Dyskretnie dotknięty kinem
29.07.2010
, aktualizacja: 29.07.2010 16:29
Gdyby wrzucić do Heliosa bombę podczas festiwalu, zmiotłoby z powierzchni ziemi populację polskich kinomanów zainteresowanych awangardą w kinie - mówi Kuba Mikurda, krytyk filmowy, autor tomu rozmów z Guyem Maddinem, współautor książek o Tsai Ming-liangu, Braciach Quay, przedstawiciel pokolenia ENH
ZOBACZ TAKŻE
- Łączy ich miłość do kina (31-07-10, 19:00)
- Era Nowe Horyzonty według Gutka: Twardy chów kinowy (30-07-10, 21:00)
- Era Nowe Horyzonty: Księga niepokoju (28-07-10, 20:02)
- Internet nie tak straszny, jak go malują (27-07-10, 16:00)
- Wspólny collage na dziesięciolecie ENH (25-07-10, 16:00)
- Odrzucić 450 filmów i nie żałować (25-07-10, 12:45)
- Nocą i w Rynku: samuraje, seks oraz klasyka kina (22-07-10, 12:54)
- Dzieci Romana Gutka, czyli generacja ENH (24-07-10, 13:25)
GALERIA ZDJĘĆ
- Pokolenie ENH. Festiwalowicze 2010 (25-07-10, 14:06)
SERWISY
Magda Piekarska: Czy można mówić o generacji Ery Nowych Horyzontów?
Kuba Mikurda: Na pewno w przypadku pokolenia krytyków urodzonych w latach osiemdziesiątych. Nie znam ani jednego, który nigdy nie był na Erze. Najstarsi mieli po dwadzieścia lat, kiedy festiwal startował, najmłodsi byli w liceum. I dla większości był to pierwszy kontakt z kinem bardziej wymagającym. Nie można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy entuzjastami Ery. Znam kilku świetnych krytyków, którzy co roku chodzą na konkurs, bo muszą, ale narzekają na niego straszliwie.
Czy pojęcie pokolenia ENH dotyczy tylko krytyków?
- Nie, przede wszystkim widzów. Ale świadectwa krytyków są trwalsze w sensie materialnym. W przypadku widzów jest bardziej ulotne.
Co łączy tę generację?
- Współuczestnictwo. Nie można mówić, że jesteśmy pokoleniem jednej estetyki. Co ważne, festiwal wyleczył nas z kompleksów. Albo raczej pozwolił nam ich nie mieć. Dostawaliśmy tu przegląd rzeczy najważniejszych w światowym kinie - i nie byliśmy w zaścianku. Pozwolił nam dorastać filmowo w poczuciu, że wiemy, co się dzieje, przeżywamy to, możemy się do tego odnieść.
I pospierać z krytykiem z Nowego Jorku czy Berlina?
- Tak, bo oni piszą o tym samym. Teoretycznie zawsze można było jeździć na wielkie europejskie festiwale - do Berlina czy Cannes, ale dla ludzi w naszym kraju nie były tak dostępne. Tak jak dla pokolenia moich rodziców ważne były Konfrontacje, te mityczne, na które wchodziło się przez okno od łazienki, my opowiadamy o Nowych Horyzontach. Festiwale z pierwszych lat miały partyzancki klimat. Pola namiotowe, bułki z paprykarzem, rozmowy o Pasolinim w kolejce pod prysznic - to wszystko tworzy legendę.
A Wy jesteście jej weteranami?
- Albo kombatantami, jak gdzieś słyszałem.
Pamiętasz swój pierwszy festiwal?
- Miałem 21 lat, studiowałem w Krakowie. Przyjechałem na drugą edycję Nowych Horyzontów, do Cieszyna, z bardzo mainstreamowym gustem. Wydawało mi się, że filmy Jarmuscha czy von Triera to szczyt awangardy. I okazało się, że kino może być bardziej radykalne.
Kiedy dotarło do Ciebie, że publiczność festiwalu to określona formacja?
- Po drugiej czy trzeciej edycji pojawił się wysyp komentarzy - że przyjeżdża tu pewna grupa, czy wręcz że na tym festiwalu jest jakaś inna Polska. I to też było ważne doświadczenie w sensie pokoleniowym. Oto z całej Polski ściągają ludzie, którym podobają się podobne rzeczy, myślą podobnie, z którymi da się rozmawiać o filmach. Myśmy się zobaczyli i policzyli. Przekonaliśmy się, że jest nas całkiem sporo.
