"Chico i Rita". Miłość w rytmie jazzu
31.07.2011
, aktualizacja: 31.07.2011 17:40
GAZETA NA HORYZONCIE Standardowa historia miłosna, której finał może być tylko bajkowy. Wszystko w atmosferze fascynującej muzyki lat czterdziestych i pięćdziesiątych w różnych zakątkach globu.
Długometrażowe animacje dla dorosłych w ostatnich latach pojawiają się coraz częściej. Wszyscy widzowie, którzy ulegli magii "Tria z Belleville", "Iluzjonisty" Sylvaina Chometa czy choćby "Persepolis" Marjane Satrapi, już nigdy nie potraktują animacji jako rozrywki dla dzieci do lat kilku. W przypadku "Chica i Rity" oprócz obrazu liczy się również muzyka z różnych części świata, która koniec końców staje się osobnym bohaterem filmu Errandy, Mariscala i Trueby.
Fabuła to klasyczny melodramat rozciągnięty w czasie przez tragiczny splot okoliczności. Wszystko rozpoczyna się na Kubie w 1948 roku, gdzie królują Amerykanie cieszący się lokalnym rumem, cygarami i kubańskimi pięknościami. Ubogi, ale wybitnie utalentowany pianista Chico podczas jednego z koncertów, na którym znalazł się przez czysty przypadek, poznaje niebywale piękną i charakterną śpiewaczkę Ritę. Parę łączy bajkowe uczucie miłości od pierwszego wejrzenia, która jedynie na pozór będzie trwała wiecznie. W wyniku nieporozumień Rita wyjeżdża do USA, by tam zrobić międzynarodową karierę. Zakochani będą spotykać się na przestrzeni kilkudziesięciu lat w bardzo różnych częściach świata, cały czas walcząc o swoje uczucie.
Animacja "Chico i Rita" to przede wszystkim dawka genialnej muzyki tamtej epoki, takich gwiazd jak Chano Pozo, Charlie Parker czy Dizzy Gillespie. Naiwne love story to jedynie punkt wyjścia do ukazania nieistniejącego już świata lat czterdziestych i pięćdziesiątych na Kubie, w Nowym Jorku i w Paryżu. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na odważną animację, zaskakującą m.in. w scenach seksualnych, które bynajmniej nie ograniczają się jedynie do uchylenia ramiączka kobiecej bielizny. Gdzieś w tle można dostrzec również kontekst polityczny kubańskich emigrantów z okresu rządów Batisty i później Castro, a także skojarzenia z rzeczywistością opisaną w dokumencie "Buena Vista Social Club" Wima Wendersa.
W filmie Errandy, Mariscala i Trueby próżno doszukiwać się epokowego arcydzieła. Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na atmosferę przeszłości, którą twórcy starają się jak najbardziej drobiazgowo odtworzyć. Dla niektórych "Chico i Rita" będzie pewnie kolejną "bajeczką" w podwójnym tego słowa znaczeniu. Na pewno jednak znajdą się gorliwi entuzjaści kubańskiej love story, którym ta animacja na długo zapadnie w pamięć.
"Chico i Rita"
Niedziela, godz. 10.00, Multikino 9
Fabuła to klasyczny melodramat rozciągnięty w czasie przez tragiczny splot okoliczności. Wszystko rozpoczyna się na Kubie w 1948 roku, gdzie królują Amerykanie cieszący się lokalnym rumem, cygarami i kubańskimi pięknościami. Ubogi, ale wybitnie utalentowany pianista Chico podczas jednego z koncertów, na którym znalazł się przez czysty przypadek, poznaje niebywale piękną i charakterną śpiewaczkę Ritę. Parę łączy bajkowe uczucie miłości od pierwszego wejrzenia, która jedynie na pozór będzie trwała wiecznie. W wyniku nieporozumień Rita wyjeżdża do USA, by tam zrobić międzynarodową karierę. Zakochani będą spotykać się na przestrzeni kilkudziesięciu lat w bardzo różnych częściach świata, cały czas walcząc o swoje uczucie.
Animacja "Chico i Rita" to przede wszystkim dawka genialnej muzyki tamtej epoki, takich gwiazd jak Chano Pozo, Charlie Parker czy Dizzy Gillespie. Naiwne love story to jedynie punkt wyjścia do ukazania nieistniejącego już świata lat czterdziestych i pięćdziesiątych na Kubie, w Nowym Jorku i w Paryżu. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na odważną animację, zaskakującą m.in. w scenach seksualnych, które bynajmniej nie ograniczają się jedynie do uchylenia ramiączka kobiecej bielizny. Gdzieś w tle można dostrzec również kontekst polityczny kubańskich emigrantów z okresu rządów Batisty i później Castro, a także skojarzenia z rzeczywistością opisaną w dokumencie "Buena Vista Social Club" Wima Wendersa.
W filmie Errandy, Mariscala i Trueby próżno doszukiwać się epokowego arcydzieła. Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na atmosferę przeszłości, którą twórcy starają się jak najbardziej drobiazgowo odtworzyć. Dla niektórych "Chico i Rita" będzie pewnie kolejną "bajeczką" w podwójnym tego słowa znaczeniu. Na pewno jednak znajdą się gorliwi entuzjaści kubańskiej love story, którym ta animacja na długo zapadnie w pamięć.
"Chico i Rita"
Niedziela, godz. 10.00, Multikino 9
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



