Z każdym filmem jestem lżejszy

Rozmawiała Katarzyna Kosmała "Gazeta Na horyzoncie"
25.07.2009 , aktualizacja: 25.07.2009 15:40
A A A Drukuj
NA HORYZONCIE O swoich negocjacjach z niebiosami, fascynacji kinem Kieślowskiego i odkrywaniu nieznanego oraz o tym, co go uszczęśliwia, opowiada Tsai Ming-Liang

Tsai Ming-Liang, jeden z bohaterów tegorocznego festiwalu ENH/fot.mat.org
ZOBACZ TAKŻE
Katarzyna Kosmała: W jednym z wywiadów powiedział Pan: „film to coś więcej”. Co miał Pan na myśli?

Tsai Ming-Liang: Film to jest film (śmiech). Dziś ktoś mi powiedział, że zbłądził w moim filmie, bo nie było w nim fabuły, wytyczonej ścieżki. Ale według mnie zabłądzenie to nie błąd, tylko jedna z form odbioru filmu, pewne indywidualne odczucie, relacja między mną a filmem, czasem pozawerbalna. Sam na przykład często oglądam filmy bez napisów. I choć jestem w Polsce pierwszy raz, mam nieodparte uczucie pewnego oswojenia. Może właśnie dlatego, że oglądałem wiele filmów Kieślowskiego. Mimo że nie znam języka, jego filmy były dla mnie przejrzyste, przenikała do mnie ich treść pozawerbalna.

Z jaką intencją tworzy Pan filmy? Czy po to, żeby skonfrontować widza z nieznanym, z pustką? Dać przedsmak konfrontacji ze śmiercią - czy widzi Pan tu analogię?

- Musimy określić, czym jest ta pustka. Powiedziałbym raczej, że chodzi o minimalizm. To pewne sygnały, przesłanki, na które widz reaguje. Powinien doszukać się pewnych rzeczy. Symbole: droga, most czy dwie samotne osoby, pozwalają na to, by każdy widz odbierał scenę czy nawet cały film po swojemu, zgodnie z własnym światopoglądem. Nie chcę nikomu narzucać swojej wersji, zawsze pozostawiam widzowi furtkę. Tak jak w "Viva l'Amour" - jest tam 7-minutowa scena płaczu. Spotkałem się z opinią, że wystarczyłaby minuta, żeby się zorientować "o co chodzi" (śmiech). Ale właśnie nie chodzi o to, co ja chcę przekazać, tylko jaka jest refleksja, odbiór danej osoby. Ktoś się będzie śmiał, ktoś współczuł. Ważne, co budzi w nas to, co widzimy.

A czy kręcąc film, myśli Pan o tym, jak film będzie odebrany, jak może wpłynąć na widza? Czy taka refleksja przychodzi później?

- Częściowo tak. Zawsze wyznaczam sobie cel, punkt, do którego chcę dotrzeć. Kwestią wtórną jest to, jak to zrobić. W moich filmach dużo wolności daję aktorowi - stawiam przed nim zadanie, żeby doszedł minimum do tego wyznaczonego punktu. Może jednak pójść dalej, często ostateczny efekt filmu jest niespodzianką. Nie wolno myśleć, że reżyser jest wszechmogący (śmiech). Często mam też odczucie, że to, co robię, jest wspierane "odgórnie", że natchnienie i siła, by wciąż robić filmy, płynie "z góry". Bardzo często negocjuję z niebiosami (śmiech). Na przykład jest ważna scena, a pojawia się chmura i muszę prosić, żeby nie padało.

Chmury bywają kapryśne?

- Tak (śmiech). W ogóle kręcenie filmów ma w sobie coś z odkrywania nieznanego. Przeczucia, przewidywania, oparte na naszych doświadczeniach, pchają nas dokądś. Idziemy tam, ale czy uda nam się tam dotrzeć i co ostatecznie tam znajdziemy, zależy od tej siły wyższej. Oczywiście, oprócz tego ważne są też relacje z aktorem i jego doświadczenie. Nie możemy mu nic narzucić, musimy dopuścić go do głosu, pomóc mu odnaleźć swój głos. Ostateczne słowo i realizacja filmu należą według mnie do aktora.

Czyli widzi Pan swoje zadanie jako dawanie przestrzeni widzowi i aktorowi?

- Tak. Moim zadaniem jest obserwowanie, patrzenie. Daję widzowi wytyczne, a potem pozwalam mu grać. Gdy dojdzie do wyznaczonego przeze mnie punktu, obserwuję go, a on przekracza tę barierę - dopiero wtedy zaczyna być sobą. To kluczowy moment. Ale oczywiście jest wiele znaków zapytania, nie mogę przewidzieć reakcji widzów. Dla kogoś film będzie za długi, wyjdzie z kina, dla innego za krótki. Zawsze mnie ciekawi odbiór moich filmów.

Z którym swoim filmem najbardziej się Pan utożsamia?

- Każdy z filmów odzwierciedla mnie z danego okresu życia. Choć powtarzają się w nich te same czynności i motywy, zawsze występuje Lee Kang-sheng, kręcenie jest zawsze inne. Nic się nie powtarza.

Czemu więc służy kręcenie kolejnych filmów?

- Kręcenie filmów jest męczące, wyczerpujące, często bolesne. Po każdym filmie obiecuję sobie: "To już ostatni raz". W ogóle nie chodzi o to, że "chcę nakręcić film" - to przede wszystkim trudne wyzwanie, które chcę zrealizować na moim etapie, najlepiej jak potrafię. Do tego punktu, do którego jestem w stanie dojść. Widzowie moich filmów też mają świadomość, jak bolesne i trudne było dla mnie kręcenie (śmiech). Ale z drugiej strony, zawsze po zrobieniu filmu odczuwam satysfakcję i wielką radość.

A czy ma Pan poczucie, że w każdym kolejnym filmie dochodzi Pan dalej, jest Pan bliżej jakichś odpowiedzi?

- Chyba nie chodzi o odpowiedzi, ale o odczucie lekkości - duszy, serca - i docenianie ludzi dookoła nas. Sam proces tworzenia filmu jest jakby powtórzeniem pewnych ważnych wydarzeń z naszego życia. Jest szansa na przyjrzenie się im na spokojnie, z dystansu. Często mamy niedosyt albo jesteśmy rozczarowani. Film pozwala przeżyć to jeszcze raz, na spokojnie. Na żywo, w życiu, wszystko jest wymieszane. A w filmie to, co cięższe, opada na dno, woda jest bardziej przejrzysta, można wejść głębiej. Pomimo że kręcę poważne, ponure filmy, czuję, że z każdym filmem jestem lżejszy, bardziej przejrzysty.



Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos