Kamera ujawnia poetę

Rozmawiała Agnieszka Kołodyńska
24.07.2009 , aktualizacja: 24.07.2009 14:48
A A A Drukuj
Maddin jest dla mnie literackim grafomanem, którego od śmieszności uchroniła kamera filmowa - mówi Michał Oleszczyk, który wraz z Kubą Mikurdą wybrał się do kanadyjskiego Winnipeg, by porozmawiać z reżyserem Guyem Maddinem. Z tej wizyty narodziła się książka "Kino wykolejone. Rozmowy z Guyem Maddinem", która ma premierę na festiwalu ENH
"Kino wykolejone. Rozmowy z Guyem Maddinem"

Kuba Mikurda, Michał Oleszczyk

Korporacja ha!art

Rozmowa z Kubą Mikurdą i Michałem Oleszczykiem

Agnieszka Kołodyńska: Skąd wziął się pomysł, by pojechać do Guya Maddina do Kanady?

Kuba Mikurda: Pomysł na książkę pojawił się w trakcie zeszłorocznego festiwalu ENH, gdy tylko Roman Gutek ogłosił plany retrospektywy. Początkowo zakładałem, że powstanie wielki słownik obrazkowy, rodzaj wizualnego przewodnika po twórczości Maddina. Zacząłem planować książkę, odsłuchałem kilku wywiadów - i przepadłem. Okazało się, że Guy jest świetnym rozmówcą, kapitalnym gawędziarzem, a jednocześnie - mistrzem sarkazmu, autoironii i ciętej puenty. W grudniu zadzwoniłem do Michała, który zaproponował: "A może po prostu do niego pojedziemy?".

Jechaliście do Winnipeg z gotowym pomysłem na książkę?

MO: Pomysł zasadzał się w dużej mierze na zderzeniu naszych wrażliwości. Kuba jest entuzjastą awangardy, ja - klasycznego kina hollywoodzkiego. A że Maddin jest i jednym, i drugim, mogliśmy podpytywać go z dwóch różnych frontów. Sam Maddin natomiast był bardzo hojny, poświęcił nam pięć dni, a każda sesja trwała około pięciu godzin. Mnóstwo materiału. Woził nas nawet po Winnipeg i wspólnie objadaliśmy się hamburgerami z bizona!

Jakie jest Winnipeg w Manitobie? W jaki sposób różni się od tego wykreowanego przez Maddina w "Moim Winnipeg"?

KM: "Nasze" Winnipeg stworzył Maddin. Po kilku seansach "Mojego Winnipeg" jechaliśmy tam jak do jakiegoś baśniowego, literackiego miasta - Twin Peaks, Macondo czy - czemu nie - Drohobycza. Pamiętam, że przez cały czas pobytu w Winnipeg myślałem, że jest tam za jasno. Był luty, wszędzie mnóstwo śniegu, ostre słońce. Tymczasem "Moje Winnipeg" to jakby spacer z latarką - światłem, które wydobywa miejsca i wspomnienia bardzo wybiórczo, punktowo, czule.

Dlaczego "kino wykolejone"? Nadając taki tytuł książce, mieliście na myśli surrealistyczne wizje reżysera czy może różne przejawy pożądania - kazirodztwo, elementy homoseksualne, fascynację śmiercią, które można odnaleźć w jego filmach?

KM: Powiedzmy jeszcze tak, ryzykując nieco forsowną metaforę: jeśli wyobrazić sobie kino jako pociąg, który w 1895 r. rusza ze stacji w La Ciotat - czyli ciąg wagonów, następujących po sobie estetyk, konwencji, technik - to Maddin raz po raz wykoleja ów skład, wysadza szyny, przestawia zwrotnice. Nie uznaje wersji, zgodnie z którą kino rozwija się w sposób linearny, wynajdując coraz to nowsze, doskonalsze środki wyrazu, a wcześniejsze odsyłając do lamusa. Wykorzystuje to, co odrzucone, co zapoznane, a w czym ciągle drzemią niezwykłe możliwości estetyczne - jak plansze z napisami, wczesne filmy dźwiękowe, dwukolorowy technikolor i tak dalej.

Jak więc pracuje Maddin?

MO: Amerykański krytyk Jim Hoberman dobrze to ujął: "Maddin jest najbardziej mainstreamowym z twórców eksperymentalnych albo najbardziej eksperymentalnym z twórców mainstreamowych". Styl pracy Maddina mieści się dokładnie w pół drogi między tymi biegunami. Z jednej strony chaos, rozchełstanie, słynne lenistwo Maddina i kręcenie na taśmie 16-milimetrowej, w czerni i bieli. Ale z drugiej: adaptowanie prozy Kazuo Ishiguro, wielokrotne angażowanie Isabelli Rossellini, obecność na największych festiwalach. Maddin pozostaje rozmiłowany w kinie klasycznego Hollywood - i swoje filmy kręci trochę na wzór ukochanych melodramatów. Stąd ta "kropla mainstreamu" w jego awangardowej recepcie na kino osobiste.

Przy okazji Maddina krytycy piszą, że niezależnie od tematyki - bolszewików, zarazy, salonu piękności czy islandzkiej społeczności - uprawia on "melodramat eksperymentalny". Na czym to Waszym zdaniem polega?

KM: Kategoria "melodramat eksperymentalny" dobrze zdaje sprawę z jednego z Maddinowych paradoksów. Dla Maddina każda opowieść, w której pojawiają się emocje, konflikty, napięcia między postaciami, ma coś z melodramatu (jak mówi: "Tak jak wszystko smakuje mniej więcej tak jak kurczak, tak każdy film jest mniej lub bardziej melodramatyczny"). Jednocześnie melodramat to jeden z najbardziej ustalonych, skonwencjonalizowanych gatunków filmowych. Maddinowi udaje się połączyć jedno z drugim - uprawiać melodramat (opowiadać o miłości, namiętności, zazdrości, wzruszać do łez), nie rezygnując przy tym ze śmiałych eksperymentów gatunkowoformalnych.

Maddin jest dla Was bardziej pisarzem operującym kamerą czy malarzem, który zamienił pędzel na kamerę?

MO: Powiem coś prowokacyjnego: Maddin jest dla mnie literackim grafomanem, którego od śmieszności uchroniła kamera filmowa. Czytałem jego opublikowane pamiętniki - moim zdaniem w znakomitej większości jego styl jest nieznośnie przeładowany, "literackość" jest w nim mylona z ornamentyką. Tymczasem kamera uwalnia Maddina od słów i ujawnia w nim prawdziwego poetę - w obrazie nie ma miejsca na zbędne epitety i jedyne, co zostaje, to piękno i obsesja. Moim zdaniem są to dwa filary Maddinowego kina.



Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos