Philippe Mora przechodzi w trzeci wymiar

Rozmawiał Marcin Babko, Gazeta Na horyzoncie
31.07.2011 , aktualizacja: 31.07.2011 17:47
A A A Drukuj
- Dzięki wykorzystaniu techniki cyfrowej 3D powraca w wielkim stylu, ale tak naprawdę to stara rzecz. Niemcy robili trójwymiarowe filmy jeszcze przed drugą wojną światową. Byli lepsi niż Amerykanie w latach 50. - opowiada Philippe Mora
Philippe Mora
Sławomir Pawłowski
Philippe Mora
Był odkryciem ubiegłorocznego festiwalu Nowe Horyzonty. Wcześniej mało znany w naszym kraju, przedstawił retrospektywę swoich filmów, w których grali m.in. Dennis Hopper, Christopher Walken, Alan Arkin i Christopher Lee. W tym roku przyjechał, by pokazać swój nowy obraz "German Sons", w kuluarach zaś chwalił się nową "zabawką" - trójwymiarową kamerą filmową, którą kręcił wszystkich chętnych. 3D to ostatnia fascynacja kultowego australijskiego reżysera. Równie ochoczo zagłębia się we własne, prywatne śledztwa, nie tylko z historii światowego kina. Wszędzie znajduje coś ciekawego, niemal wszystko ma dla niego elementy wspólne.

Rozmowa z Philippem Mora

Philippe Mora: - Niesamowita koincydencja: przyjeżdżam do Wrocławia z nową kamerą 3D, wciąż mam w sobie na świeżo odkrycie związane z nazistowskimi filmami trójwymiarowymi, a pierwsza rzecz, którą dostaję od polskich przyjaciół, to płyta w pięknej stereoskopowej okładce...

Marcin Babko: - Wydarzeniem tegorocznego festiwalu jest zaś premiera „Piny” Wima Wendersa w 3D.

- Ciekawe, że gdy oglądałem nazistowskie filmy 3D w Berlinie, w tym samym czasie premierę miała tam właśnie "Pina". Media pisały o tym jak o czymś nowym i ekscytującym, ale to tak naprawdę nic nowego. W tym samym Berlinie 3D odnosiło sukcesy już w połowie lat 30.

Trzeci wymiar to zresztą bardzo głęboki temat, np. cała amerykańska wojna domowa była fotografowana stereoskopowo. Abraham Lincoln, który miał mnóstwo takich zdjęć (co ciekawe, więcej niż Adolf Hitler, który też bardzo interesował się tym tematem), uważał, że to świetne narzędzie polityczne, i wykorzystywał je. Teraz, przy stosowaniu techniki cyfrowej, 3D powraca w wielkim stylu, ale tak naprawdę to stara rzecz.

Chociaż sprzedają ją jako nową.

- A jest starsza niż samo kino. 3D to jednak więcej niż tylko trzy wymiary. Dlatego Niemcy nazywają je raum film, czyli film przestrzenny. Artyści od zawsze interesowali się przestrzenią. Tę fascynację przeżywał już Leonardo Da Vinci. Marcel Duchamp pracował nad trójwymiarowym filmem.

Ja interesowałem się tym niemal od zawsze. Pierwszy film 3D, jaki widziałem w dzieciństwie, to komedia "The Three Stooges". Potem był "Dial M For Murder" Hitchcocka, jeden z najlepszych trójwymiarowych filmów w historii.

A skąd Twoje poszukiwania nazistowskich filmów 3D?

- Zainteresowałem się Trzecią Rzeszą, bo moja rodzina jest żydowska, ma polskie i niemieckie korzenie. Potem dowiedziałem się, że istnieją stare niemieckie filmy 3D. Przeszukiwałem archiwa w Berlinie, ale nie mogłem tam znaleźć śladów 3D. Właśnie dlatego, że Niemcy nazywają je inaczej. W końcu więc zacząłem szukać filmów eksperymentalnych. I tak je znalazłem.

Było niesamowite odkryć, że naziści też robili filmy 3D i że byli w tym bardzo dobrzy. Bardziej zaawansowani niż Amerykanie kilkanaście lat później. Widać to w filmach z olimpiady w Berlinie w 1936 roku. Kamery włączały się na wystrzał pistoletu startowego i rejestrowały cały wyścig, aż do mety. Zbudowano laboratorium na terenie stadionu, w którym w siedem minut wywoływano filmy 16 mm z każdego wyścigu. Wiadomo, że na podstawie tych filmów skorygowano kilka wyników. Próbowałem znaleźć film z biegu, w którym Jesse Owens bije rekord świata na 100 m. Dla mnie byłoby to jak odnalezienie filmowego Graala. Wciąż kopiemy w archiwach.

W ostatnich latach często pojawiasz się w Berlinie.

- Zrobiłem tam "German Sons", o którym dużo się w Niemczech mówiło [dokument o spotkaniu reżysera, syna niemieckiego Żyda o polskich korzeniach i działacza antyfaszystowskiego, z Haraldem Grosskopfem, synem żołnierza Wehrmachtu, który brał udział w napaści na Polskę - przyp. red.] i zacząłem kręcić "Continuity". To film science fiction o sekretnej misji wywiadu amerykańskiego, która ma dowieść, że Bóg istnieje. Jeśli się uda, będzie to koniec komunizmu. Za pomocą hipnozy wysyłają więc swoich agentów w przeszłość, do 33. roku n.e. Co ciekawe, Pentagon i CIA naprawdę miały w czasach zimnej wojny program remote viewing, wykorzystujący jasnowidzów jako tajnych agentów. Nie wiem, czy podróżowali w czasie, ale to jest punkt wyjścia dla mojego filmu. Lubię znajdować rzeczy, które tak naprawdę zawsze były w zasięgu wzroku, tyle że nikt o nie nigdy nie zapytał.

Co chwila odkrywasz nowe historie, czy to w historii kina, czy we własnym życiu. W rubryce „zatrudnienie” mógłbyś już chyba wpisać: filmowiec-detektyw.

- Tak. Jestem jak "Men In Black", tylko że tego, co mnie interesuje, nie szukam w kosmosie. Na ubiegłorocznym festiwalu Nowe Horyzonty odnalazłem w archiwach wrocławskich akta moich rodziców. Mój ojciec urodził się w Lipsku, ale dziadek, Max Morawski, jest z Wrocławia. Znalazłem tu akt jego ślubu z moją babcią w 1909 roku. Co ciekawe, poszedłem do archiwum bez dokumentów. Jedynym papierem, jaki mógł poświadczyć moją tożsamość, była gazeta "Na horyzoncie" z moim zdjęciem na okładce. Wprawdzie stoję na nim z wyciągniętym środkowym palcem, ale urzędniczce to nie przeszkadzało. Dzięki pobytowi we Wrocławiu dowiedziałem się wiele o mojej rodzinie. Tak naprawdę to tutaj, rok temu, zakończyła się moja praca nad filmem "German Sons".

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów