Piotr Makowski: Pożegnanie z poezją
16.02.2012
, aktualizacja: 14.02.2012 20:45
Rozmowa Piotrem Makowskim, laureatem nagrody WARTO w kategorii "Literatura"
Wrocławianin urodzony w Olsztynie. Poeta, prozaik, autor dwóch książek - wydanej siedem lat temu "Niektórzy mają lepiej" i ubiegłorocznego "Soundtracku".
Magda Piekarska: Zna pan wiersz Andrzeja Gołoty?
Piotr Makowski: Znam. Przykra historia. Ledwie zostałem okrzyknięty najlepszym poetą wśród bokserów, a już zostałem strącony przez Andrzeja z tego piedestału lewym sierpowym z doskoku. Przyjmuję to z pokorą. To, co napisał, jest czystą poezją.
Żartuje pan? Dwa pierwsze wersy mogą zaskoczyć, ale końcówka?
- Fakt, końcówka jest słaba. Ale ja zawsze lubiłem teksty z taką niewymuszoną puentą.
Ten literacki hołd boksera dla poetki można potraktować jako kolejny dowód na to, że sport od literatury niewiele dzieli.
- Tak jest. Chociaż w moim przypadku trudno mówić o sporcie, to bardziej zabawa niż wyczynowy trening. Boks fascynował mnie od zawsze, to taki sport, który najwięcej mówi o człowieku. Nie można zwalić winy na nikogo, staje się w ringu naprzeciwko innego faceta i trzeba pokazać siłę, charakter. Tak samo jak w pisaniu trzeba mieć mocną głowę, bo jeśli damy się ponieść emocjom, przegramy. Odsłonimy słabe punkty, które wykorzysta przeciwnik. Można być świetnym poetą czy pięściarzem, który jest mistrzem jednego mocnego ciosu, ale można też być znakomitym technikiem, który dba o pracę nóg i tańczy w ringu. Zresztą ta bliskość pisania i boksu to nic nowego - wśród miłośników tego sportu są Norman Mailer, Albert Camus i Ernest Hemingway, który powiedział: "Moje pisanie jest niczym, moje boksowanie jest wszystkim".
Podpisałby się pan pod tym?
- Nie do końca. U mnie boks wziął się z potrzeby łapania wewnętrznej równowagi, muszę cały czas trzymać się w ryzach. Jak tylko sobie odpuszczę na chwilę, wracają złe nawyki. Więc żeby tego uniknąć, cztery razy w tygodniu pojawiam się w sali Gwardii. Jest to na pewno też sposób na wyładowanie frustracji czy na to, żeby poczuć się bardziej pewnym siebie.
Co było pierwsze - sport czy literatura?
- Pisanie. Zacząłem jako gimnazjalista, kiedy trafiłem do klubu młodych literatów w Olsztynie. Miałem 16 lat, kiedy wydałem pierwszy tomik - nie można go nigdzie znaleźć, ale tytuł brzmi dobrze, więc nie ma wstydu. Sport pojawił się później. Z nim zresztą wiąże się moja obecna praca - redaktora działu fitness i sportu w miesięczniku "Men's Health".
A co z posadą redaktora działu poezji w jakimś nobliwym miesięczniku, o którym pisze pan z ironią w "Soundtracku".
- Przez długi czas rzeczywiście tak myślałem, że praca w takim kąciku poezji to naprawdę coś. Ale podczas pracy nad "Soundtrackiem" wiedziałem już, że to nie moja bajka. Nie chciałbym się utrzymywać z pisania, bo to wiązałoby się z zobowiązaniami, z produkowaniem tekstów, a ja nie chciałbym się do tego zmuszać. Literatura będzie więc rodzajem hobby. Nic na siłę.
Jak powstawał "Soundtrack"?
- Długo, pisałem go dwa lata. Część tekstu powstała dość szybko i próbowałem to wydać, dwa razy prawie się udało. Dobrze się stało, że jednak nie, bo w którymś momencie zdałem sobie sprawę, że czegoś tam brakuje. Takiego wyjścia do czytelnika. Bo na początku zapomniałem o jednej podstawowej rzeczy. Ja znam siebie, moi znajomi znają mnie, więc cały kontekst jest dla nich uchwytny, ale przypadkowy czytelnik, gdyby wziął do ręki tę książkę w jej pierwotnym stanie, musiałby się albo w nią bardzo wgryzać, albo by ją odrzucił. Uznałem, że trzeba to obudować tekstami dodatkowymi, żeby rozjaśnić tę sytuację. Bo nie można zapominać o czytelniku i mówić tylko o sobie. Trzeba zadać sobie pytanie, po co się pisze. Jeśli tylko i wyłącznie po to, żeby wyrazić siebie, to wypada zastanowić się, co mam takiego wyjątkowego w sobie, żeby zauroczyć tym czytelnika. I czy będę w stanie w jakimkolwiek stopniu odmienić go swoim tekstem.
Ile jest pana w tej książce?
- Z założenia to była fikcja. Jednak ona się skończyła w momencie, kiedy zakończyłem pracę nad książką. Skonstruowałem w niej pewnego bohatera, wymyśliłem sobie, jaki ma być, co ma czuć i wszedłem w jego buty. Stałem się taki jak on, czyli nie do końca sympatyczny. Potem zacząłem żyć takim życiem, jakie on mógłby mieć. Stałem się karykaturą twardego faceta, próbowałem być twardzielem, a im bardziej się starałem, tym zabawniej to pewnie z boku wyglądało, bo gdzieś tam w środku byłem zupełnie inny. Ale w ramach tej kreacji parę razy zdarzyło mi się kogoś źle potraktować. A na samym początku byłem neurotycznym chłopcem, który zauważył, że podobnych do niego neurotycznych chłopców jest dużo więcej i postanowił rozstać się z tym neurotyzmem i zostać twardym gościem.
Dalej chce pan nim być?
- Nie wiem, ale z tej pułapki, w której się znalazłem po napisaniu książki, udało mi się wydostać. Na szczęście dosyć szybko.
Magda Piekarska: Zna pan wiersz Andrzeja Gołoty?
Piotr Makowski: Znam. Przykra historia. Ledwie zostałem okrzyknięty najlepszym poetą wśród bokserów, a już zostałem strącony przez Andrzeja z tego piedestału lewym sierpowym z doskoku. Przyjmuję to z pokorą. To, co napisał, jest czystą poezją.
Żartuje pan? Dwa pierwsze wersy mogą zaskoczyć, ale końcówka?
- Fakt, końcówka jest słaba. Ale ja zawsze lubiłem teksty z taką niewymuszoną puentą.
Ten literacki hołd boksera dla poetki można potraktować jako kolejny dowód na to, że sport od literatury niewiele dzieli.
- Tak jest. Chociaż w moim przypadku trudno mówić o sporcie, to bardziej zabawa niż wyczynowy trening. Boks fascynował mnie od zawsze, to taki sport, który najwięcej mówi o człowieku. Nie można zwalić winy na nikogo, staje się w ringu naprzeciwko innego faceta i trzeba pokazać siłę, charakter. Tak samo jak w pisaniu trzeba mieć mocną głowę, bo jeśli damy się ponieść emocjom, przegramy. Odsłonimy słabe punkty, które wykorzysta przeciwnik. Można być świetnym poetą czy pięściarzem, który jest mistrzem jednego mocnego ciosu, ale można też być znakomitym technikiem, który dba o pracę nóg i tańczy w ringu. Zresztą ta bliskość pisania i boksu to nic nowego - wśród miłośników tego sportu są Norman Mailer, Albert Camus i Ernest Hemingway, który powiedział: "Moje pisanie jest niczym, moje boksowanie jest wszystkim".
Podpisałby się pan pod tym?
- Nie do końca. U mnie boks wziął się z potrzeby łapania wewnętrznej równowagi, muszę cały czas trzymać się w ryzach. Jak tylko sobie odpuszczę na chwilę, wracają złe nawyki. Więc żeby tego uniknąć, cztery razy w tygodniu pojawiam się w sali Gwardii. Jest to na pewno też sposób na wyładowanie frustracji czy na to, żeby poczuć się bardziej pewnym siebie.
Co było pierwsze - sport czy literatura?
- Pisanie. Zacząłem jako gimnazjalista, kiedy trafiłem do klubu młodych literatów w Olsztynie. Miałem 16 lat, kiedy wydałem pierwszy tomik - nie można go nigdzie znaleźć, ale tytuł brzmi dobrze, więc nie ma wstydu. Sport pojawił się później. Z nim zresztą wiąże się moja obecna praca - redaktora działu fitness i sportu w miesięczniku "Men's Health".
A co z posadą redaktora działu poezji w jakimś nobliwym miesięczniku, o którym pisze pan z ironią w "Soundtracku".
- Przez długi czas rzeczywiście tak myślałem, że praca w takim kąciku poezji to naprawdę coś. Ale podczas pracy nad "Soundtrackiem" wiedziałem już, że to nie moja bajka. Nie chciałbym się utrzymywać z pisania, bo to wiązałoby się z zobowiązaniami, z produkowaniem tekstów, a ja nie chciałbym się do tego zmuszać. Literatura będzie więc rodzajem hobby. Nic na siłę.
Jak powstawał "Soundtrack"?
- Długo, pisałem go dwa lata. Część tekstu powstała dość szybko i próbowałem to wydać, dwa razy prawie się udało. Dobrze się stało, że jednak nie, bo w którymś momencie zdałem sobie sprawę, że czegoś tam brakuje. Takiego wyjścia do czytelnika. Bo na początku zapomniałem o jednej podstawowej rzeczy. Ja znam siebie, moi znajomi znają mnie, więc cały kontekst jest dla nich uchwytny, ale przypadkowy czytelnik, gdyby wziął do ręki tę książkę w jej pierwotnym stanie, musiałby się albo w nią bardzo wgryzać, albo by ją odrzucił. Uznałem, że trzeba to obudować tekstami dodatkowymi, żeby rozjaśnić tę sytuację. Bo nie można zapominać o czytelniku i mówić tylko o sobie. Trzeba zadać sobie pytanie, po co się pisze. Jeśli tylko i wyłącznie po to, żeby wyrazić siebie, to wypada zastanowić się, co mam takiego wyjątkowego w sobie, żeby zauroczyć tym czytelnika. I czy będę w stanie w jakimkolwiek stopniu odmienić go swoim tekstem.
Ile jest pana w tej książce?
- Z założenia to była fikcja. Jednak ona się skończyła w momencie, kiedy zakończyłem pracę nad książką. Skonstruowałem w niej pewnego bohatera, wymyśliłem sobie, jaki ma być, co ma czuć i wszedłem w jego buty. Stałem się taki jak on, czyli nie do końca sympatyczny. Potem zacząłem żyć takim życiem, jakie on mógłby mieć. Stałem się karykaturą twardego faceta, próbowałem być twardzielem, a im bardziej się starałem, tym zabawniej to pewnie z boku wyglądało, bo gdzieś tam w środku byłem zupełnie inny. Ale w ramach tej kreacji parę razy zdarzyło mi się kogoś źle potraktować. A na samym początku byłem neurotycznym chłopcem, który zauważył, że podobnych do niego neurotycznych chłopców jest dużo więcej i postanowił rozstać się z tym neurotyzmem i zostać twardym gościem.
Dalej chce pan nim być?
- Nie wiem, ale z tej pułapki, w której się znalazłem po napisaniu książki, udało mi się wydostać. Na szczęście dosyć szybko.
1
2
następne »
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień




