Lubiąż - większy niż Wawel

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
- Szlak cysterski - te miejsca naprawdę warto zobaczyć (17-12-11, 15:00)
- Szlak cysterski na Dolnym Śląsku - warto go poznać (27-08-11, 09:00)
- Niech dzieła Michaela Willmanna powrócą do Lubiąża (10-03-11, 07:00)
Ani Wysoki, ani jego następcy, Piastowie Śląscy, nie szczędzili wysiłków oraz pieniędzy, by cystersi mogli spokojnie żyć w Lubiążu. Szczególnie hojny okazał się syn Wysokiego, książę Henryk Brodaty. Opat lubiąski Gunther II był spowiednikiem jego żony Jadwigi. A choć święta penitentka okazała się harda i samowolna (gdy Gunther nakazał jej nosić buty, bo uznał, że przesadza z umartwieniami, powiesiła je sobie na ramieniu), klasztorem lubiąskim opiekowała się przykładnie. Dzięki nadaniom książęcej pary opactwo zarządzało blisko 30 wsiami. Sto lat później posiadłości Lubiąża znajdowały się nawet w Wielkopolsce i Małopolsce, a na Śląsku obejmowały 65 wsi i 15 folwarków. Lasy, tartaki, gorzelnie, browary, milickie stawy rybne i kopalnia złota w Złotoryi składały się na wielkie przedsiębiorstwo, którym kierowali zakonnicy.
Ideał i praktyka
Program cysterski zakładał przestrzeganie czystej reguły benedyktyńskiej. Życie w klasztorze miało być twarde i surowe, a rytm dnia podporządkowany benedyktyńskiemu hasłu: "Ora et labora" - "Módl się i pracuj". Każdy mnich kilka godzin dziennie poświęcał pracy fizycznej, a pozostały czas modlitwie. Jadano raz dziennie chleb razowy z otrębami, jarzyny z solą i oliwą oraz owoce. Tylko chorzy i goście dostawali biały chleb. Spożywanie mięsa, a także używanie pieprzu, cynamonu czy innych tego typu przypraw było w obrębie klasztoru surowo wzbronione. Ubiór zakonników, bardzo prosty, był biały, gdyż taki kolor miała niebarwiona wełna.
Pierwsze siedziby cystersów budowano na pustkowiach, z dala od siedzib ludzkich, aby poprzez izolację od świata zewnętrznego ułatwić zakonnikom bezpośredni kontakt z Bogiem. Kościoły i klasztory miały być jak najprostsze, bez zdobień, narracyjnych witraży, a w wiekach późniejszych nawet organów. Praktyka okazała się jednak inna. W obrębie opactw zakładano warsztaty murarskie, stolarskie, snycerskie i kowalskie. Budowle, które pozostawili po sobie cystersi, imponują ogromem i harmonią kształtów. Jędrzejów, Wąchock czy Sulejów w Małopolsce, Łękno w Wielkopolsce, Oliwa na Pomorzu, Lubiąż, Krzeszów i Henryków na Śląsku muszą dziś wzbudzać podziw i pokorę.
Pierwsze załamanie potęgi cysterskiego opactwa nastąpiło w okresie wojen husyckich w latach 1428-1432. Kościół i klasztor zostały splądrowane, zniszczone wsie przestały przynosić dochody. Bracia też poczuli się wojownikami. Spór, do jakiego doszło w połowie XV wieku pomiędzy mnichami polskimi a niemieckimi, tak zirytował księcia żagańsko-głogowskiego i oleśnicko-ziębickiego, że wygnali wszystkich zakonników, a klasztor zamienili na zamek myśliwski. Dopiero w 1505 r. wszystko wróciło do normy, czyli do cystersów.
Jednak opactwo nadal nie mogło wrócić do dawnej świetności. Zaczęła się reformacja. Lepsze czasy zaczęły się dopiero ok. 1600 r., za rządów opata Matthiasa Rudolfa. Ale szybko się skończyły, bo w 1618 r. wybuchła wojna trzydziestoletnia, mająca podłoże religijne. W klasztorze stacjonowały wojska szwedzkie i saksońskie, dla których nic świętego nie było. Za to wszystko nadawało się do wywiezienia. I znów zakonnikom przyszło cierpliwie czekać na bardziej opiekuńczych władców, czyli Habsburgów. Potężna katolicka dynastia przeżywała na przełomie XVII i XVIII wieku swój złoty wiek. Cystersi na tym skorzystali. Zaczęli rozbudowywać opactwo.
Barokowy kompleks klasztorny został wzniesiony w latach 1681-1720 za rządów opatów: Johanna Reicha, Dominika Krausenbergera, Baltazara Nitschego i Ludwika Baucha. Projektantem był najprawdopodobniej włoski architekt.
Wcześniej - za rządów opata Arnolda Freibergera - przeprowadzono barokizację architektury i wystroju gotyckiego kościoła klasztornego. Warto zapamiętać nazwisko Freibergera, bo był wielkim mecenasem sztuki i to on sprowadził do Lubiąża znakomitego malarza Michaela Willmanna, nazywanego dziś śląskim Rembrandtem.
Niestety, już w 1741 r. na Śląsk należący do katolickiej Austrii Habsburgów wkroczył król protestanckich Prus Fryderyk II. Klasztor został obłożony wysokimi kontrybucjami, a potem podatkami rujnującymi cysterską gospodarkę. Miejsce gloryfikacji dynastii Habsburgów nie miało prawa istnieć.
W 1810 r. nastąpiła sekularyzacja dóbr zakonnych. W 1813 r. - przez kilka miesięcy - był tu lazaret dla rosyjskich żołnierzy, którzy przepędzili Napoleona. W 1823 r. w budynku klasztoru utworzono szpital dla psychicznie chorych arystokratów pruskich. Podzielono pomieszczenia, wykonano belkowe stropy, wewnętrzne korytarze, poustawiano piece.
W czasie drugiej wojny światowej Niemcy zamienili cały kompleks na fabrykę urządzeń sterujących dla wojska (niewykluczone, że były to elementy do rakiet V-1 i V-2). Pracowało tu 300 inżynierów z Luksemburga. Luksemburczycy bowiem byli uznawani za wybitnych specjalistów w dziedzinie mechaniki precyzyjnej.
Najcenniejsze dzieła Lubiąża - obrazy Willmanna, rzeźby ołtarzowe i stalle anielskie Macieja Steinla z kościoła klasztornego, ewakuowane w 1944 r. przez niemieckiego konserwatora Guentera Grundmanna - rozproszyły się po całej Polsce. Pozostałe wyposażenie zniszczyli żołnierze radzieccy, którzy urządzili tu w latach 1945-48 lazaret. W 1950 r. Lubiąż przekazano w polskie ręce.
Na ziemiach odzyskanych obowiązywała wówczas znana wykładnia: albo wszystko jest piastowskie, albo niemieckie. Co nie miało rodowodu piastowskiego, nie interesowało państwa polskiego. W klasztorze przez wiele lat mieściły się magazyny składnicy księgarskiej. Część sal pałacu opatów wykorzystywano jako magazyny muzealne, część stała pusta. Po wojnie stalle wysłano do kościoła w Stężycy koło Dęblina. Tam zostały pocięte. Na razie w lubiąskim kościele stoją na statywach archiwalne zdjęcia, pokazujące dzieło Steinla.
Proces niszczenia został powstrzymany dopiero w 1989 r., po powstaniu Fundacji "Lubiąż". Prace zabezpieczające okazały się bardzo kosztowne i skomplikowane. Żeby ściągnąć budynek, trzeba było wywiercić otwory w ścianie i założyć stalowe kotwy. Zakleszcza się je w murze za pomocą żywicznych ładunków. Lubiąż był pierwszym obiektem w Polsce, w którym zastosowano tę technologię. Na trzech poziomach klasztoru założono 634 kotwy. Są niewidoczne.
Dziś pałac, klasztor i kościół można uznać za uratowane. Świątynia ma nowe dach, posadzkę, oszklone okna. Nawet barokowe kraty zostały wyczyszczone, a kapitele kolumn leżą w karnym szeregu. Klasztor spięty kotwami przestał się rozpadać, konserwatorzy restaurują bibliotekę.
Samotni i samowystarczalni
Opactwo było organizmem samowystarczalnym - musiało zaspokajać duchowe i materialne potrzeby wspólnoty zakonnej, która żyła odcięta od społeczności ludzi świeckich. Największą i najbogatszą budowlą był kościół. Po słonecznej południowej stronie przylegał do niego klasztor z czworobokiem krużganków wokół wirydarza - otwartego dziedzińca. Znajdowały się w nim: kapitularz (sala zebrań kapituły), dormitoria (sypialnie), refektarz (jadalnia) i kuchnia, zawsze ze sobą sąsiadujące, kalefaktorium - ogrzewane pomieszczenie, infirmeria (szpital, izba chorych), sala ablucji, czyli łaźnia, wreszcie ustępy (latrinae), mieszczące się w sąsiedztwie dormitorium.
Przy każdym klasztorze były również: pralnia, piekarnia, stajnie, obory, spichlerz i spiżarnia. Nic dziwnego, że fundacja i utrzymanie tak ogromnego kompleksu pochłaniały ogromne sumy.
Opactwo lubiąskie jest większe od Wawelu i Zamku Królewskiego w Warszawie. Ma 300 sal, a jego wydłużona monumentalna fasada liczy 225 m długości. Dominantą wysokościową całego założenia jest dwuwieżowa barokowa fasada kościoła klasztornego, łączącego pałac opacki i klasztor. Korytarz, którym przechodzi się z rezydencji opata do siedziby zakonników, ma półtora kilometra długości!
** Refektarz braci w części klasztornej, biblioteka i sala książęca zostały uznane za najpiękniejsze pomieszczenia kompleksu lubiąskiego. Ale zwiedzanie zaczynamy od jadalni opata w pałacu opackim. Można ją oglądać bez przewodnika.
Pałac opacki ma wymiary iście pałacowe - trzy kondygnacje nadziemne, łącznie 6350 m kw. Wnętrza rozplanowano jak w klasztorze. Układ wnętrz jest jednotraktowy, z szerokim korytarzem o charakterze galerii od strony dziedzińca. Poszczególne kondygnacje łączą szerokie, jednotraktowe schody.
Jadalnia opata znajduje się na pierwszej kondygnacji. Sklepienia są pokryte bogatą dekoracją stiukową z motywami: liści akantu, różanych girland, pędów dębowych, rogów obfitości, muszli i herm. To dzieło północnowłoskich sztukatorów, których nazwisk, niestety, nie znamy. Natomiast malowidła wyszły spod pędzla mistrza nad mistrzami - śląskiego Rembrandta, czyli Michaela Willmanna. Na plafonie przedstawił "Triumf bohatera cnót", który porzuciwszy marności i rozkosze doczesnego życia, podąża, prowadzony przez Minerwę, ku Herkulesowi. Nie jest to łatwa droga, bo młodzieńca kuszą Rozpusta, rozbawiony Bachus i Pycha z lustrem w dłoni.
Ale nagrodą za zwycięstwo jest trzymany przez Herkulesa wieniec z liści dębowych. Nie wiadomo, czy opat i jego goście czuli potrzebę zamanifestowania wstrzemięźliwości w jedzeniu i piciu, spożywając posiłki pod czujnym okiem cnotliwego młodzieńca, ale przynajmniej mieli przykład do naśladowania.
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów




więcej zdjęć