Melancholijny esteta

Rozmawiał Dariusz Kuźma "Gazeta Na horyzoncie"
24.07.2009 , aktualizacja: 24.07.2009 14:55
A A A Drukuj
NA HORYZONCIE O swoim życiu, podejściu do kina i o tym, co go ukształtowało. Szczery do bólu, pokazuje stronę swojej osobowości, o którą nikt znający jego filmy by go nie podejrzewał - rozmowa z bohaterem jednej z retrospektyw, kanadyjskim reżyserem Guyem Maddinem

Guy Maddin, bohater jednej z tegorocznych retrospektyw/ fot.Elektra A. Goncharova
Dariusz Kuźma: Jak Guy Maddin radzi sobie z rzeczywistością?

Guy Maddin: Dobre pytanie. W życiu każdego człowieka wszystkie bardzo przytłaczające emocjonalnie momenty wywołują reakcję obronną. Należy radzić sobie z nimi w pewnych fazach. Kiedy umarł mój ojciec, okazało się to dla mnie zbyt wielkim ciosem. Nie zdając sobie nawet z tego sprawy, zaprogramowałem się tak, żeby rozłożyć żałobę na wiele lat. Zdałem sobie kiedyś sprawę, że nie potrafię się porządnie cieszyć. Za bardzo tłumię w sobie emocje. A zrobienie filmu bardzo pomaga w otworzeniu się (śmiech).

Wyświetla Pan swoje lęki, obsesje i traumy widzom na całym świecie. Czy traktuje to Pan jako formę terapii, czy po prostu artystyczne wyzwanie?

- I to, i to. Od początku swojej kariery wiedziałem, że moje filmy będą słabe pod względem technicznym. Nie mam do tego daru. Nie chciałem, żeby ludzie myśleli, że jestem próżny, postanowiłem więc być szczery, jak tylko się da. Dodatkowo okazało się, że kręcenie filmów przyniosło niespodziewany efekt terapeutyczny (śmiech). Choć nie taki, jak mogłoby się wydawać. Po prostu biorę jakąś swoją obsesję, jakiś lęk czy silną emocję i zamieniam w strony scenariusza. Później pracuję długo nad tym materiałem, dorabiam dialogi, kostiumy, rekwizyty, by całość ukształtować w montażowni. Prawda jest jednak taka, że efekt końcowy wydaje mi się niesamowicie nudny. Zamiast naprawiać problemy, po prostu chowam je najgłębiej, jak się da. Efekt jest ten sam - przestaję o tym myśleć. To forma terapii, którą polecam każdemu (śmiech).

Czy dąży Pan do tego, żeby Pana filmy były dla widzów czymś w rodzaju wehikułu czasu?

- Po części. Nie chcę się wymądrzać, ponieważ na ekranie wychodzi to różnie, ale chciałbym zaczarować widza, przenieść go częściowo do innego świata. Nie jest to łatwe, łatwiej kogoś wynudzić. Prawdą jest również to, że po prostu potrzebuję uciec jak najdalej od świata rzeczywistego.

Po części odpowiedział Pan na moje kolejne pytanie, ale skąd fascynacja akurat tym okresem transferu z kina niemego do dźwiękowego?

- Zawsze gdy miałem problemy z jakąś powieścią, starałem się podejść do niej jak do bajki. Jest w kinie niemym coś, co stanowi pomost z baśnią, baletem czy operą. To ten rodzaj umowności świata przedstawionego. Konstruując swoje filmy, podchodzę do nich właśnie z tej perspektywy. W mojej opinii wszyscy jesteśmy jak dzieci, którym babcia czyta opowieści na dobranoc. Chcemy zostać oczarowani, przeniesieni w nieznane krainy. Nie przeszkadza mi umowność w moich filmach, wydaje mi się, że ważne jest, by w tym samym momencie pozwolić widzowi wczuć się w historię i pozwolić zdać sobie sprawę z obecności babci. Mamy na wyciągnięcie ręki gotowy język filmowy, którego nikt już nie używa, ale w którym jest ciągle wiele witalności. Niestety, wszystkie te języki i style przeszłości zostały porzucone, odrzucone na bok w szaleńczym pędzie przemysłu filmowego. Niemniej potencjał estetyczny tego typu kina jest ogromny. Pomyślałem więc, czemuż by nie?

Na ile przeszłość jest ważna dla teraźniejszości?

- Zgadzam się w tym aspekcie z Williamem Faulknerem, który powiedział, że przeszłość i teraźniejszość należy pojmować jednocześnie. Jesteśmy nierozerwalnie zanurzeni w obu. Wydaje mi się, że najlepiej właśnie tak o tym myśleć.

Idąc dalej tokiem tej metafory - chciałby Pan dorosnąć?

- Przy okazji "Zmierzchu lodowych nimf" jeden z moich producentów chciał, żebym dorósł. Straciłem cały zapał do filmu, zacząłem się ukrywać przed ekipą, bardzo dużo jadłem. Film robił się jakby sam, bez reżysera. Efekt jest znany

Jednym z motywów Pańskich filmów są seksualne tabu i trójkąty

- Kiedyś uczestniczyłem w takim trójkącie. Boże, ależ to było bolesne doświadczenie! Zdałem sobie sprawę, że trójkąty są o wiele lepsze od dwóch zakochanych osób. Jednym z moich ulubionych filmów jest "Słodki zapach sukcesu" - jest tam mnóstwo postaci, każda ma inny plan i każda robi wszystko, by zaszkodzić innym. To jakiś miłosny ośmiokąt czy jakoś tak (śmiech). Wydaje mi się, że to bardzo ożywia film, a przy okazji jest w tym sporo prawdy psychologicznej.

W Pana filmach jest sporo melodramatu, melancholii, nostalgii. Czy to opisuje Pańską osobowość?

- Wydaje mi się, że tak. Z jakiegoś powodu, gdy spaceruję, moje myśli kierują się w stronę melancholii. W przeciwieństwie do jazdy samochodem, kiedy staję się lekko agresywny. Melodramat podoba mi się jako forma narracyjna, jako sposób na opowiadanie o emocjach. Wielu ludzi uważa, że melodramaty przedstawiają wyolbrzymioną prawdę, ale dobry melodramat to taki, w którym ludzie pokazują, kim są, bez zahamowań. Powiedzmy, że czujesz się teraz smutny. Niestety, nie możesz tego okazywać, bo przeprowadzasz wywiad, ale w melodramacie mógłbyś wyrazić ten smutek bez żadnych zahamowań. Jeśli byłbyś na kogoś zły, mógłbyś mnie zaatakować (śmiech). To tak jak w snach; jeśli kogoś pożądasz, to w śnie masz duże szanse na zdobycie tej osoby. W melodramacie emocje stają się bardziej oczywiste dla widza. Jeśli jest robione źle, wychodzi głupota, banał i kicz. Prawda jest taka, że lubimy melodramaty bardziej, niż się do tego przyznajemy.



Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów