.
Żeby skorzystać z pojazdu, trzeba mieć kartę kredytową. Reszta jest opisana na roweromacie, w ośmiu językach, z arabskim i chińskim włącznie. Wystarczy kliknąć na odpowiednie guziki, żeby system nas zidentyfikował, sprawdził, czy mamy na karcie 150 euro, które jest zabezpieczeniem na wypadek kradzieży i wyświetlił numery proponowanych egzemplarzy do wzięcia. Bilet jednodniowy kosztuje 1 euro, tygodniowy - 5, roczny - 29. Mamy minutę, żeby odpiąć wybrany rower. W razie wątpliwości można zadzwonić pod całodobowy "Allo Vélib"
Robert Gildas: - Centrum jest coraz bardziej zakorkowane, więc chcieliśmy namówić mieszkańców, żeby przesiedli się z samochodów na rowery. Potraktowaliśmy véliby jako alternatywny środek transportu, do pracy, szkoły czy na zakupy, a nie rower do całodziennych przejażdżek rekreacyjnych. Stąd sposób naliczania: pierwsze pół godziny jest bezpłatne. Potem system ściąga z karty kredytowej euro za dodatkowe pół godziny, dwa euro za następne, cztery euro za kolejne. Słowem, opłaca się jeździć na krótkich trasach.
Vélib długodystansowy
Jednak wbrew sugestiom decydentów, paryżanie nie traktują véliba wyłącznie jako pojazdu krótkodystansowego. Z upodobaniem wymieniają go co pół godziny na inny i w ten sposób przez cały dzień jeżdżą za euro. Nie mają z wymianą najmniejszego problemu: sieć stojaków jest bardzo gęsta, dzieli je nie więcej niż trzysta metrów.
Bertrand, starszy pan, którego spotykam w południe na ulicy Vieille du Temple w dzielnicy Marais, właśnie odpina véliba.
- Od marca, jak tylko robi się ciepło, codziennie robię sobie miejskie przejażdżki - mówi, wrzucając książkę do koszyka. - Jedyny problem, to czasem brak wolnych miejsc do oddania roweru.
Matthieu Buffenoir, inżynier, wygląda jak z paryskiej pocztówki: przystojny 27-latek ze słuchawkami na uszach opala się na Pont des Arts, z Luwrem w tle. Zajada bagietkę, obok stoi vélib.
- Mieszkam w okolicach Gare du Nord, a pracuję pod Paryżem, więc wygodniej korzystać mi z busu i RER (paryska kolej aglomeracyjna - przyp.red.). Ale jak tylko mam wolne i jest ładna pogoda, biorę miejski rower i włóczę się po nadsekwańskich bulwarach. Vélib stał się już modą - przyznaje.
Po pierwsze - vélibem można jeździć niemal za darmo; wystarczy zmieniać go co pół godziny.
Po drugie - véliby są naprawdę wszędzie, paryżanie mają do dyspozycji prawie 21 tys. rowerów wpiętych w półtora tysiąca stacji. Bierzesz pojazd na jednej z nich, porzucasz na dowolnej, w całym mieście.
Flaga na maszt, vélib jest nasz
Vélib jest wygodny, bezpieczny, dostosowany dla każdego. Daje poczucie swobody bez zobowiązań: nie musisz oddawać go w tym samym miejscu, nie musisz o niego dbać, naprawiać, troszczyć się o przechowywanie. I przede wszystkim pozwala szybko poruszać się po metropolii: zwłaszcza w godzinach szczytu, kiedy miasto opasują korki i zwłaszcza podczas strajków miejskiej komunikacji.
Vélib jest stylowy, a dla czułych na estetykę paryżan to nie bez znaczenia. Pojazd, który zdobył już kilka nagród za wzornictwo, zaprojektował Patrick Jouin, młody projektant pracujący m.in. z Philippem Starckiem, firmami Alessi i Renault. Wymyślił także kształt roweromatu, który stoi przy każdym stojaku: opływowa, zwężająca się ku górze sylwetka ma przypominać drzewo. Perłowoszary kolor roweru wybrał sam Bertrand Delanoë, mer Paryża.
- To barwa elegancka, harmonijnie współgrająca z zabytkami. Rowery nie mogły być jaskrawe, żeby nie kontrastować i nie psuć wyglądu miasta; zwłaszcza, że jest ich tak wiele - mówią urzędnicy z magistratu.
Paryż wystartował w lipcu 2007 roku, wielką pompą: miasto było zaplakatowane, mer odbył honorową vélibo-rundę, na stacjach wolontariusze tłumaczyli, jak działa system. Jeżdżenie vélibem szybko stało się w Paryżu bardzo en vogue.
Robert Gildas z paryskiego merostwa, odpowiedzialny za véliby: - Wybraliśmy lipiec, przekonani że miesiąc wakacyjny, swobodniejszy, z gwarantowaną pogodą, zachęci paryżan, żeby wsiąść na rowery. Tak naprawdę mieliśmy sporo obaw, czy cały ten system się przyjmie, bo wcześniej nie było u nas, tak jak np. w Amsterdamie, specjalnej tradycji codziennego używania rowerów. Ruszaliśmy więc w wielkiej niepewności, tymczasem to, co się zdarzyło, przerosło wszelkie oczekiwania. Już pierwszego dnia - kompletne szaleństwo. Trudno było o wolny rower, bo mieszkańcy byli ciekawi nowego. Zaledwie po miesiącu miasto fetowało milionowego użytkownika.
Vélibmania
Lucie Blain przekonała się do véliba od razu. - To był sukces od samego startu, wszyscy chcieli go wypróbować - opowiada młoda paryżanka.
Lucie nie ma prawa jazdy ani samochodu, podobnie jak połowa paryżan. - Auto u nas to tylko utrapienie: wielogodzinne korki, wandalizm, problem z parkowaniem, brak garaży. Rower jest znacznie lepszym rozwiązaniem - uważa. Nie jeździ nim do pracy, traktuje jako środek lokomocji podczas wypadów do kina, do parku, do przyjaciół. - Jedyna uciążliwość, to jego ciężar; waży 22 kilo i nie prowadzi się zbyt lekko. No i trzeba zawsze uważnie go obejrzeć: bywa, że hamulce puszczają, że kierownica jest skrzywiona. Poza tym ma same zalety. Mam wrażenie, że odkąd pojawiły się te rowery, ludzie trochę zwolnili, są bardziej zrelaksowani - dodaje.
Żeby skorzystać z pojazdu, trzeba mieć kartę kredytową. Reszta jest opisana na roweromacie, w ośmiu językach, z arabskim i chińskim włącznie. Wystarczy kliknąć na odpowiednie guziki, żeby system nas zidentyfikował, sprawdził, czy mamy na karcie 150 euro, które jest zabezpieczeniem na wypadek kradzieży i wyświetlił numery proponowanych egzemplarzy do wzięcia. Bilet jednodniowy kosztuje 1 euro, tygodniowy - 5, roczny - 29. Mamy minutę, żeby odpiąć wybrany rower. W razie wątpliwości można zadzwonić pod całodobowy "Allo Vélib"
Robert Gildas: - Centrum jest coraz bardziej zakorkowane, więc chcieliśmy namówić mieszkańców, żeby przesiedli się z samochodów na rowery. Potraktowaliśmy véliby jako alternatywny środek transportu, do pracy, szkoły czy na zakupy, a nie rower do całodziennych przejażdżek rekreacyjnych. Stąd sposób naliczania: pierwsze pół godziny jest bezpłatne. Potem system ściąga z karty kredytowej euro za dodatkowe pół godziny, dwa euro za następne, cztery euro za kolejne. Słowem, opłaca się jeździć na krótkich trasach.
Vélib długodystansowy
Jednak wbrew sugestiom decydentów, paryżanie nie traktują véliba wyłącznie jako pojazdu krótkodystansowego. Z upodobaniem wymieniają go co pół godziny na inny i w ten sposób przez cały dzień jeżdżą za euro. Nie mają z wymianą najmniejszego problemu: sieć stojaków jest bardzo gęsta, dzieli je nie więcej niż trzysta metrów.
Bertrand, starszy pan, którego spotykam w południe na ulicy Vieille du Temple w dzielnicy Marais, właśnie odpina véliba.
- Od marca, jak tylko robi się ciepło, codziennie robię sobie miejskie przejażdżki - mówi, wrzucając książkę do koszyka. - Jedyny problem, to czasem brak wolnych miejsc do oddania roweru.
Matthieu Buffenoir, inżynier, wygląda jak z paryskiej pocztówki: przystojny 27-latek ze słuchawkami na uszach opala się na Pont des Arts, z Luwrem w tle. Zajada bagietkę, obok stoi vélib.
- Mieszkam w okolicach Gare du Nord, a pracuję pod Paryżem, więc wygodniej korzystać mi z busu i RER (paryska kolej aglomeracyjna - przyp.red.). Ale jak tylko mam wolne i jest ładna pogoda, biorę miejski rower i włóczę się po nadsekwańskich bulwarach. Vélib stał się już modą - przyznaje.
- Niektóre firmy fundują swoim pracownikom abonamenty na véliby. Paryżanie do tego stopnia przekonali się do nich, że wzrosła nawet sprzedaż zwykłych rowerów - śmieje się Robert Gildas. Sam wykupił roczną kartę i codziennie dojeżdża vélibem do pracy w merostwie. Zajmuje mu to 25 minut, więc mieści się w darmowej pierwszej półgodzinie. Bicykl zostawia przed l'Hotel de Ville, w stylowym stojaku mieszczącym kilkadziesiąt identycznych pojazdów.
Latem ubiegłego roku świętowano pierwsze urodziny véliba. Spośród jego abonentów wyłoniono, poprzez konkurs, prawie 400 osób, które zaproszono do przejażdżki środkiem Pól Elizejskich. Dokładnie w tym samym dniu i tą samą udekorowaną, obstawioną trybunami i pełną widzów trasą, którą kilka godzin później przejechali uczestnicy Tour de France (słynny wyścig kończy się właśnie na Polach).
Poziom vélibosatysfakcji
Na vélibie władze Paryża zbijają kapitał polityczny, kreując wizerunek miasta ekologicznego, troszczącego się o mieszkańców.
Rok temu zbadano wśród paryżan poziom vélibosatysfakcji: 94 proc. badanych jest zadowolona, że taki system pojawił się w mieście. Chwalą go za prostotę obsługi, niskie ceny i za to, że ułatwił im życie. Ponad 90 proc. badanych przyznaje, że vélib tworzy pozytywny obraz Paryża i czyni go przyjemniejszym. Większość uważa, że to dobry sposób na poprawę kondycji oraz domowego budżetu i na ograniczenie zanieczyszczenia środowiska. I prawie każdy z użytkowników poleciłby go swojemu znajomemu.
Bertrand Delanoë, rok temu wybrany ponownie na mera Paryża, rowerowy projekt bardzo hołubi. Odebrał kierowcom część ich przestrzeni: ze stworzonych przez barona Haussmana XIX-wiecznych arterii, wydzielił szerokie na 4,5 metra korytarze zarezerwowane dla miejskich autobusów, taksówek, służb specjalnych i rowerów właśnie. Rowerzyści mają 370 km ścieżek; wprowadzono także dla nich contresens, czyli pasy „pod prąd” na uliczkach jednokierunkowych.
- Mer robi wszystko, żeby wygnać auta ze stolicy. Zresztą samochód w Paryżu to piekło - mówi Janusz Chrząszcz, który od lat 80. pracuje w Paryżu. - Kilku moich znajomych już je sprzedało, po tym jak codziennie godzinami tkwili w korkach, płacili 300 euro za garaż albo musieli parkować kilometr od domu, bo trudno uświadczyć wolne miejsce, nawet na obrzeżach. W dodatku w mieście grasują ekokomanda, które przebijają opony terenówek, które uważają za wyjątkowo nieekologiczne.
„Vélib to niezaprzeczalny sukces marketingowy - przyznaje dziennik »Le Figaro «. - Dzięki niemu paryżanie wybaczyli merowi porażki polityki transportowej za pierwszej kadencji: korki, zmniejszenie liczby miejsc parkingowych, wydzielenie ulicznych korytarzy dla autobusów, nieustające prace nad tramwajami.”
Vélibozłodzieje i vélibopiraci
Na vélibie miasto zarabia: co roku do kasy wpływa 15 mln euro z rocznych abonamentów oraz dziennych i tygodniowych biletów. Miasto nie płaci za rowery i nie martwi się o ich utrzymanie - wszystkim zajmuje prywatna firma. Mer wykorzystał rywalizację między dwoma gigantami reklamy zewnętrznej, JCDecaux i Clear Channel. Obaj walczyli o możliwość postawienia swoich billboardów w miejskiej przestrzeni. Zwycięski JCDecaux w zamian za wprowadzenie i utrzymywanie systemu rowerowego w mieście, otrzymał wyłączność na 1600 wielkoformatowych (2 na 8 metrów) tablic reklamowych w Paryżu. Codziennie po mieście jeżdżą niewielkie furgonetki. To pracownicy JCDecaux sprawdzają, które rowery trzeba naprawić, które umyć, a które przewieźć w miejsca, gdzie ich brakuje. Rowerową logistyką zajmuje się prawie 300 osób z JCDecaux.
Ale są też problemy. "To hekatomba" - pisał ostatnio "Le Monde" o kradzieży i dewastowaniu vélibów. Miejscy urzędnicy przyznają, że ponad 11 tys. rowerów zostało połamanych, podpalonych, utopionych w Sekwanie, a siedem tysięcy znikło. Ponoć można na nie trafić w uliczkach Casablanki, w cygańskich obozowiskach w Rumunii, a nawet w Pekinie.
Kolejny problem to bezpieczeństwo. W pierwszym roku zdarzyło się kilka śmiertelnych wypadków: kierowcy ciężarówek podczas skrętów nie zauważyli jadących tuż za nimi rowerzystów.
- System vélibów jest świetny, ale obawiam się, gdy widzę rowerzystów na ulicach. Większość z nich nie respektuje reguł ruchu drogowego - narzeka starszy pan, taksówkarz stojący na rogu quai du Louvre i rue de la Monnai.
Paryżanie, nie nawykli do tego sposobu poruszania się po mieście, długo ignorowali drogowe reguły. Dziś każdy, kto abonuje roczną kartę, dostaje miniksiążeczkę z kodeksem bezpieczeństwa: zakaz wyprzedzania samochodów, zwłaszcza ciężarówek i autobusów z prawej strony, zakaz przewożenia innych osób i rozmawiania przez telefon podczas jazdy, sygnalizowanie ramieniem zmiany kierunku, zakaz poruszania się po chodnikach, zakładanie nocą kamizelek odblaskowych.
Problem numer trzy to dostępność rowerów dla turystów: żeby wpiąć się w system, trzeba mieć kartę kredytową z czipem. Wśród Francuzów są one popularne, ale nie zawsze wśród przybyszów z zagranicy.
Vélibem na vélibację
Rower, który daje poczucie swobody i który stał się dla paryżan modą i sposobem życia, wszedł już do języka, poszerzając go o nowe słowa; można nawet kupić "Słownik véliba".
Vélibation to suto zakrapiana impreza, na którą przyjeżdża się rowerami. To pojazdy idealne na wieczorne sorties - nie trzeba martwić się o kosztowne taksówki, zawsze jakiś rower jest pod ręką w pobliżu. Widać véliby szczególnie w okolicach ożywionego placu Bastille, gdzie pełno modnych barów i kafejek oraz w studenckiej Dzielnicy Łacińskiej. Véliber, czyli jeździć można po także pod Wieżą Eiffela, po wielopasmowych Polach Elizejskich, na placu Pigalle, w pobliżu snobistycznej Opery, a nawet na wysoko położonym Montmartre.
Aurelie Cantin w portfelu ma roczną kartę vélib za 29 euro. - Paryżanie uwielbiają véliby - przyznaje. - Jeżdżą wszyscy, może poza osobami wiekowymi, które obawiają się dużego natężenia ruchu drogowego. Poza tym studenci, klasa średnia, biznesmeni z teczkami. Raczej paryżanie niż turyści i zwłaszcza rano, do pracy i po południu; w godzinach samochodowego szczytu. Jeżdżą nawet zimą, choć oczywiście najwięcej vélibów widać w ciepłe, słoneczne dni. Oraz podczas strajków komunikacji, wtedy jest niezastąpiony. Vélib jest super, może tylko kolor ma zbyt smutny. Wolałabym, żeby był bardziej jaskrawy.
Véloose to ten, kto nie znalazł véliba, a vélibete zwariował na punkcie miejskich jednośladów. Bardziej umiarkowany użytkownik to vélibman albo vélibien. Najczęściej ma 26-35 lat i zwykle używa roweru do poruszania się w celach zawodowych, głównie między 7 a 9 rano i między 18 a 20. Ostrzegają się nawzajem: jeśli hamulce nie są całkiem sprawne albo kierownica przekrzywiona, oddając rower obracają siodełko tyłem do przodu.
Latem ubiegłego roku świętowano pierwsze urodziny véliba. Spośród jego abonentów wyłoniono, poprzez konkurs, prawie 400 osób, które zaproszono do przejażdżki środkiem Pól Elizejskich. Dokładnie w tym samym dniu i tą samą udekorowaną, obstawioną trybunami i pełną widzów trasą, którą kilka godzin później przejechali uczestnicy Tour de France (słynny wyścig kończy się właśnie na Polach).
Poziom vélibosatysfakcji
Na vélibie władze Paryża zbijają kapitał polityczny, kreując wizerunek miasta ekologicznego, troszczącego się o mieszkańców.
Rok temu zbadano wśród paryżan poziom vélibosatysfakcji: 94 proc. badanych jest zadowolona, że taki system pojawił się w mieście. Chwalą go za prostotę obsługi, niskie ceny i za to, że ułatwił im życie. Ponad 90 proc. badanych przyznaje, że vélib tworzy pozytywny obraz Paryża i czyni go przyjemniejszym. Większość uważa, że to dobry sposób na poprawę kondycji oraz domowego budżetu i na ograniczenie zanieczyszczenia środowiska. I prawie każdy z użytkowników poleciłby go swojemu znajomemu.
Bertrand Delanoë, rok temu wybrany ponownie na mera Paryża, rowerowy projekt bardzo hołubi. Odebrał kierowcom część ich przestrzeni: ze stworzonych przez barona Haussmana XIX-wiecznych arterii, wydzielił szerokie na 4,5 metra korytarze zarezerwowane dla miejskich autobusów, taksówek, służb specjalnych i rowerów właśnie. Rowerzyści mają 370 km ścieżek; wprowadzono także dla nich contresens, czyli pasy „pod prąd” na uliczkach jednokierunkowych.
- Mer robi wszystko, żeby wygnać auta ze stolicy. Zresztą samochód w Paryżu to piekło - mówi Janusz Chrząszcz, który od lat 80. pracuje w Paryżu. - Kilku moich znajomych już je sprzedało, po tym jak codziennie godzinami tkwili w korkach, płacili 300 euro za garaż albo musieli parkować kilometr od domu, bo trudno uświadczyć wolne miejsce, nawet na obrzeżach. W dodatku w mieście grasują ekokomanda, które przebijają opony terenówek, które uważają za wyjątkowo nieekologiczne.
„Vélib to niezaprzeczalny sukces marketingowy - przyznaje dziennik »Le Figaro «. - Dzięki niemu paryżanie wybaczyli merowi porażki polityki transportowej za pierwszej kadencji: korki, zmniejszenie liczby miejsc parkingowych, wydzielenie ulicznych korytarzy dla autobusów, nieustające prace nad tramwajami.”
Vélibozłodzieje i vélibopiraci
Na vélibie miasto zarabia: co roku do kasy wpływa 15 mln euro z rocznych abonamentów oraz dziennych i tygodniowych biletów. Miasto nie płaci za rowery i nie martwi się o ich utrzymanie - wszystkim zajmuje prywatna firma. Mer wykorzystał rywalizację między dwoma gigantami reklamy zewnętrznej, JCDecaux i Clear Channel. Obaj walczyli o możliwość postawienia swoich billboardów w miejskiej przestrzeni. Zwycięski JCDecaux w zamian za wprowadzenie i utrzymywanie systemu rowerowego w mieście, otrzymał wyłączność na 1600 wielkoformatowych (2 na 8 metrów) tablic reklamowych w Paryżu. Codziennie po mieście jeżdżą niewielkie furgonetki. To pracownicy JCDecaux sprawdzają, które rowery trzeba naprawić, które umyć, a które przewieźć w miejsca, gdzie ich brakuje. Rowerową logistyką zajmuje się prawie 300 osób z JCDecaux.
Ale są też problemy. "To hekatomba" - pisał ostatnio "Le Monde" o kradzieży i dewastowaniu vélibów. Miejscy urzędnicy przyznają, że ponad 11 tys. rowerów zostało połamanych, podpalonych, utopionych w Sekwanie, a siedem tysięcy znikło. Ponoć można na nie trafić w uliczkach Casablanki, w cygańskich obozowiskach w Rumunii, a nawet w Pekinie.
Kolejny problem to bezpieczeństwo. W pierwszym roku zdarzyło się kilka śmiertelnych wypadków: kierowcy ciężarówek podczas skrętów nie zauważyli jadących tuż za nimi rowerzystów.
- System vélibów jest świetny, ale obawiam się, gdy widzę rowerzystów na ulicach. Większość z nich nie respektuje reguł ruchu drogowego - narzeka starszy pan, taksówkarz stojący na rogu quai du Louvre i rue de la Monnai.
Paryżanie, nie nawykli do tego sposobu poruszania się po mieście, długo ignorowali drogowe reguły. Dziś każdy, kto abonuje roczną kartę, dostaje miniksiążeczkę z kodeksem bezpieczeństwa: zakaz wyprzedzania samochodów, zwłaszcza ciężarówek i autobusów z prawej strony, zakaz przewożenia innych osób i rozmawiania przez telefon podczas jazdy, sygnalizowanie ramieniem zmiany kierunku, zakaz poruszania się po chodnikach, zakładanie nocą kamizelek odblaskowych.
Problem numer trzy to dostępność rowerów dla turystów: żeby wpiąć się w system, trzeba mieć kartę kredytową z czipem. Wśród Francuzów są one popularne, ale nie zawsze wśród przybyszów z zagranicy.
Vélibem na vélibację
Rower, który daje poczucie swobody i który stał się dla paryżan modą i sposobem życia, wszedł już do języka, poszerzając go o nowe słowa; można nawet kupić "Słownik véliba".
Vélibation to suto zakrapiana impreza, na którą przyjeżdża się rowerami. To pojazdy idealne na wieczorne sorties - nie trzeba martwić się o kosztowne taksówki, zawsze jakiś rower jest pod ręką w pobliżu. Widać véliby szczególnie w okolicach ożywionego placu Bastille, gdzie pełno modnych barów i kafejek oraz w studenckiej Dzielnicy Łacińskiej. Véliber, czyli jeździć można po także pod Wieżą Eiffela, po wielopasmowych Polach Elizejskich, na placu Pigalle, w pobliżu snobistycznej Opery, a nawet na wysoko położonym Montmartre.
Aurelie Cantin w portfelu ma roczną kartę vélib za 29 euro. - Paryżanie uwielbiają véliby - przyznaje. - Jeżdżą wszyscy, może poza osobami wiekowymi, które obawiają się dużego natężenia ruchu drogowego. Poza tym studenci, klasa średnia, biznesmeni z teczkami. Raczej paryżanie niż turyści i zwłaszcza rano, do pracy i po południu; w godzinach samochodowego szczytu. Jeżdżą nawet zimą, choć oczywiście najwięcej vélibów widać w ciepłe, słoneczne dni. Oraz podczas strajków komunikacji, wtedy jest niezastąpiony. Vélib jest super, może tylko kolor ma zbyt smutny. Wolałabym, żeby był bardziej jaskrawy.
Véloose to ten, kto nie znalazł véliba, a vélibete zwariował na punkcie miejskich jednośladów. Bardziej umiarkowany użytkownik to vélibman albo vélibien. Najczęściej ma 26-35 lat i zwykle używa roweru do poruszania się w celach zawodowych, głównie między 7 a 9 rano i między 18 a 20. Ostrzegają się nawzajem: jeśli hamulce nie są całkiem sprawne albo kierownica przekrzywiona, oddając rower obracają siodełko tyłem do przodu.
La vélib'ération
Porozumiewają się poprzez internet, dla ułatwienia podając numery pojazdów, z których korzystali:
75009: "Słoneczny, czwartkowy poranek, jechałam do pracy. Minęliśmy się na skrzyżowaniu ulicy Parme i placu Clichy. Piękny brunecie, lampka wina koło stacji 9037? Sarah"
75014 "Zostawiłem w vélibie czarną torbę z dokumentami, na bulwarze Jourdan, w nocy 19 marca. Czy ktoś jej nie widział?"
75008 "Idiotycznie zapomniałam o niebieskim szaliku, ostatniej niedzieli o 16.15 na stacji Faubourg Saint Honoré. Z góry dziękuję. Brigitte M."
75012 : "Na stacji 12003, w koszyku véliba znalazłem torbę z damskimi ubraniami z wyprzedaży. Weber"
Marie-Laure Agrapart, aktorka, codziennie dojeżdża 20 minut miejskim jednośladem do Centre National de la Danse w północno-wschodniej części miasta. - Vélib naprawdę zmienił życie miasta. A w moim przypadku to już uzależnienie - śmieje się. - Odkąd zaczęłam nim jeździć, odkrywam Paryż na nowo: poznaję zakamarki, o których nie miałam pojęcia poruszając się metrem czy autobusem. Zdradzam rower dla metra tylko wtedy, gdy pada. Rano gwarantuje mi, że dotrę na czas do pracy, a po południu wspaniale mnie odpręża.
Popularność véliba jest tak duża, że doczekał się nawet piosenki "La vélib'ération". Jej autorem jest 28-letni Florent Nouvel, socjolog i ekonomista, nauczyciel w paryskim liceum.
- Napisałem ją latem 2007, gdy w Paryżu pojawiły się rowery. Byłem daleko stąd, podróżowałem po Laosie, ale wiedziałem o całej tej vélibo-gorączce, która wydała się bardzo inspirująca. Napisałem coś o trzech osobach, które najpierw są wrogie vélibowi, a w końcu pozbywają się uprzedzeń - mówi kompozytor. - Po powrocie zacząłem grać ten kawałek na koncertach. Szybko stał się osobnym bytem: pojawił się w internecie, zaczęły go puszczać radiostacje, pisać o nim gazety. Do piosenki, wspólnie z przyjaciółmi zrobiliśmy, za 500 euro, prosty teledysk. "La vélib'ération" stała się sukcesem, którego wcale nie zakładałem.
Vélib zastrzeżony
Véliby niebawem pojawią się również wokół Paryża - miasto otacza pierścień 30 gmin, gdzie w najbliższym czasie zostanie zainstalowanych 300 kolejnych stacji. Uzupełnieniem systemu vélibów jest projekt "Paris respire" (Paryż oddycha): w soboty, niedziele, dni świąteczne zamyka się dla ruchu samochodowego fragmenty niektórych dzielnic. Wstęp mają wówczas tylko piesi, rolkarze i rowerzyści.
- Zachęcałbym każde większe miasto w Europie do vélibów, naprawdę warto zaryzykować. U nas okazały się sukcesem, którego nie oczekiwaliśmy. Chcieliśmy tylko poprawić miejską komunikację, a powstało zjawisko - opowiada Robert Gildas. Kilka dni przed moją wizytą odwiedzili go dziennikarze z Północnej Korei, za chwilę spodziewa się Włochów. Na biurku piętrzą się publikacje o vélibach z gazet całego świata.
- Nie ma dnia, żebym nie odbierał telefonów od firm, które chciałyby wykorzystać wizerunek paryskiego roweru w swoich reklamach. Zastrzegliśmy markę "vélib", nikt na świecie nie ma prawa korzystać z niej bez naszej zgody. Odmówiliśmy nawet Kenzo, który chciał włożyć papierowe maki do rowerowych koszyków. Nie chcemy, żeby jak w Tuluzie, nasze rowery stały się nośnikami reklamowymi. Mają być środkiem transportu i ozdobą miasta. I przy okazji stały się jego symbolem.
Porozumiewają się poprzez internet, dla ułatwienia podając numery pojazdów, z których korzystali:
75009: "Słoneczny, czwartkowy poranek, jechałam do pracy. Minęliśmy się na skrzyżowaniu ulicy Parme i placu Clichy. Piękny brunecie, lampka wina koło stacji 9037? Sarah"
75014 "Zostawiłem w vélibie czarną torbę z dokumentami, na bulwarze Jourdan, w nocy 19 marca. Czy ktoś jej nie widział?"
75008 "Idiotycznie zapomniałam o niebieskim szaliku, ostatniej niedzieli o 16.15 na stacji Faubourg Saint Honoré. Z góry dziękuję. Brigitte M."
75012 : "Na stacji 12003, w koszyku véliba znalazłem torbę z damskimi ubraniami z wyprzedaży. Weber"
Marie-Laure Agrapart, aktorka, codziennie dojeżdża 20 minut miejskim jednośladem do Centre National de la Danse w północno-wschodniej części miasta. - Vélib naprawdę zmienił życie miasta. A w moim przypadku to już uzależnienie - śmieje się. - Odkąd zaczęłam nim jeździć, odkrywam Paryż na nowo: poznaję zakamarki, o których nie miałam pojęcia poruszając się metrem czy autobusem. Zdradzam rower dla metra tylko wtedy, gdy pada. Rano gwarantuje mi, że dotrę na czas do pracy, a po południu wspaniale mnie odpręża.
Popularność véliba jest tak duża, że doczekał się nawet piosenki "La vélib'ération". Jej autorem jest 28-letni Florent Nouvel, socjolog i ekonomista, nauczyciel w paryskim liceum.
- Napisałem ją latem 2007, gdy w Paryżu pojawiły się rowery. Byłem daleko stąd, podróżowałem po Laosie, ale wiedziałem o całej tej vélibo-gorączce, która wydała się bardzo inspirująca. Napisałem coś o trzech osobach, które najpierw są wrogie vélibowi, a w końcu pozbywają się uprzedzeń - mówi kompozytor. - Po powrocie zacząłem grać ten kawałek na koncertach. Szybko stał się osobnym bytem: pojawił się w internecie, zaczęły go puszczać radiostacje, pisać o nim gazety. Do piosenki, wspólnie z przyjaciółmi zrobiliśmy, za 500 euro, prosty teledysk. "La vélib'ération" stała się sukcesem, którego wcale nie zakładałem.
Vélib zastrzeżony
Véliby niebawem pojawią się również wokół Paryża - miasto otacza pierścień 30 gmin, gdzie w najbliższym czasie zostanie zainstalowanych 300 kolejnych stacji. Uzupełnieniem systemu vélibów jest projekt "Paris respire" (Paryż oddycha): w soboty, niedziele, dni świąteczne zamyka się dla ruchu samochodowego fragmenty niektórych dzielnic. Wstęp mają wówczas tylko piesi, rolkarze i rowerzyści.
- Zachęcałbym każde większe miasto w Europie do vélibów, naprawdę warto zaryzykować. U nas okazały się sukcesem, którego nie oczekiwaliśmy. Chcieliśmy tylko poprawić miejską komunikację, a powstało zjawisko - opowiada Robert Gildas. Kilka dni przed moją wizytą odwiedzili go dziennikarze z Północnej Korei, za chwilę spodziewa się Włochów. Na biurku piętrzą się publikacje o vélibach z gazet całego świata.
- Nie ma dnia, żebym nie odbierał telefonów od firm, które chciałyby wykorzystać wizerunek paryskiego roweru w swoich reklamach. Zastrzegliśmy markę "vélib", nikt na świecie nie ma prawa korzystać z niej bez naszej zgody. Odmówiliśmy nawet Kenzo, który chciał włożyć papierowe maki do rowerowych koszyków. Nie chcemy, żeby jak w Tuluzie, nasze rowery stały się nośnikami reklamowymi. Mają być środkiem transportu i ozdobą miasta. I przy okazji stały się jego symbolem.
- 19 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Paryski szał rowerowy
maria-anna
25.04.09, 13:33
Szkoda,że nie we Wrocławiu - dużo się kiedyś obiecywało,a 'wyszło,tak,jak zawsze':(»
-
Paryski szał rowerowy
clepsydra
25.04.09, 17:44
Ta, w PRL by rozkradli»
-
nie tylko Paryski szał rowerowy
aya_hartina
26.04.09, 01:11
Podobny system wypożyczania rowerów działa od kilku dobrych lat w Barcelonie. Ztym, że w tym mieście aby skorzystać z usługi trzeba wykupić roczny abonament -specjalna kartę otrzymuje się »
Najczęściej czytane24 htydzień



więcej zdjęć
