Mostostal: Budowę stadionu traktowaliśmy priorytetowo

Michał Kokot, Jacek Harłukowicz
28.01.2010 , aktualizacja: 27.01.2010 19:31
A A A Drukuj
Miasto naliczyło nam ogromne kary, więc jeśli dojdzie do walki, będzie to walka o dobre imię, ale i pieniądze. Dziś to my czujemy się skrzywdzeni, a miasto chce, żebyśmy jeszcze za to wszystko zapłacili. Z naszego punktu widzenia to nie do przyjęcia - mówi prezes Mostostalu Jarosław Popiołek
Prezes Mostostalu Warszawa Jarosław Popiołek
Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Prezes Mostostalu Warszawa Jarosław Popiołek
Prawie miesiąc temu miasto wypowiedziało Mostostalowi Warszawa umowę na budowę stadionu na Euro. Zarzuciło mu kilkumiesięczne opóźnienie w pracach, naliczyło za to 72 mln zł kary i zażądało jak najszybszego opuszczenia budowy. Przedstawiciele Mostostalu nie komentowali tych działań, ale nie pozostali też bierni. Próbowali sądownie zablokować wybór nowego wykonawcy, zamrozić prace oraz pieniądze przeznaczone na kaucję. Udało się tylko to ostatnie. We wtorek Mostostal zadeklarował jednak, że wkrótce przekaże plac budowy nowemu wykonawcy, natomiast miasto, że jest gotowe usiąść do rozmów o wysokości kary.

Rozmowa z Jarosławem Popiołkiem, prezesem Mostostalu Warszawa

Michał Kokot, Jacek Harłukowicz: Czy był Pan zaskoczony, gdy 30 grudnia prezydent Rafał Dutkiewicz poinformował na konferencji prasowej, że zrywa umowę z Mostostalem?

Jarosław Popiołek: Byłem zszokowany. Co prawda od początku budowy stadionu odbieraliśmy sygnały, że jesteśmy persona non grata. Ale taka decyzja nie przychodziła nam nawet do głowy. Zwłaszcza że przez ostatnie trzy miesiące prace posuwały się w dobrym tempie i nikt nie mógłby stwierdzić, że nie podołamy tej inwestycji.

Ale przecież od września miasto trzykrotnie wzywało konsorcjum do przedstawienia planów naprawczych w związku z opóźnieniami. Z punktu widzenia miasta budowa nie szła dobrze. Być może zignorowaliście te sygnały?

- To nieprawda. Nie trzeba było nas wzywać do przedstawienia żadnych programów naprawczych. Jedynym elementem, który nie zafunkcjonował tak, jak byśmy sobie tego życzyli, był proces projektowy. Nie udało nam się go przeprowadzić w taki sposób, jak na początku planowaliśmy, i tylko to mamy sobie do zarzucenia. A głównym tego powodem były nierealne terminy na jego realizację zawarte w umowie. Oczywiście zawsze mogliśmy jej nie podpisywać, ale w umowie to były warunki niezmienne. Do tego doszedł fakt, że potencjał firmy odpowiedzialnej za projektowanie był nieadekwatny w stosunku do tego, co było do zrobienia. Cały projekt od nowa stworzyły firmy wrocławskie. To trochę trwało i dlatego musieliśmy roboty rozpocząć dużo później.

Jak zareagowaliście na te opóźnienia?

- Budowę wrocławskiego stadionu potraktowaliśmy priorytetowo. Na pojawiające się opóźnienia reagowaliśmy od razu. Nie mając projektów, ale wiedząc, że wkrótce się pojawią, zgromadziliśmy najlepszych fachowców, jakimi dysponowaliśmy. Proszę zauważyć jak szybko powstał plac budowy. Jednakże bez kompletu projektów koordynacja naszych działań była utrudniona. Ludzie czekali na to, by roboty ruszyły pełnym frontem i wkrótce tak się stało. W grudniu ilość wykonanych prac i ich tempo było takie, jak w ciągu wszystkich poprzednich miesięcy razem wziętych.

Część podwykonawców twierdzi, że przez wiele tygodni wykonywali prace, które nie były potrzebne. Ludzie byli na budowie tylko po to, by pokazać Michelowi Platiniemu i dziennikarzom, że praca wre. A tak nie było.

- Pewne roboty były wykonywane na podstawie projektu budowlanego, a nie szczegółowego projektu wykonawczego. W tej sytuacji zmuszeni byliśmy np. zrobienie fundamentów powierzyć wysoko opłacanemu cieśli czy zbrojarzowi. To trochę tak, jak generałowi zlecić zadanie, które w normalnych warunkach wykonywałby szeregowiec. Ale na koniec grudnia duża część opóźnień została nadrobiona. A to, czy danego dnia wynosi ono 15 czy 30 dni, jest zawsze oceną subiektywną. Faktycznie można to ocenić dopiero wtedy, gdy czynność ma się skończyć.

Niektóre opóźnienia sięgały jednak nawet 90 dni.

- Tak, ale to dotyczyło parkingu sąsiadującego z koroną stadionu. Musieliśmy tam wymienić grunt i to była obiektywna przyczyna opóźnienia. To nie miało nic wspólnego z terminem zakończenia całej inwestycji. Nawet jeśli parking miałby 90 czy 120 dni opóźnienia, to i tak byłby gotowy przed ukończeniem stadionu.

Miasto twierdzi, że cała budowa była opóźniona o cztery i pół miesiąca.

- Termin oddania stadionu był przez nas traktowany jako święty. Byliśmy gotowi przeorganizować pewne roboty, by nadrobić te, które miały opóźnienia krytyczne. Natomiast, rzeczywiście, toczyły się rozmowy o ewentualnym późniejszym oddaniu całej inwestycji. Niezależnie bowiem od tego, kiedy byśmy skończyli stadion, to trzeba byłoby na nim położyć murawę. To, z uwagi na pogodę, nie byłoby możliwe w styczniu 2011 roku. Można ją kłaść dopiero w kwietniu lub maju. I tylko w tym kontekście padł argument, że tak czy inaczej będziemy zmuszeni cały obiekt oddać dopiero na wiosnę. Chcieliśmy o tym rozmawiać, bo jeśli zakończylibyśmy prace miesiąc lub dwa po terminie, czyli 15 lutego albo 15 marca 2011 roku, to z punktu widzenia miasta nie byłby to koniec świata. Ale dla nas tak, bo umowa przewiduje 700 tys. zł kary za każdy dzień opóźnienia.

Innym zarzutem miasta jest brak na budowie Waszej kadry zarządzającej, a także to, że panował na niej chaos i było zbyt wielu podwykonawców.

- Zaprzeczam i kategorycznie się z tym nie zgadzam. Reprezentuję firmę, która należy do największych i najlepszych w Polsce. Jaki miałby być powód, by na tak sztandarowej budowie doprowadzić do takiego stanu? Nie jest tajemnicą, że wszyscy nasi najlepsi fachowcy dostali propozycję przejścia do nowego wykonawcy - od majstra po kierownika budowy. Lepszego argumentu, że mieliśmy świetną kadrę, nie ma.

11 stycznia spotkał się Pan z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem i zapewniał go, że polubownie dojdziecie do porozumienia w sprawie naliczonych przez miasto kar i szybkiego opuszczenia budowy. Ale tego samego dnia złożyliście wniosek do sądu, by zamrozić prace na stadionie i wstrzymać wyłonienie wykonawcy .

- To piramidalne nieporozumienie. W każdej korporacji i firmie obowiązują procedury, które są realizowane automatycznie. Magistrat zerwał z nami kontrakt i zażądał 72 mln zł kary na "dzień dobry". To właśnie spowodowało wszczęcie takiej procedury. 11 stycznia spotkałem się z prezydentem Dutkiewiczem, starając się przekonać go do zmiany decyzji o zerwaniu umowy. Daliśmy sobie też słowo, że będziemy szukać rozwiązań ugodowych.

Ale to było już po tym, jak złożyliście pozew przeciw miastu do sądu?

- Tak, pozew był już złożony. Ale w tym momencie, kierując się uzgodnieniem z prezydentem, wydałem w firmie instrukcję, że nasze działania nie mogą pozostawać w sprzeczności z umową ugodową tak długo, jak ona obowiązuje. Najlepszym dowodem na naszą lojalność jest fakt, że postanowienie sądu - dla nas przecież niekorzystne - zawieźliśmy prezydentowi. Gdybyśmy chcieli realizować linię agresywną, nie przyznalibyśmy się do tego.

Lojalność nakazywałaby raczej poinformować prezydenta przed złożeniem pozwu, a nie po jego rozstrzygnięciu, o którym dowiedziałby się prędzej czy później.

- Zapewniam, że gdybyśmy mieli złe zamiary, to tak długo, jak trwały rozmowy ugodowe, nasz wniosek nie ujrzałby światła dziennego. Po prostu schowalibyśmy go do szuflady i kontynuowali rozmowy. Postanowienie zapadło zresztą na posiedzeniu niejawnym i mogliśmy po cichu złożyć na nie zażalenie. Zamiast tego, na moje polecenie, zanieśliśmy go prezydentowi. Wytłumaczyliśmy mu, że robimy to nie przeciwko miastu, ale w ramach całego zespołu działań ochronnych. Prosiłem, żeby broń Boże, nie odbierać tego jako aktu agresji.

A czy, gdyby sąd przychylił się do Waszego wniosku, też przekonywałby Pan prezydenta, że to nie jest działanie wymierzone w miasto?

- Z pewnością w takiej samej formie poinformowałbym go, że takie postanowienie zostało wydane. Pamiętajmy, że ugoda to nie jest taka prosta sprawa. Doszło do pewnych zdarzeń i miasto, nawet jakby bardzo chciało, nie może się tak po prostu z miejsca wycofać z pewnych rzeczy. Prawdopodobieństwo jej zawarcia zależy od tego, jak silnymi argumentami dysponują obie strony. Załóżmy, że ja domagam się od pana 72 mln zł odszkodowania za doznane krzywdy. Ale pan do mnie przychodzi i mówi: o nie, nie, ja mam na to takie kontrargumenty. I wtedy zaczynamy nasze żądania miarkować. Tak to działa.

Czyli złożenie tych wniosków było raczej taktyczną zagrywką, a nie wyrazem lojalności?

- Nie, to było działanie w duchu obustronnych deklaracji. Kiedy obie strony doszły do wniosku, że nie mogą kontynuować współpracy i jest zdecydowana wola jej rozwiązania, wspólnie stwierdziliśmy: "po co się męczyć?". Doszliśmy do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie ugoda. Ale żeby ją zawrzeć, obie strony zbroją się w argumenty nie do odrzucenia. Jeśli mówimy o taktyce, to nie o taktyce przeciwko komuś, ale o taktyce zmierzającej do rozwiązania satysfakcjonującego obie strony.

Czy miasto powinno spodziewać się z Waszej strony pozwu?

- Mamy bardzo małe pole manewru. Miasto naliczyło nam ogromne kary, więc jeśli dojdzie do walki, będzie to walka o dobre imię, ale i pieniądze. Bo dziś jest tak, że to my czujemy się skrzywdzeni, a miasto chce, żebyśmy jeszcze za to wszystko zapłacili. Z naszego punktu widzenia jest to nie do przyjęcia. Ale proszę mi wierzyć, że jesteśmy w stanie przełknąć tę gorzką pigułkę i nawet po tym, jak przedstawiono nas w tak szalenie negatywnym świetle, jesteśmy w stanie się dogadać.

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 65 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów