Reszta helikopterów ewakuowała powodzian. Najpierw zawożeni byli do wielkiego hangaru, gdzie obok bomb i wojskowego odrzutowca ustawiono łóżka, materace i koce. Potem jechali do wojskowej kantyny na ciepłą zupę i dalej do miejsc, gdzie mieli mieszkać.
W niedzielę i wczoraj nie trzeba było nikim dowodzić. Piloci sami wiedzieli, komu zrzucać, bo ludzie dawali wcześniej umówione znaki - machali białą płachtą. Było też więcej śmigłowców.
W niedzielę po południu urząd wojewódzki przysłał wreszcie kogoś, kto zluzował mnie w roli koordynatora pomocy. Teraz na lotnisku jest lepsza łączność, faks i ktoś, kto lepiej dzieli nadchodzące dary.
Dajcie wojsku plany
W niedzielę rano okazało się jednak, że piloci nie mają planów miasta, a Wrocławia nie znają, bo są z innych regionów kraju. Mają co prawda plany Wrocławia i okolic, ale tylko z jednej strony.
- Niech pan zaapeluje w mediach, żeby ludzie dowozili plany miasta - poprosił mnie w niedzielę jakiś porucznik. A jeszcze chwilę wcześnie inny kapitan powiedział mi: "Pan tu nie jest do niczego potrzebny". Dzięki wrocławskiej "piątce" plany się znalazły.
Zanim dowieziono plany, musiałem wytężyć pamięć i odtworzyć znajomość miasta na tyle, żeby wytłumaczyć pilotowi, gdzie jest szpital przy ul. Kraszewskiego. - Musi pan znaleźć więzienie, tuż koło rzeki, punkt charakterystyczny to pomarańczowy most, z drugiej strony wielkie kominy elektrociepłowni i tory kolejowe. - OK, trafię - odpowiedział.
Dary z daleka i bliska
Dary na lotnisko dostarczała najpierw Polska Akcja Humanitarna. Latały od soboty wielkimi transportowymi anami. Był chleb, mleko, woda. Od niedzielnego poranka zjeżdżały też auta z miasta - jedna z żywnością i darami, inne po żywność i wodę. Ludzie przyjeżdżali własnymi autami. Brali wodę i wieźli tam, gdzie inni pracowali na wałach. Rozwozili też w miejsca, gdzie mieszkali powodzianie.
W niedzielę po południu, kiedy żywności już prawie nie było, zaczęły się sypać prośby.
- Dajcie wodę i coś do chleba.
- Przywieźcie mleko.
- Dajcie mleko bezglutenowe.
- Macie świece?
- A koce?
- Proszę pana, nie znalazłyby się jakieś pampersy? Żona jest odcięta od świata - zapytał pilot jednego ze śmigłowców trzeciej eskadry, po którym prawie nie było widać zmęczenia kilkunastoma godzinami lotów. Znalazły się. Wziął trzy paczki.
Wszystkie dary żołnierze i kilka pań wolontariuszek pakowali w wielkie worki i ładowali do śmigłowców. Jeszcze w piątek pytali, gdzie to wieźć.
- Oława, urząd miasta, Zamkowa - woła do słuchawki pani z WZPS. - Ale jak oni znajdą Zamkową z powietrza? - pytam. Pani nie wiedziała. Wymyśliłem, żeby helikopter wylądował na jakimś stadionie. I tak się stało.
Ekipa żołnierzy błyskawicznie załadowała "Sokoła" i polecieli. - Jeszcze coś byśmy zawieźli - zameldował pilot po powrocie. Została nam tylko woda. Krótki telefon i szybka decyzja. Załadowany do pełna "Sokół" poleciał do Oławy z wodą. Zabrał się nim dziennikarz "Gazety" Cezary Marszewski. Wrócili po 55 minutach. Bez towaru, ale z powodzianami. Zabrali ich z dachu. 20 osób ledwo weszło do śmigłowca.
Jednym z helikopterów latała sama Janina Ochojska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Mieli worki z żywnością, wypatrywali powodzian dających białe znaki. Wtedy pilot zniżał się najbardziej, jak tylko mógł, a ludzie z pokładu helikoptera podawali worki z żywnością.