Sławomir ZBIOK Czajkowski: Streetarter zostawia ślad
2011-02-17
, aktualizacja: 17.02.2011 12:59
Sławomir ZBIOK Czajkowski - laureat nagrody WARTO w kategorii sztuk wizualnych - zaczynał od graffiti, by stać się artystą galeryjnym. Ulicznik stał się salonowcem, nie gubiąc siły swej sztuki, jej oryginalności, zaangażowania i idealizmu. Ale sztuki ulicy nie porzucił.
Agata Saraczyńska: Czy twoje spóźnienie na galę WARTO było elementem strategii mającej na celu zachowanie anonimowości?
Sławomir Zbiok Czajkowski: Nie, to przypadek. Nie spodziewałem się nagrody, raz już byłem do niej nominowany. Tym większe zaskoczenie, że teraz przypadła mnie.
Czemu Sławek Czajkowski znany jest jako ZBIOK, skąd ten nick?
- Pochodzi jeszcze z czasów uprawiania przeze mnie graffiti, nie do końca legalnego procederu malowania po murach. Każdy z nas szukał takiej kombinacji liter, którą szybko i atrakcyjnie można było napisać sprejem, i galopem zwiać. Te tagi to nasze znaki rozpoznawcze wiele mówiące o naturze autora. Potem, w czasach studiów w Instytucie Sztuki i Kultury Plastycznej [teraz to katedra na Uniwersytecie Zielonogórskim - przyp. red.], nadal używałem tej ksywki, choć już nie potrzebowałem się ukrywać.
Jesteś dyplomowanym artystą, ale zaczynałeś od ulicznej partyzantki. Należałeś do konkretnej subkultury? Byłeś skatem, hiphopowcem?
- W połowie lat 90. najpierw punkrockowcem, później deskorolkowcem słuchającym hip-hopu. To muzyka żywa, prawdziwa, dająca pole wolności muzykom, poetom, breakdancerom i ludziom takim jak ja. Do dziś jeżdżę na longboardzie, takiej pierwotnej odmianie deski przypominającej tę do surfowania.
A przyłapano cię na sprayowaniu?
- Trzy razy miałem sprawy w sądzie, ale za każdym razem załatwiałem je jakoś polubownie. Wiesz, w Zielonej Górze były cztery ekipy, nieduże miasto, mało się działo. Wiadomo, że rywalizowaliśmy, każdy miał swój sznyt i chciał być lepszy, bardziej widoczny. Jak zacząłem studiować, to wygrzeczniałem, więcej malowałem w pracowni.
Jednak nadal korzystasz ze sprayu, tradycyjnego narzędzia streetartu?
- Nie robię z niego boga, to jedna z technik, i tyle. To tak jakbym miał odkręcać śrubę tylko kluczem płaskim i nie sięgać po nasadowy. Mnie interesuje efekt, a nie metoda. Jestem malarzem i korzystam z różnych środków wyrazu.
Łatwo ci było przejść z ulicy do salonu wystawienniczego, bo przecież dziś jesteś już artystą galeryjnym?
- W szkole znudziły mi się zabawy z literami, zacząłem uprawiać malarstwo figuratywne. Te obrazy pokazałem na dyplomie, ale zrobiłem też mural.
Ale nie stałeś się akademikiem!
- Daleko mi do tego, robiąc legalną ścianę, nie zapomniałem o przeszłości, choć malowałem już inaczej. Potem było mi bliżej do komiksu, teraz fascynuje mnie sztuka początku 20. wieku, to co powstało w pierwszym nurcie awangardy, czyli przede wszystkim kubizm.
Awangarda to także Orozco czy Ribera - interesuje cię sztuka zaangażowana społecznie?
- Nie kręci mnie propaganda, ale malarstwo.
To znaczy nie jest ci po drodze ani z legendarnym Banksy'm, który uprawia artystyczną publicystykę, ani nie chcesz korzystać z wrocławskich doświadczeń z lat 80., kiedy szablony na murach były formą walki o inną rzeczywistość?
- Choć projektuję dla Pictures of Wall Banksy'ego, to bliższe jest mi działanie kolorem, metaforą, a nie jednoznaczny atak treścią. Opowiadam nim o sobie, o swoich przeżyciach i tym, co widzę. Ubieram to w symbole, chowam za formą, którą każdy może odczytać na swój sposób. Tak chcę zmieniać rzeczywistość, a nie dawać pięścią w nos.
Twoją Zieloną Górę dzieli niewiele kilometrów od Berlina, miasta streetartu, czy tam znalazłeś inspiracje?
- Jestem z nim związany, bo podobny jest do mojego rodzinnego miejsca tak jak Wrocław, który wybrałem do życia z powodu jego otwartości. Jednak ani Berlin, ani Wrocław, ani nawet Londyn i Nowy Jork nie zainspirowały mnie na tyle, bym przyjął tamtejsze modele sztuki. Na studiach w pracowni Ryszarda Woźniaka, członka słynnej Gruppy z czasów nowej ekspresji, nauczyłem się szukać swojej drogi. Inspiracji dostarczał mi Wojtek Kozłowski, szef zielonogórskiego BWA, który z prowincjonalnej galerii, dzięki swemu czujowi, zrobił jedno z najważniejszych polskich miejsc wystawienniczych. Dzięki nim nauczyłem się rozglądać, ale wybierać własną drogę. Bo w takim mieście jak Zielona Góra, magicznym, choć niewielkim i sennym, albo nie robisz nic, albo bierzesz sprawy w swoje ręce. Tak zrobił Hubert z Zielonej Góry, jak wielu innych emigrując, z tym że nie wybrał Warszawy czy Londynu, ale założył we Wrocławiu, wraz z kolektywem, CRK. Charakterystyczne dla Centrum Reanimacji Kultury DIY (do it yourself) jest mi bardzo bliskie.
Sławomir Zbiok Czajkowski: Nie, to przypadek. Nie spodziewałem się nagrody, raz już byłem do niej nominowany. Tym większe zaskoczenie, że teraz przypadła mnie.
Czemu Sławek Czajkowski znany jest jako ZBIOK, skąd ten nick?
- Pochodzi jeszcze z czasów uprawiania przeze mnie graffiti, nie do końca legalnego procederu malowania po murach. Każdy z nas szukał takiej kombinacji liter, którą szybko i atrakcyjnie można było napisać sprejem, i galopem zwiać. Te tagi to nasze znaki rozpoznawcze wiele mówiące o naturze autora. Potem, w czasach studiów w Instytucie Sztuki i Kultury Plastycznej [teraz to katedra na Uniwersytecie Zielonogórskim - przyp. red.], nadal używałem tej ksywki, choć już nie potrzebowałem się ukrywać.
Jesteś dyplomowanym artystą, ale zaczynałeś od ulicznej partyzantki. Należałeś do konkretnej subkultury? Byłeś skatem, hiphopowcem?
- W połowie lat 90. najpierw punkrockowcem, później deskorolkowcem słuchającym hip-hopu. To muzyka żywa, prawdziwa, dająca pole wolności muzykom, poetom, breakdancerom i ludziom takim jak ja. Do dziś jeżdżę na longboardzie, takiej pierwotnej odmianie deski przypominającej tę do surfowania.
A przyłapano cię na sprayowaniu?
- Trzy razy miałem sprawy w sądzie, ale za każdym razem załatwiałem je jakoś polubownie. Wiesz, w Zielonej Górze były cztery ekipy, nieduże miasto, mało się działo. Wiadomo, że rywalizowaliśmy, każdy miał swój sznyt i chciał być lepszy, bardziej widoczny. Jak zacząłem studiować, to wygrzeczniałem, więcej malowałem w pracowni.
Jednak nadal korzystasz ze sprayu, tradycyjnego narzędzia streetartu?
- Nie robię z niego boga, to jedna z technik, i tyle. To tak jakbym miał odkręcać śrubę tylko kluczem płaskim i nie sięgać po nasadowy. Mnie interesuje efekt, a nie metoda. Jestem malarzem i korzystam z różnych środków wyrazu.
Łatwo ci było przejść z ulicy do salonu wystawienniczego, bo przecież dziś jesteś już artystą galeryjnym?
- W szkole znudziły mi się zabawy z literami, zacząłem uprawiać malarstwo figuratywne. Te obrazy pokazałem na dyplomie, ale zrobiłem też mural.
Ale nie stałeś się akademikiem!
- Daleko mi do tego, robiąc legalną ścianę, nie zapomniałem o przeszłości, choć malowałem już inaczej. Potem było mi bliżej do komiksu, teraz fascynuje mnie sztuka początku 20. wieku, to co powstało w pierwszym nurcie awangardy, czyli przede wszystkim kubizm.
Awangarda to także Orozco czy Ribera - interesuje cię sztuka zaangażowana społecznie?
- Nie kręci mnie propaganda, ale malarstwo.
To znaczy nie jest ci po drodze ani z legendarnym Banksy'm, który uprawia artystyczną publicystykę, ani nie chcesz korzystać z wrocławskich doświadczeń z lat 80., kiedy szablony na murach były formą walki o inną rzeczywistość?
- Choć projektuję dla Pictures of Wall Banksy'ego, to bliższe jest mi działanie kolorem, metaforą, a nie jednoznaczny atak treścią. Opowiadam nim o sobie, o swoich przeżyciach i tym, co widzę. Ubieram to w symbole, chowam za formą, którą każdy może odczytać na swój sposób. Tak chcę zmieniać rzeczywistość, a nie dawać pięścią w nos.
Twoją Zieloną Górę dzieli niewiele kilometrów od Berlina, miasta streetartu, czy tam znalazłeś inspiracje?
- Jestem z nim związany, bo podobny jest do mojego rodzinnego miejsca tak jak Wrocław, który wybrałem do życia z powodu jego otwartości. Jednak ani Berlin, ani Wrocław, ani nawet Londyn i Nowy Jork nie zainspirowały mnie na tyle, bym przyjął tamtejsze modele sztuki. Na studiach w pracowni Ryszarda Woźniaka, członka słynnej Gruppy z czasów nowej ekspresji, nauczyłem się szukać swojej drogi. Inspiracji dostarczał mi Wojtek Kozłowski, szef zielonogórskiego BWA, który z prowincjonalnej galerii, dzięki swemu czujowi, zrobił jedno z najważniejszych polskich miejsc wystawienniczych. Dzięki nim nauczyłem się rozglądać, ale wybierać własną drogę. Bo w takim mieście jak Zielona Góra, magicznym, choć niewielkim i sennym, albo nie robisz nic, albo bierzesz sprawy w swoje ręce. Tak zrobił Hubert z Zielonej Góry, jak wielu innych emigrując, z tym że nie wybrał Warszawy czy Londynu, ale założył we Wrocławiu, wraz z kolektywem, CRK. Charakterystyczne dla Centrum Reanimacji Kultury DIY (do it yourself) jest mi bardzo bliskie.
Czyli masz jednak lewicowe, anarchistyczne podejście do życia i świata. Sztuka ulicy jest z nim nierozłącznie związana.
- Oczywiście czuję różnicę między działaniem w galerii i na ulicy, między małymi i wielkimi obrazami. Są to zupełnie inne formy. Wolę wejść w tkankę miejską, choćby na zaniedbane podwórka Nadodrza, i tam zostawić swoje artystyczne ślady. To mój żywioł.
Wchodzisz z gotowym projektem, szkicem, który później powiększasz na ścianie?
- Oczywiście mam pomysł, ale obraz powstaje dopiero na miejscu. Nie wyciągam z szafy gotowca, maluję dla konkretnych przestrzeni. Nie jestem spadochroniarzem, który podrzuca obraz i znika. Nie udaję. Staram się poznać i zrozumieć przestrzeń, bo przecież później ludzie będą musieli żyć z moim malarstwem. Ściana jest dla mnie jak płótno, wybieram na swoje malarstwo najbardziej naturalne miejsca. Opuszczone i czekające na interwencję.
Fenomenem waszej wystawy Out of Sth, która zrobiła z Wrocławia galerię sztuki ulicznej, jest akceptacja murali przez mieszkańców.
- Fajnie, że tak to widzisz, to był nasz cel. Ludzie mieszkający w zniszczonych kamienicach, którymi nikt się nie przejmuje ani z nimi nie liczy, dostali od nas coś oryginalnego, uznali, że to jest cenny prezent. Dlatego zabiegam, by nie malować na głównych ulicach, ale w miejscach, o których Bóg zapomniał. My tam zostawiamy kawałek naszej duszy, a oni, mieszkańcy, potrafią to uszanować i docenić.
Które ze swoich realizacji lubisz najbardziej?
- Hmm (dłuższa chwila zastanowienia) - chyba na Nabycińskiej. Ale też mural zrobiony w Rzymie w ramach projektu Rialto. Fajna była też praca nad Dunajem, taki szybcioszek, jechaliśmy z Anią, moją dziewczyną, do Słowenii, zobaczyłem mur, na którym inni już namalowali swoje obrazy. Pozostawiłem też swój ślad, to taka streetarterska tradycja, by w każdym miejscu, do którego trafiasz, coś namalować.
A Brooklyn Gallery w Nowym Jorku?
- Tam pojechały tylko moje prace. Nie dostałem wizy.
???
- Zaproszenie galeryjne nie wystarczyło. Jestem za młody, nie tylko kawaler, ale i bezrobotny.
Ale do moskiewskiego GUM-u dotarłeś?
- Bez problemu, wizę dostałem w pięć dni.
A jak było z malowaniem w Londynie?
- Nieco tam pomieszkałem, mam kilkanaście ścian. Ale tam jest inna specyfika. Kamera na każdym rogu, walka o miejsce, a konkurencja jest duża. Obrazy pojawiają się, a potem ktoś je zamalowuje. Podobnie w Berlinie.
A w Polsce?
- Wrocław jest bezkonkurencyjny, choć dzieje się też w Warszawie i Trójmieście. Ale stamtąd przyjeżdżają do nas, bo u nas jest lepszy klimat dla streetartu.
Co zrobisz z pieniędzmi za nagrodę Warto?
- Zapłacę rachunki. A jeśli coś zostanie, to sfinansuję wyjazdy do Kijowa i Walencji, planuję je na wiosnę. Tam powstaną kolejne moje murale.
Wrocławskie prace ZBIOKA zobaczyć można w naszej galerii zdjęć Wrocław miastem murali raz w realu:
- na Wyspie Słodowej,
- na pl. Jana Pawła 2,
- przy ul. Nabycińskiej,
- na podwórku między ulicami Antoniego i Włodkowica,
- a wspólny z Zosenem przy ul. Chrobrego.
- Oczywiście czuję różnicę między działaniem w galerii i na ulicy, między małymi i wielkimi obrazami. Są to zupełnie inne formy. Wolę wejść w tkankę miejską, choćby na zaniedbane podwórka Nadodrza, i tam zostawić swoje artystyczne ślady. To mój żywioł.
Wchodzisz z gotowym projektem, szkicem, który później powiększasz na ścianie?
- Oczywiście mam pomysł, ale obraz powstaje dopiero na miejscu. Nie wyciągam z szafy gotowca, maluję dla konkretnych przestrzeni. Nie jestem spadochroniarzem, który podrzuca obraz i znika. Nie udaję. Staram się poznać i zrozumieć przestrzeń, bo przecież później ludzie będą musieli żyć z moim malarstwem. Ściana jest dla mnie jak płótno, wybieram na swoje malarstwo najbardziej naturalne miejsca. Opuszczone i czekające na interwencję.
Fenomenem waszej wystawy Out of Sth, która zrobiła z Wrocławia galerię sztuki ulicznej, jest akceptacja murali przez mieszkańców.
- Fajnie, że tak to widzisz, to był nasz cel. Ludzie mieszkający w zniszczonych kamienicach, którymi nikt się nie przejmuje ani z nimi nie liczy, dostali od nas coś oryginalnego, uznali, że to jest cenny prezent. Dlatego zabiegam, by nie malować na głównych ulicach, ale w miejscach, o których Bóg zapomniał. My tam zostawiamy kawałek naszej duszy, a oni, mieszkańcy, potrafią to uszanować i docenić.
Które ze swoich realizacji lubisz najbardziej?
- Hmm (dłuższa chwila zastanowienia) - chyba na Nabycińskiej. Ale też mural zrobiony w Rzymie w ramach projektu Rialto. Fajna była też praca nad Dunajem, taki szybcioszek, jechaliśmy z Anią, moją dziewczyną, do Słowenii, zobaczyłem mur, na którym inni już namalowali swoje obrazy. Pozostawiłem też swój ślad, to taka streetarterska tradycja, by w każdym miejscu, do którego trafiasz, coś namalować.
A Brooklyn Gallery w Nowym Jorku?
- Tam pojechały tylko moje prace. Nie dostałem wizy.
???
- Zaproszenie galeryjne nie wystarczyło. Jestem za młody, nie tylko kawaler, ale i bezrobotny.
Ale do moskiewskiego GUM-u dotarłeś?
- Bez problemu, wizę dostałem w pięć dni.
A jak było z malowaniem w Londynie?
- Nieco tam pomieszkałem, mam kilkanaście ścian. Ale tam jest inna specyfika. Kamera na każdym rogu, walka o miejsce, a konkurencja jest duża. Obrazy pojawiają się, a potem ktoś je zamalowuje. Podobnie w Berlinie.
A w Polsce?
- Wrocław jest bezkonkurencyjny, choć dzieje się też w Warszawie i Trójmieście. Ale stamtąd przyjeżdżają do nas, bo u nas jest lepszy klimat dla streetartu.
Co zrobisz z pieniędzmi za nagrodę Warto?
- Zapłacę rachunki. A jeśli coś zostanie, to sfinansuję wyjazdy do Kijowa i Walencji, planuję je na wiosnę. Tam powstaną kolejne moje murale.
Wrocławskie prace ZBIOKA zobaczyć można w naszej galerii zdjęć Wrocław miastem murali raz w realu:
- na Wyspie Słodowej,
- na pl. Jana Pawła 2,
- przy ul. Nabycińskiej,
- na podwórku między ulicami Antoniego i Włodkowica,
- a wspólny z Zosenem przy ul. Chrobrego.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




odtwórz