Polskie uczelnie, czyli prowincjonalny chów wsobny
10.03.2010
, aktualizacja: 11.03.2010 11:10
O tym, co łączy chłopa pańszczyźnianego i profesora, dlaczego nie lubimy ambitnych, gdzie doktor habilitowany musi prowadzić dwie kompanie rekrutów i kiedy rektor wybije się na niepodległość, rozmawiamy z prof. Leszkiem Pacholskim, byłym rektorem Uniwersytetu Wrocławskiego
ZOBACZ TAKŻE
- Czy informatyka musi być zarezerwowana dla mężczyzn? (05-06-10, 09:00)
- Uniwersytet Przyrodniczy wypycha pisklęta z gniazda (20-05-10, 00:00)
- Rektor PWr: nasze środowisko naukowe przeżywa kryzys (20-03-10, 12:00)
- "S" politechniki również przeciwna łączeniu uczelni (18-03-10, 16:24)
SERWISY
Polskie uczelnie nie liczą się w światowych rankingach badań naukowych i nie potrafią dobrze kształcić, choć aż 60 proc. studentów musi za naukę płacić. Są także źle zarządzane, a brakuje mechanizmów nadzoru, które by te błędy korygowały - alarmują eksperci.
Beata Maciejewska: Zacznijmy od diagnozy choroby. Zagrażająca życiu?
Prof. Leszek Pacholski*: Bardzo poważna. Ani jedna polska uczelnia nie uplasowała się w pierwszych trzech setkach żadnego poważnego światowego rankingu. Głównym kryterium przy ich układaniu są wyniki badań naukowych, a te - jeśli chodzi o polskie uczelnie - zachwytu nie budzą. W świecie dostrzega się jedynie dorobek polskich matematyków, fizyków i chemików oraz uczonych z dziedzin pokrewnych. To dość zaskakująca sytuacja, bo są to głównie dyscypliny doświadczalne i stosunkowo kosztowne, a panuje pogląd, że naszą myśl naukową tłamsi brak pieniędzy. Reszta praktycznie nie istnieje. Co zresztą nie powinno dziwić, skoro dominującym językiem publikacji badań z dziedziny na przykład nauk społecznych jest język polski. Jak się mają przebić?
To może chociaż dobrze kształcą?
- Państwowa Komisja Akredytacyjna jest nawet zadowolona z poziomu edukacji, ale pracodawcy bardzo narzekają. Absolwenci wyższych uczelni nie potrafią przeczytać ze zrozumieniem skomplikowanego tekstu, a tym bardziej takowego napisać, nie umieją się szybko uczyć, nie radzą sobie z pracą zespołową, nie potrafią samodzielnie podejmować decyzji.
Wyższa uczelnia ma uczyć organizacji pracy?
- A kto? W USA słuchacze college'ów co tydzień piszą esej. Nie tylko o twórczości poety, ale także o problemach, z którymi na co dzień się stykają, o których się dyskutuje w mediach czy w internecie. Z kolei doktoranci w Niemczech przygotowują pod okiem promotora próbne wnioski grantowe. U nas takie wnioski piszą najwcześniej ludzie po habilitacji! Już na starcie zostajemy w tyle. W pierwszym konkursie European Research Council (Europejska Rada ds. Badań Naukowych) przeznaczonym dla młodych naukowców nie udało się nikomu z Polski zdobyć ani jednego grantu! Doskonale wiadomo, że człowiek jest najaktywniejszy wtedy, kiedy pracuje na własny rachunek. I dlatego należy młodych jak najszybciej wypuszczać spod skrzydeł. Oni mają budować pozycję swoją, a nie kierownika zakładu.
Nie podoba się Panu polski model kariery naukowej?
- W polskiej nauce brakuje liderów, bo kandydat na uczonego nie staje do rywalizacji, nie musi wygrać. Habilitacja, nawet najsłabsza, daje w praktyce dożywotnie zatrudnienie i stanowisko profesora. Mechanizmy selekcji odcinają najsłabszych, ale nie wybierają najlepszych. Polski system eliminuje patologie, zamiast promować doskonałość. Naukowiec nie ma żadnych motywacji - poza ambicją - żeby osiągnąć sukces. Ważne, żeby w terminie zrobił doktorat i habilitację - a potem już idzie z górki. Zostaje się kolejnym profesorem w katedrze (zakładzie) i dalej nie ma się prawdziwej samodzielności połączonej z odpowiedzialnością za doktorantów, młodych stażystów po doktoracie, zdobywaniem dla nich grantów itd. A jak już "dostanie się zakład", będzie się zbyt starym i zmęczonym, by zbudować sobie pozycję lidera.
Czy Pan trochę nie przesadza? Habilitację robi się na ogół w wieku ok. 40 lat, trochę za wcześnie na starość.
- W USA 30-latek zostaje profesorem (assistant professor) i ma już wszystkie prawa - może promować doktorów, może występować o granty. Jego przełożonym jest dziekan. Jeśli potrafi zdobyć fundusze, zostaje liderem grupy badawczej złożonej z doktorantów i młodych doktorów. W firmie awans jest wyznaczeniem do bardziej odpowiedzialnej i trudniejszej pracy. Tymczasem na uczelni to tylko nagroda za wcześniejsze dokonania. Oceniając naukowca, oceniamy dorobek, a nie przydatność do pełnienia pewnych ról w społeczności akademickiej.
Chcecie znieść habilitację?
- Nie podejmujemy tematu habilitacji. Ale proponujemy, żeby objęcie stanowiska profesora nie było uzależnione od posiadania tego stopnia. Inaczej nigdy nie będziemy mogli szybko zacząć w pełni wykorzystywać potencjału tych najzdolniejszych. Czy pani wie, że przy zatrudnianiu adiunkta podstawowym kryterium jest ocena, czy potrafi zrobić habilitację w terminie? Nie ma presji na rozszerzanie tematyki, na prowadzenie innowacyjnych badań, na odkrycia na światowym poziomie.
Studia doktoranckie w USA trwają sześć-osiem lat. W Polsce oczekuje się, że studia doktoranckie będą trwały dwa-trzy lata. Na jakimś odcinku jednak przyspieszyliśmy.
- Tylko nie na tym, co trzeba. Oczywiście bywa, że uda się zrobić doktorat nawet w dwa lata, ale obowiązek skończenia studiów w trzy lata oznacza, że odpowiedzialny promotor nie zada doktorantowi ambitnego problemu. Bo taki może "nie wyjść". Świat nie posuwa się do przodu z powodu rutynowych wprawek, lecz dlatego, że ktoś zrobi coś, co jeszcze wczoraj było niemożliwe. Ale trzeba szaleńca, żeby doktorantowi kazać zrobić coś niemożliwego w dwa lata. Doktorant w MIT (Massachusetts Institute of Technology) w trakcie studiów doktoranckich, które trwają sześć-siedem lat buduje reputację akademicką, pozwalającą mu zdobyć dobrą pracę - na ogół na stanowisku profesora w jednej z prestiżowych uczelni. Decyzję o przedstawieniu rozprawy podejmuje, gdy wie, że już może wygrać konkurs w wymarzonym uniwersytecie. Rozprawę ocenia w zasadzie tylko promotor. Czasem biorą w tym udział dwie inne osoby, ale to nie jest warunek konieczny. Promotor musi dbać o poziom doktoratów, bo między innymi w ten sposób buduje swoją reputację. Rada wydziału się do tego nie wtrąca.
Ale u nas nie ma konkurencji ani rynku pracy, bo 90 procent doktorów jest zatrudnianych w swojej macierzystej uczelni. Gdzieś na świecie prowadzi się tak duży chów wsobny?
- Na pewno nigdzie tam, gdzie dba się o poziom szkolnictwa wyższego. To katastrofa. Chów wsobny utrwala prowincjonalne myślenie. Jeśli ktoś pracował w kilku ośrodkach akademickich, to nie tylko miał możliwość czerpania z wiedzy większej liczby uczonych, ale także poznawał inne sposoby zarządzania, kulturę pracy, a nawet zwyczaje. Na całym cywilizowanym świecie uczeni zmieniają miejsce zatrudnienia. Szczególnie w pierwszym okresie kariery. Pomaga to w zbieraniu doświadczeń, budowaniu kapitału relacyjnego. Mój były student, po kilku latach pobytu w Aachen i zrobieniu tam doktoratu, powiedział, że chce kiedyś wrócić do Polski, ale jeszcze nie teraz. W Aachen też nie zostanie "bo tam się już więcej nie nauczy".
A jeśli uczelnia uważa, że jej absolwenci, jej wychowankowie są na tyle cenni, że nie należy ich się pozbywać?
- Raczej uważa, że należy popierać "swoich". Dziekan Uniwersytetu w Lozannie chwalił mi się ostatnio, że zatrudnili 10 osób, z tego dziewięć ściągnęli z USA. On nie myśli o tym, żeby ułatwić życie ludziom z własnej uczelni, tylko żeby znaleźć najlepszych kandydatów do pracy.
Beata Maciejewska: Zacznijmy od diagnozy choroby. Zagrażająca życiu?
Prof. Leszek Pacholski*: Bardzo poważna. Ani jedna polska uczelnia nie uplasowała się w pierwszych trzech setkach żadnego poważnego światowego rankingu. Głównym kryterium przy ich układaniu są wyniki badań naukowych, a te - jeśli chodzi o polskie uczelnie - zachwytu nie budzą. W świecie dostrzega się jedynie dorobek polskich matematyków, fizyków i chemików oraz uczonych z dziedzin pokrewnych. To dość zaskakująca sytuacja, bo są to głównie dyscypliny doświadczalne i stosunkowo kosztowne, a panuje pogląd, że naszą myśl naukową tłamsi brak pieniędzy. Reszta praktycznie nie istnieje. Co zresztą nie powinno dziwić, skoro dominującym językiem publikacji badań z dziedziny na przykład nauk społecznych jest język polski. Jak się mają przebić?
To może chociaż dobrze kształcą?
- Państwowa Komisja Akredytacyjna jest nawet zadowolona z poziomu edukacji, ale pracodawcy bardzo narzekają. Absolwenci wyższych uczelni nie potrafią przeczytać ze zrozumieniem skomplikowanego tekstu, a tym bardziej takowego napisać, nie umieją się szybko uczyć, nie radzą sobie z pracą zespołową, nie potrafią samodzielnie podejmować decyzji.
Wyższa uczelnia ma uczyć organizacji pracy?
- A kto? W USA słuchacze college'ów co tydzień piszą esej. Nie tylko o twórczości poety, ale także o problemach, z którymi na co dzień się stykają, o których się dyskutuje w mediach czy w internecie. Z kolei doktoranci w Niemczech przygotowują pod okiem promotora próbne wnioski grantowe. U nas takie wnioski piszą najwcześniej ludzie po habilitacji! Już na starcie zostajemy w tyle. W pierwszym konkursie European Research Council (Europejska Rada ds. Badań Naukowych) przeznaczonym dla młodych naukowców nie udało się nikomu z Polski zdobyć ani jednego grantu! Doskonale wiadomo, że człowiek jest najaktywniejszy wtedy, kiedy pracuje na własny rachunek. I dlatego należy młodych jak najszybciej wypuszczać spod skrzydeł. Oni mają budować pozycję swoją, a nie kierownika zakładu.
Nie podoba się Panu polski model kariery naukowej?
- W polskiej nauce brakuje liderów, bo kandydat na uczonego nie staje do rywalizacji, nie musi wygrać. Habilitacja, nawet najsłabsza, daje w praktyce dożywotnie zatrudnienie i stanowisko profesora. Mechanizmy selekcji odcinają najsłabszych, ale nie wybierają najlepszych. Polski system eliminuje patologie, zamiast promować doskonałość. Naukowiec nie ma żadnych motywacji - poza ambicją - żeby osiągnąć sukces. Ważne, żeby w terminie zrobił doktorat i habilitację - a potem już idzie z górki. Zostaje się kolejnym profesorem w katedrze (zakładzie) i dalej nie ma się prawdziwej samodzielności połączonej z odpowiedzialnością za doktorantów, młodych stażystów po doktoracie, zdobywaniem dla nich grantów itd. A jak już "dostanie się zakład", będzie się zbyt starym i zmęczonym, by zbudować sobie pozycję lidera.
Czy Pan trochę nie przesadza? Habilitację robi się na ogół w wieku ok. 40 lat, trochę za wcześnie na starość.
- W USA 30-latek zostaje profesorem (assistant professor) i ma już wszystkie prawa - może promować doktorów, może występować o granty. Jego przełożonym jest dziekan. Jeśli potrafi zdobyć fundusze, zostaje liderem grupy badawczej złożonej z doktorantów i młodych doktorów. W firmie awans jest wyznaczeniem do bardziej odpowiedzialnej i trudniejszej pracy. Tymczasem na uczelni to tylko nagroda za wcześniejsze dokonania. Oceniając naukowca, oceniamy dorobek, a nie przydatność do pełnienia pewnych ról w społeczności akademickiej.
Chcecie znieść habilitację?
- Nie podejmujemy tematu habilitacji. Ale proponujemy, żeby objęcie stanowiska profesora nie było uzależnione od posiadania tego stopnia. Inaczej nigdy nie będziemy mogli szybko zacząć w pełni wykorzystywać potencjału tych najzdolniejszych. Czy pani wie, że przy zatrudnianiu adiunkta podstawowym kryterium jest ocena, czy potrafi zrobić habilitację w terminie? Nie ma presji na rozszerzanie tematyki, na prowadzenie innowacyjnych badań, na odkrycia na światowym poziomie.
Studia doktoranckie w USA trwają sześć-osiem lat. W Polsce oczekuje się, że studia doktoranckie będą trwały dwa-trzy lata. Na jakimś odcinku jednak przyspieszyliśmy.
- Tylko nie na tym, co trzeba. Oczywiście bywa, że uda się zrobić doktorat nawet w dwa lata, ale obowiązek skończenia studiów w trzy lata oznacza, że odpowiedzialny promotor nie zada doktorantowi ambitnego problemu. Bo taki może "nie wyjść". Świat nie posuwa się do przodu z powodu rutynowych wprawek, lecz dlatego, że ktoś zrobi coś, co jeszcze wczoraj było niemożliwe. Ale trzeba szaleńca, żeby doktorantowi kazać zrobić coś niemożliwego w dwa lata. Doktorant w MIT (Massachusetts Institute of Technology) w trakcie studiów doktoranckich, które trwają sześć-siedem lat buduje reputację akademicką, pozwalającą mu zdobyć dobrą pracę - na ogół na stanowisku profesora w jednej z prestiżowych uczelni. Decyzję o przedstawieniu rozprawy podejmuje, gdy wie, że już może wygrać konkurs w wymarzonym uniwersytecie. Rozprawę ocenia w zasadzie tylko promotor. Czasem biorą w tym udział dwie inne osoby, ale to nie jest warunek konieczny. Promotor musi dbać o poziom doktoratów, bo między innymi w ten sposób buduje swoją reputację. Rada wydziału się do tego nie wtrąca.
Ale u nas nie ma konkurencji ani rynku pracy, bo 90 procent doktorów jest zatrudnianych w swojej macierzystej uczelni. Gdzieś na świecie prowadzi się tak duży chów wsobny?
- Na pewno nigdzie tam, gdzie dba się o poziom szkolnictwa wyższego. To katastrofa. Chów wsobny utrwala prowincjonalne myślenie. Jeśli ktoś pracował w kilku ośrodkach akademickich, to nie tylko miał możliwość czerpania z wiedzy większej liczby uczonych, ale także poznawał inne sposoby zarządzania, kulturę pracy, a nawet zwyczaje. Na całym cywilizowanym świecie uczeni zmieniają miejsce zatrudnienia. Szczególnie w pierwszym okresie kariery. Pomaga to w zbieraniu doświadczeń, budowaniu kapitału relacyjnego. Mój były student, po kilku latach pobytu w Aachen i zrobieniu tam doktoratu, powiedział, że chce kiedyś wrócić do Polski, ale jeszcze nie teraz. W Aachen też nie zostanie "bo tam się już więcej nie nauczy".
A jeśli uczelnia uważa, że jej absolwenci, jej wychowankowie są na tyle cenni, że nie należy ich się pozbywać?
- Raczej uważa, że należy popierać "swoich". Dziekan Uniwersytetu w Lozannie chwalił mi się ostatnio, że zatrudnili 10 osób, z tego dziewięć ściągnęli z USA. On nie myśli o tym, żeby ułatwić życie ludziom z własnej uczelni, tylko żeby znaleźć najlepszych kandydatów do pracy.
1
2
następne »
- 99 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
50 głosów
-
Polskie uczelnie, czyli prowincjonalny chów wsobny
waszznak
09.04.10, 18:17
Ciekawe, co zostałoby z pana profesora, gdyby zastosowac do niego ostre kryteria konkurencji? Sprawdzalem w MathSciNet (sieci obrazujacej dzialalnosc naukowa w dziedzinie matematyki i »
-
tylko podział klasowy
london13
10.04.10, 00:54
może uratować ten kraj. Pospólstwo i plebs won do gnoju!»
-
Polskie uczelnie, czyli prowincjonalny chów wsobny
psychosasza
10.04.10, 04:34
Redaktorka Beata Maciejewska nie zna języka polskiego. Może warto,Beato, czasami oderwać się od Internetu, wikipedii, i innychzłudnych mediów, udać się na przeszperanie, starych książek, »
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć