Siła kilku dźwięków Indigo Tree

Rafał Zieliński
07.09.2010 , aktualizacja: 07.09.2010 19:04
A A A Drukuj
Wrocławski duet Indigo Tree wydał nową płytę. Krążek laureatów tegorocznej nagrody WARTO ma premierę dokładnie dziś. Krótko: warto było dać im WARTO, warto było czekać na płytę.
Indigo Tree, laureat nagrody WARTO
Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
Indigo Tree, laureat nagrody WARTO
ZOBACZ TAKŻE
Pojawili się w ubiegłym roku właściwie znikąd: basista Filip Zawada, były muzyk zespołów Pustki i AGD, zaprosił poznanego wcześniej śpiewającego gitarzystę Peve Lety'ego do pracy przy muzyce filmowej. Obaj mieli pochowane w szufladach piosenki, postanowili je zarejestrować pod okiem Michała Kupicza z Ośrodka Postaw Twórczych, cenionego realizatora polskiej sceny niezależnej. Ich wspólne dzieło, wydana w październiku 2009 roku płyta "Lullabies of Love and Death", czyli transowe piosenki z gitarą w roli głównej i hipnotyzującym wokalem Lety'ego, została przez wiele osób uznana za najważniejszy debiut ubiegłego roku. Leniwie płynące skromne kompozycje przyniosły Indigo Tree nagrodę "Warto" wrocławskiej redakcji "Gazety Wyborczej" oraz sporo pracy w tegorocznym letnim sezonie koncertowym. Grali na gdyńskim Open'erze, festiwalu Kręgi Sztuki w Cieszynie, na La Pampa Festivalu w niemieckim Görlitz i katowickim Off Festivalu.

- Pieniądze z nagrody "Warto" dają nam komfort, możemy pracować nad drugim albumem - tak mówił w marcu Filip Zawada, tuż po odebraniu statuetki i czeku na 10 tys. złotych.

Indigo Tree dotrzymali słowa i dziś ma premierę ich drugi album zatytułowany "Blanik". - Wiele z tych piosenek graliśmy jeszcze przed wydaniem pierwszej płyty - tłumaczy tempo wydawania krążków Zawada.

Już zaczynający album, oparty na trzech akordach, "NSWE" pokazuje, że Indigo Tree nie zmienia się - jest spokojnie, melancholijnie, dźwięki płyną jeden za drugim. Tymczasem następny utwór, "Drymonday", już od pierwszych dźwięków przesterowanej gitary sugeruje, że zaraz huknie perkusja i dostaniemy porcję rockowych nut. Ale aż do końca nie odzywa się żaden bęben. Podobnie w kolejnym "Leavingtimebehind" (choć tu pojawiają się pojedyncze uderzenia podkreślające linię wokalu) - czekamy na cios, rytm, które... nie nadchodzą. Muzycy właściwie cały czas utrzymują słuchacza w tej niepewności: momentów, po których każdy inny artysta zastosowałby sforzato, jest wiele na tej płycie, ale wrocławski duet tego nie robi i nadal gra spokojnie, jak w pełnym chórków Consolation Street". Oczywiście "Blanik" to nie jest powtórka z "Lullabies...": jest tu zdecydowanie więcej dźwięków, od akustycznych, takich jak mandolina, kontrabas czy misy tybetańskie, po elektroniczne smaczki i sprzężenia gitarowe. Zdecydowanie więcej jest tu też przesterowanych gitar, nawet w akustycznym "Lazy" pojawiają się takie właśnie nuty, wprowadzając w muzykę Indigo Tree sporą dawkę psychodelii, podobnie jest w kończącej płytę gitarowej balladzie "Iwishweturnedintotrees". Te elektryczne gitary stawiają "Blanika" gdzieś pomiędzy zimnymi kompozycjami Sigur Rós czy wyczyszczonymi z perkusji utworami folk-rockowych składów sprzed kilku dekad, choćby takich, jak Jefferson Airplane. Cieszy, że Indygo Tree po świetnym debiucie nie dopadł "zespół drugiej płyty" - nowe piosenki ukryte za szarą okładką nie tylko trzymają poziom poprzednich, ale pokazują, że zespół poszukuje, nie stoi w miejscu. Oczywiście robi to konsekwentnie w ramach swojego minimalistycznego, melodyjnego stylu.

Wojtek Waglewski powiedział o jednej z pierwszych płyt Raz Dwa Trzy, że "przy tym nie da się nawet zapalić papierosa". Podobnie jest z "Blanikiem" - szkoda czasu na fajki, bo możemy przegapić jakiś ciekawy dźwięk. A kiedy pewni jesteśmy, że już wszystkie znaleźliśmy, to... nagle odkrywamy następne. "Blanika" chce się słuchać.

** Płyta Indigo Tree, "Blanik", Antena Krzyku/Opensources, 2010

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów