Budowa stadionu jak za PRL-u: to się nie mogło udać

Michał Kokot
30.01.2010 , aktualizacja: 29.01.2010 21:21
A A A Drukuj
Plac budowy stadionu na Maślicach Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta Plac budowy stadionu na Maślicach
Historia budowy wrocławskiego stadionu przez Mostostal dowodzi, że szefostwo tej spółki przeoczyło fakt upadku PRL-u. Tam nadal dominuje myślenie z poprzedniej epoki na zasadzie: 'Może i położyliśmy robotę, ale wicie rozumicie, nikt doskonały nie jest. To podręcznikowy przykład tego, jak nie powinno już się budować
Na budowie stadionu, 29 stycznia 2010 r.
Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Na budowie stadionu, 29 stycznia 2010 r.
SONDAŻ
Czy Mostostal stracił kontrakt na budowę wrocławskiego stadionu z własnej winy?

Tak
Nie
Perypetiom ze stadionem w równej mierze winne są władze miasta

14 kwietnia 2009 roku po kilkumiesięcznej batalii przetargowej o budowę wrocławskiego stadionu udaje się podpisać umowę z wykonawcą. Rozpromieniony Jarosław Popiołek, prezes Mostostalu Warszawa, deklaruje szybką budowę stadionu, który miał się stać nowym symbolem miasta. Dzień później, na pierwszej radzie budowy, spotykają się przedstawiciele konsorcjum Mostostalu i miejskiej spółki Wrocław 2012, która ma nadzorować cały proces powstawania stadionu. Jej przedstawiciele dopytują o szczegóły: o harmonogram prac, wybór podwykonawców, projekty wykonawcze budowy. Ale ludzie z Mostostalu tylko uśmiechają się i mówią: "Nie przesadzajcie z tym pośpiechem. Przecież budujemy zwykły stadion".

Ta rozmowa jest w mieście pamiętana do dzisiaj i krąży od wielu miesięcy jako anegdota dowodząca opieszałości Mostostalu.

Gdyby rok miał 36 miesięcy...

Bo stadion wrocławski nie jest typowym obiektem, jakich wiele na świecie. W klasyfikacji UEFA ma rangę stadionu elite. Do tej pory na świecie powstały 23 takie obiekty. Rozwiązania architektoniczne przy ich budowie są skomplikowane. Te stadiony mają gwarantować najlepsze warunki dla piłkarzy, kibiców i mediów. Muszą zapewnić szybkie zapełnienie trybun widzami, ich sprawną obsługę dzięki rozmieszczeniu kas i barów na kilku poziomach oraz stworzyć warunki dla co najmniej trzech stacji telewizyjnych, chcących na żywo transmitować mecze. Teoretycznie po wybudowaniu wrocławskiego stadionu będzie tu można rozgrywać finał Ligi Mistrzów. Dopuszczają to wymagania UEFA, choć w praktyce od 2006 roku nie rozegrano finałowego turnieju na stadionie mniejszym niż 60 tys. widzów (wrocławski stadion będzie miał 42 tys. miejsc).

Jarosław Popiołek 14 kwietnia 2009 r. w czasie podpisywania umowy na budowę mówił w miejscu, gdzie ma powstać wrocławski stadion:
"Jestem pewien, że sama budowa stadionu będzie dużo łatwiejsza i przyjemniejsza niż wybór najkorzystniejszej oferty. Jesteśmy gotowi, niezwłocznie wchodzimy na plac budowy. Za trzy miesiące stadion powinien wyjść ponad poziom "0", za rok o tej porze gotowa będzie już sama konstrukcja areny. Następnie przyjdzie czas na prace wykończeniowe i budowę pięknej, okalającej stadion promenady"..



Wszystko to Mostostal wiedzieć musiał, ale czy zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji? Dzisiaj wiemy, że nie. Z rozbrajającą szczerością potwierdził to sam prezes Popiołek na łamach "Gazety", stwierdzając, że spółka zawaliła budowę stadionu już na jej samym początku. Czym to tłumaczy? Nierealnymi według niego terminami zawartymi w umowie, co zakrawa na groteskę.

To tak, jakby obrazić się na to, że rok ma tylko dwanaście miesięcy. Bo gdyby miał 36, Mostostal na pewno zdążyłby z budową.

Prezes sam się pogrążył

Od 30 grudnia, gdy miasto wypowiedziało spółce umowę, ta przez długi czas milczała. Mogliśmy więc poznać jedynie bardzo krytyczną wobec Mostostalu wersję powodów zerwania umowy, przedstawianą przez władze Wrocławia. Wątpliwości jednak czy jest ona prawdziwa pozostały aż do czasu, gdy w tym tygodniu głos zabrał sam prezes Popiołek. I w całości, choć zapewne tego nie zamierzał, potwierdził zarzuty miasta wobec jego spółki.

Prezes Popiołek przyznał, że głównym powodem opóźnienia budowy był brak projektów wykonawczych, które miał wykonać jeden z członków konsorcjum. To poznańska firma MCD, która nawet nie ma własnej strony internetowej. Do tej pory zaprojektowała m.in. halę widowiskowo-sportową w Płocku, basen w Zielonej Górze, projekt stadionu żużlowego w Ostrowie Wielkopolskim na 15 tys. miejsc i halę mistrzów we Włocławku na 4 tys. widzów. Wrocławski stadion byłby zapewne największym osiągnięciem w jej portfolio.

Mostostal nie potrafił dogadać się zresztą z MCD i musiał zmienić projektanta. Nie umiał też dogadać się z licznymi podwykonawcami. Na budowie funkcjonował ich cały łańcuszek: członek konsorcjum zatrudniał podwykonawcę, ten następnego, i tak do szóstego podwykonawcy kolejnego podwykonawcy. Na samym końcu tego łańcucha pokarmowego znajdowały się malutkie firmy gdzieś z południa Polski, których kapitałem było kilka ciężarówek wożących piach. Wszystko wskazuje na to, że głównym kryterium takiego podziału były koszty: im mniejsza firma, tym mniej żądała za wykonane prace. Ale taka konstrukcja nie miała prawa działać. Na budowie panował więc chaos.

Wszystko stało na głowie

Hierarchia prac była przedziwnie ustawiona. W październiku miały być montowane tzw. prefabrykaty. To gotowe elementy konstrukcji (np. trybun), które muszą być przygotowane wiele tygodni wcześniej. Mostostal dostarczył jeden taki element dopiero w grudniu, na dzień przed ogłoszeniem decyzji o zerwaniu umowy przez miasto. W dodatku był to tylko jego wzorzec, do którego było 12 krytycznych uwag. Tymczasem takich elementów potrzeba ponad 1800 i miały być zamontowane w ciągu trzech miesięcy. Za to w listopadzie konsorcjum przedstawiło wzorce ścianek do toalet i szczotek do muszli klozetowych, potrzebnych dopiero na samym końcu.

Mostostal nie radził sobie nawet z prostymi robotami. Budowa parkingu wielopoziomowego, która nie wymaga finezji, była opóźniona o trzy miesiące. Prezes Popiołek odsłania mechanizm myślenia w spółce, tłumacząc, że przecież i tak się nic nie stało, bo parking nawet z czteromiesięcznym opóźnieniem byłby gotowy przed stadionem. To niewiarygodna lekkomyślność.

W poczuciu dobrze wykonywanej roboty

Podobnie wygląda sprawa 4,5-miesięcznego opóźnienia całej budowy. Miasto twierdzi, że Mostostal poprosił o takie wydłużenie terminu na oddanie całej inwestycji, a spółka to potwierdza. Bo przecież murawę i tak trzeba położyć wiosną, a konstrukcja stadionu miała być gotowa w styczniu. Nic by się nie stało, gdyby termin konstrukcji przesunąć na wiosnę. Harmonogram prac nie był więc przez Mostostal traktowany poważnie, a terminy kwestią bardzo względną.

Towarzyszyć temu musiał wysoki poziom samozadowolenia i poczucie dobrze wykonywanej roboty. Na cyklicznych radach budowy przedstawiciele konsorcjum obiecywali poprawę, przyspieszenie prac, po czym nie następowała żadna zmiana. Żadnego rezultatu nie przynosiły też rozmowy w cztery oczy między Rafałem Dutkiewiczem a Jarosławem Popiołkiem. Gdy w połowie grudnia spotkali się w Charkowie, prezydent Wrocławia uprzedził prezesa, by ten spodziewał się najgorszego. Ale prezes nie zrozumiał, że jego firma właśnie straciła kontrakt na budowę wrocławskiego stadionu.

Od tej pory miasto zajmowało się już tylko kopiowaniem plików dokumentujących prace z głównego serwera budowy. Tak na wszelki wypadek, gdyby Mostostal próbował blokować zejście z placu robót i nie chciał oddać dziennika budowy. Zaufanie miasta do spółki wyparowało.

Jarosław Popiołek, 28 stycznia 2010, miesiąc po zerwaniu umowy miasta z Mostostalem:
"Nie trzeba było nas wzywać do przedstawienia żadnych programów naprawczych. Jedynym elementem, który nie zafunkcjonował tak, jak byśmy sobie tego życzyli, był proces projektowy. Nie udało nam się go przeprowadzić w taki sposób, jak na początku planowaliśmy, i tylko to mamy sobie do zarzucenia. A głównym tego powodem były nierealne terminy na jego realizację zawarte w umowie. Oczywiście, zawsze mogliśmy jej nie podpisywać, ale w umowie to były warunki niezmienne".



Ale prezes Popiołek nadal był przekonany, że jego spółka do końca będzie budować stadion. Jak sam przyznaje, wypowiedzenie umowy przez miasto było dla niego szokiem. Musiał być w nim jeszcze długo po 30 grudnia. Bo tylko nieracjonalnym zachowaniem można tłumaczyć fakt, że 11 stycznia zgodził się na wysłanie wniosku do sądu w Warszawie, który doprowadziłby do całkowitego paraliżu budowy wrocławskiego stadionu. Tego samego dnia rozmawiał z Dutkiewiczem i zapewniał, że nie zamierza blokować prac na budowie i że Mostostal szybko go opuści na rzecz Maxa Bögla, nowego wykonawcy. Co więcej, prezes twierdzi dzisiaj, że Mostostal zachowywał się wobec miasta lojalnie, pokazując tydzień później wyrok sądu w tej sprawie, zresztą odmowny.

Szok prezesa Popiołka będzie trwał, bo PRL-u już nie ma i trzeba będzie to przyjąć do wiadomości.

Co miało być na stadionie zrobione w grudniu, ale nie było
* miał być gotowy poziom pierwszy i rozpoczęty poziom drugi, tymczasem na poziomie 0 stropy zostały zabetonowane zaledwie w 15 proc.
* 148 elementów rygli podpierających trybuny powinno być gotowych; było tylko 9
*schodki trybun miały być gotowe na wszystkich 148 elementach rygli; schodków nie było
* konstrukcja żelbetowa garażu miała być gotowa w 100 procentach, była w 23 proc.



Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 237 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    50 głosów

  • Budowa stadionu jak za PRL-u: to się nie mogło ... czarek75 30.01.10, 12:03

    dzisiaj tak sie robi firma to jest kilku prezesow zadnego zaplecza maszyn czy ludzi tylko obstawieni prawnikami wygrywaja przetargi biora podwykonawcow podwykonawcy to zbieranina robotnikow »

  • Re: Budowa stadionu jak za PRL-u: to się nie mogł ddyzma5 30.01.10, 14:54

    Strasznie nieobiektywny populistyczny artykuł, nastawiony na kontynuacje propagandy sukcesu. Jaka to Polska cecha z ery PRL-u.Niestety prawd jest taka , że nie tylko Mostostal nie całkiem »

  • Gromy spadają na Mostostal prawdziwy_clark 31.01.10, 19:15

    Wybiórcza i politycy odpowiedzialni za Euro2012 we Wrocławiu, coraz mocniej atakują Mostostal. Wpis na blogu pełnomocnika ds. Euro2012, nie oszczędza prezesa. Alternatywna historia »