Ilu?
- Na pierwszych festiwalach około tysiąca, teraz może dwa. Kiedyś myślałem, że gdyby wrzucić w Helios bombę podczas festiwalu, zmiotłoby z powierzchni ziemi całą populację polskich kinomanów zainteresowanych awangardą w kinie.
Ludzie, którzy przyjeżdżają na festiwal, na co dzień unikają stadnych zjawisk. To paradoks?
- To festiwal indywidualistów, którzy raz do roku szukają zbiorowego przeżycia.
Uczestnictwo w Erze daje im krzepiące poczucie wspólnoty - świadomość, że ze swoimi potrzebami wobec sztuki nie są kompletnie osamotnieni?
- Tak. Zresztą dowodem tego są reakcje publiczności. Po pierwszych festiwalach brakowało mi tego w zwykłym kinie. Jest np. taka scena w "Ośmiu kobietach" Ozona, kiedy Isabelle Huppert podnosi klapę pianina. Na Erze w tym momencie rozlegały się oklaski. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to mrugnięcie w stronę "Pianistki". W zwykłym kinie nikt na to nie reagował. Żeby powtórzyć to doświadczenie poza festiwalem, organizowaliśmy zbiorowe wyjścia do kina, w kilkadziesiąt osób. Poza tym lubię tę festiwalową sytuację maratonu. Mam wtedy wrażenie, że kino mnie dotyka, w sensie czysto fizycznym. Pozwalam więc na to, żeby festiwal mnie zamęczył. A kiedy zasypiam na filmach, pozwalam, żeby moje sny stały się częścią doświadczenia.
Czy częściej niż przed laty wychodzisz z seansu rozczarowany?
- Mam wrażenie, że festiwal nieustannie sam siebie przekracza. To, że pojawiło się określenie "kino gutkowe" jako pewna etykieta, już o tym świadczy. Jeśli jest jakiś efekt zmęczenia, to właśnie ten - wiem, czego się spodziewać po konkursie. To paradoks, bo jego formuła jest oparta na zaskoczeniu, a ja wiem, jak będę zaskakiwany.
Po opisie w katalogu: "Śledzimy losy czterech postaci: pasterza, kozy, drzewa oraz węgla, ale tak naprawdę bohaterem filmu jest dusza", można faktycznie nabrać pewnych podejrzeń.
- Albo kiedy czytamy, że jest to "film o czasie". Zrobiło się coś takiego jak kod katalogowy. Można rozpoznać, kiedy recenzent ostrzega przed filmem. "Film kontemplacyjny" - może być ciężko.
Era Nowe Horyzonty. Serwis specjalny
Kuba Mikurda: Na pewno w przypadku pokolenia krytyków urodzonych w latach osiemdziesiątych. Nie znam ani jednego, który nigdy nie był na Erze. Najstarsi mieli po dwadzieścia lat, kiedy festiwal startował, najmłodsi byli w liceum. I dla większości był to pierwszy kontakt z kinem bardziej wymagającym. Nie można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy entuzjastami Ery. Znam kilku świetnych krytyków, którzy co roku chodzą na konkurs, bo muszą, ale narzekają na niego straszliwie.
Czy pojęcie pokolenia ENH dotyczy tylko krytyków?
- Nie, przede wszystkim widzów. Ale świadectwa krytyków są trwalsze w sensie materialnym. W przypadku widzów jest bardziej ulotne.
Co łączy tę generację?
- Współuczestnictwo. Nie można mówić, że jesteśmy pokoleniem jednej estetyki. Co ważne, festiwal wyleczył nas z kompleksów. Albo raczej pozwolił nam ich nie mieć. Dostawaliśmy tu przegląd rzeczy najważniejszych w światowym kinie - i nie byliśmy w zaścianku. Pozwolił nam dorastać filmowo w poczuciu, że wiemy, co się dzieje, przeżywamy to, możemy się do tego odnieść.
I pospierać z krytykiem z Nowego Jorku czy Berlina?
- Tak, bo oni piszą o tym samym. Teoretycznie zawsze można było jeździć na wielkie europejskie festiwale - do Berlina czy Cannes, ale dla ludzi w naszym kraju nie były tak dostępne. Tak jak dla pokolenia moich rodziców ważne były Konfrontacje, te mityczne, na które wchodziło się przez okno od łazienki, my opowiadamy o Nowych Horyzontach. Festiwale z pierwszych lat miały partyzancki klimat. Pola namiotowe, bułki z paprykarzem, rozmowy o Pasolinim w kolejce pod prysznic - to wszystko tworzy legendę.
A Wy jesteście jej weteranami?
- Albo kombatantami, jak gdzieś słyszałem.
Pamiętasz swój pierwszy festiwal?
- Miałem 21 lat, studiowałem w Krakowie. Przyjechałem na drugą edycję Nowych Horyzontów, do Cieszyna, z bardzo mainstreamowym gustem. Wydawało mi się, że filmy Jarmuscha czy von Triera to szczyt awangardy. I okazało się, że kino może być bardziej radykalne.
Kiedy dotarło do Ciebie, że publiczność festiwalu to określona formacja?
- Po drugiej czy trzeciej edycji pojawił się wysyp komentarzy - że przyjeżdża tu pewna grupa, czy wręcz że na tym festiwalu jest jakaś inna Polska. I to też było ważne doświadczenie w sensie pokoleniowym. Oto z całej Polski ściągają ludzie, którym podobają się podobne rzeczy, myślą podobnie, z którymi da się rozmawiać o filmach. Myśmy się zobaczyli i policzyli. Przekonaliśmy się, że jest nas całkiem sporo.
Ilu?
- Na pierwszych festiwalach około tysiąca, teraz może dwa. Kiedyś myślałem, że gdyby wrzucić w Helios bombę podczas festiwalu, zmiotłoby z powierzchni ziemi całą populację polskich kinomanów zainteresowanych awangardą w kinie.
Ludzie, którzy przyjeżdżają na festiwal, na co dzień unikają stadnych zjawisk. To paradoks?
- To festiwal indywidualistów, którzy raz do roku szukają zbiorowego przeżycia.
Uczestnictwo w Erze daje im krzepiące poczucie wspólnoty - świadomość, że ze swoimi potrzebami wobec sztuki nie są kompletnie osamotnieni?
- Tak. Zresztą dowodem tego są reakcje publiczności. Po pierwszych festiwalach brakowało mi tego w zwykłym kinie. Jest np. taka scena w "Ośmiu kobietach" Ozona, kiedy Isabelle Huppert podnosi klapę pianina. Na Erze w tym momencie rozlegały się oklaski. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to mrugnięcie w stronę "Pianistki". W zwykłym kinie nikt na to nie reagował. Żeby powtórzyć to doświadczenie poza festiwalem, organizowaliśmy zbiorowe wyjścia do kina, w kilkadziesiąt osób. Poza tym lubię tę festiwalową sytuację maratonu. Mam wtedy wrażenie, że kino mnie dotyka, w sensie czysto fizycznym. Pozwalam więc na to, żeby festiwal mnie zamęczył. A kiedy zasypiam na filmach, pozwalam, żeby moje sny stały się częścią doświadczenia.
Czy częściej niż przed laty wychodzisz z seansu rozczarowany?
- Mam wrażenie, że festiwal nieustannie sam siebie przekracza. To, że pojawiło się określenie "kino gutkowe" jako pewna etykieta, już o tym świadczy. Jeśli jest jakiś efekt zmęczenia, to właśnie ten - wiem, czego się spodziewać po konkursie. To paradoks, bo jego formuła jest oparta na zaskoczeniu, a ja wiem, jak będę zaskakiwany.
Po opisie w katalogu: "Śledzimy losy czterech postaci: pasterza, kozy, drzewa oraz węgla, ale tak naprawdę bohaterem filmu jest dusza", można faktycznie nabrać pewnych podejrzeń.
- Albo kiedy czytamy, że jest to "film o czasie". Zrobiło się coś takiego jak kod katalogowy. Można rozpoznać, kiedy recenzent ostrzega przed filmem. "Film kontemplacyjny" - może być ciężko.
Era Nowe Horyzonty. Serwis specjalny
- 7 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
10 głosów
-
Dyskretnie dotknięty kinem
brena76
30.07.10, 19:26
e tam... nuda»
-
Dyskretnie dotknięty kinem
ichi51e
31.07.10, 12:33
o jaka masturbacja!»
Najczęściej czytane24 htydzień



