Nawet Doda może śpiewać "Casta Divę" Belliniego
31.07.2009
, aktualizacja: 31.07.2009 13:38
NA HORYZONCIE O kulturze wysokiej i pop, hamburgerach, Dodzie i filharmonii - opowiada Krzysztof Zanussi, bohater retrospektywy na ENH
ZOBACZ TAKŻE
- Era Nowe Horyzonty - piątek (01-08-09, 19:46)
Patryk Tomiczek: Na przestrzeni lat zmieniała się recepcja Pana filmów. W latach 60.-70. był Pan autorem, o którego filmach szeroko dyskutowano, później ta tendencja się zmieniła. Zmienił się widz czy Pana filmy?
Krzysztof Zanussi: Zmieniła się struktura widowni, bo gwałtowne przemiany zachodziły w samym społeczeństwie. Mimo to ciągle znajduję swoich widzów wśród starszej i młodszej generacji. Choć ta ostatnia grupa nie jest zapewne najliczniejsza. Zresztą nigdy nie była.
Mnie interesują widzowie, którzy mają wobec mnie jakieś oczekiwania. Raz jest ich więcej, a raz mniej. Cieszy mnie jednak, jeśli czuję, że komuś autentycznie podoba się moja praca.
W przyjmowaniu Pana filmów za granicą i w Polsce są pewne różnice. „Rok spokojnego słońca” dostał Złotego Lwa na MFF w Wenecji, a tymczasem w Polsce
- Czy Pan w ogóle cokolwiek pamięta? Nie można mówić o przyjęciu w Polsce "Roku spokojnego słońca", skoro było pisemne partyjne polecenie, że trzeba pisać tylko źle. Nie ma więc co mówić o odbiorze.
Teraz mamy inne czasy, a jednak te różnice pozostają. Potwierdza to, o czym mówiłem. „Serce na dłoni” spotkało się u nas z krytyką, a np. na MFF w Rzymie zostało przyjęte owacyjnie. Niekoniecznie akurat się zgadzam z tą krytyką.
- Pan jest w tej mniejszości, która widziała film. Większość, która pisała o nim, nie oglądała go. Zebrałem te wszystkie recenzje i zrobiło mi się bardzo przykro. Prawie wszyscy pisali jedno i to samo. A przy tym popełniali masę błędów. Jeśli czołowy krytyk myli utwory muzyczne, które tam się pojawiają, i zarzuca mi, że na końcu wykorzystałem "Ave Maria", co byłoby dość niesmacznym zakończeniem, to z takimi ludźmi nie mam potrzeby dyskutować. Oczywiście, że jestem rozgoryczony takim przyjęciem. Na świecie jednak mi to wyrównano. Tu, w kraju, panowała raczej atmosfera nagonki. Mnie to jednak dobrze zrobiło, bo poczułem się młodszy. Myślałem, że jestem już takim człowiekiem, którego się nie szarpie.
W swoich wczesnych filmach, jak „Iluminacja”, „Barwy ochronne”, „Struktura kryształu” przedstawia Pan własne dylematy. Natomiast nowsze produkcje są bardziej przypomnieniem o wartościach.
- Wartości bez dylematów nie ma, bo to byłyby tylko tępe przekonania. Problem śmierci, o którym mówię w ostatnich filmach, bezpośrednio mnie dotyczy. Trudno, żebym o tym nie myślał. Z drugiej strony, kiedy widzę wokół siebie pochwałę chaosu i satysfakcję, że wszystko daje się rozwalić, to uważam, że głosem sprzeciwu jest postawa: nie dajmy się na to nabrać, bo możemy jeszcze przegrać nasze życie. Teraz jest zbytnie przyzwolenie na kulturę popularną. W moim pokoleniu tego nie było, bo traktowano to jako zniżenie się do poziomu budki z piwem.
Nie uważa Pan, że kino artystyczne z kinem popularnym wzajemnie się przenikają?
- Wie pan, nie ma co mówić o przenikaniu, bo po prostu jeśli sztuka niesie jakieś głębokie wartości, to język, jakiego używa, jest automatycznie językiem kultury wysokiej. Nobilituje go przesłanie.
Nie ma wspólnego mianownika między nimi?
- Proszę pana, albo się ma gust, albo się go nie ma. Jeżeli pan ma gust, to nie może lubić hamburgera. Nie da rady, hamburger jest po prostu niesmaczny. Tak już jest z hamburgerem i tak nie może być w dobrej kuchni. Jeżeli pan słucha i mówi, że podoba się panu orkiestra dęta, która fałszuje, a potem idzie pan do filharmonii, to oznacza, że pan nic nie słyszy.
Tego się nie da połączyć.
Nie zgodzę się z Panem
- No bo pan jest postmodernistą!
Lubię Schuberta, ale też Depeche Mode. Nie widzę w tym skrajności, tylko różnorodność.
- Nie ma żadnej różnorodności. Pomysł na różnorodność jest pomysłem intelektualnych bankrutów. Musi pan mało kochać Schuberta, skoro lubi muzykę lekką. Tarantino - to kultura popularna. Jeden film zobaczyłem z satysfakcją, ale drugiego nie obejrzę. Po co? Wszystko jest oparte na jednym pomyśle.
Który film Pan widział?
- "Pulp Fiction".
Krzysztof Zanussi: Zmieniła się struktura widowni, bo gwałtowne przemiany zachodziły w samym społeczeństwie. Mimo to ciągle znajduję swoich widzów wśród starszej i młodszej generacji. Choć ta ostatnia grupa nie jest zapewne najliczniejsza. Zresztą nigdy nie była.
Mnie interesują widzowie, którzy mają wobec mnie jakieś oczekiwania. Raz jest ich więcej, a raz mniej. Cieszy mnie jednak, jeśli czuję, że komuś autentycznie podoba się moja praca.
W przyjmowaniu Pana filmów za granicą i w Polsce są pewne różnice. „Rok spokojnego słońca” dostał Złotego Lwa na MFF w Wenecji, a tymczasem w Polsce
- Czy Pan w ogóle cokolwiek pamięta? Nie można mówić o przyjęciu w Polsce "Roku spokojnego słońca", skoro było pisemne partyjne polecenie, że trzeba pisać tylko źle. Nie ma więc co mówić o odbiorze.
Teraz mamy inne czasy, a jednak te różnice pozostają. Potwierdza to, o czym mówiłem. „Serce na dłoni” spotkało się u nas z krytyką, a np. na MFF w Rzymie zostało przyjęte owacyjnie. Niekoniecznie akurat się zgadzam z tą krytyką.
- Pan jest w tej mniejszości, która widziała film. Większość, która pisała o nim, nie oglądała go. Zebrałem te wszystkie recenzje i zrobiło mi się bardzo przykro. Prawie wszyscy pisali jedno i to samo. A przy tym popełniali masę błędów. Jeśli czołowy krytyk myli utwory muzyczne, które tam się pojawiają, i zarzuca mi, że na końcu wykorzystałem "Ave Maria", co byłoby dość niesmacznym zakończeniem, to z takimi ludźmi nie mam potrzeby dyskutować. Oczywiście, że jestem rozgoryczony takim przyjęciem. Na świecie jednak mi to wyrównano. Tu, w kraju, panowała raczej atmosfera nagonki. Mnie to jednak dobrze zrobiło, bo poczułem się młodszy. Myślałem, że jestem już takim człowiekiem, którego się nie szarpie.
W swoich wczesnych filmach, jak „Iluminacja”, „Barwy ochronne”, „Struktura kryształu” przedstawia Pan własne dylematy. Natomiast nowsze produkcje są bardziej przypomnieniem o wartościach.
- Wartości bez dylematów nie ma, bo to byłyby tylko tępe przekonania. Problem śmierci, o którym mówię w ostatnich filmach, bezpośrednio mnie dotyczy. Trudno, żebym o tym nie myślał. Z drugiej strony, kiedy widzę wokół siebie pochwałę chaosu i satysfakcję, że wszystko daje się rozwalić, to uważam, że głosem sprzeciwu jest postawa: nie dajmy się na to nabrać, bo możemy jeszcze przegrać nasze życie. Teraz jest zbytnie przyzwolenie na kulturę popularną. W moim pokoleniu tego nie było, bo traktowano to jako zniżenie się do poziomu budki z piwem.
Nie uważa Pan, że kino artystyczne z kinem popularnym wzajemnie się przenikają?
- Wie pan, nie ma co mówić o przenikaniu, bo po prostu jeśli sztuka niesie jakieś głębokie wartości, to język, jakiego używa, jest automatycznie językiem kultury wysokiej. Nobilituje go przesłanie.
Nie ma wspólnego mianownika między nimi?
- Proszę pana, albo się ma gust, albo się go nie ma. Jeżeli pan ma gust, to nie może lubić hamburgera. Nie da rady, hamburger jest po prostu niesmaczny. Tak już jest z hamburgerem i tak nie może być w dobrej kuchni. Jeżeli pan słucha i mówi, że podoba się panu orkiestra dęta, która fałszuje, a potem idzie pan do filharmonii, to oznacza, że pan nic nie słyszy.
Tego się nie da połączyć.
Nie zgodzę się z Panem
- No bo pan jest postmodernistą!
Lubię Schuberta, ale też Depeche Mode. Nie widzę w tym skrajności, tylko różnorodność.
- Nie ma żadnej różnorodności. Pomysł na różnorodność jest pomysłem intelektualnych bankrutów. Musi pan mało kochać Schuberta, skoro lubi muzykę lekką. Tarantino - to kultura popularna. Jeden film zobaczyłem z satysfakcją, ale drugiego nie obejrzę. Po co? Wszystko jest oparte na jednym pomyśle.
Który film Pan widział?
- "Pulp Fiction".
1
2
następne »
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




