To bogactwo spowodowało, że KGHM jest bodaj najbardziej zdemoralizowaną spółką skarbu państwa. Walczyć z tym próbował przez trzynaście miesięcy Mirosław Krutin - drugi w historii prezes, który do kombinatu został wybrany w konkursie, a nie z politycznej nominacji.
Ale przegrał. Nie dotrzymał obietnicy o restrukturyzacji spółki, w której od lat zazębiają się interesy polityków, związkowców i pracowników.
Głównym celem tej trójcy jest wydoić spółkę, wyrwać jak najwięcej podwyżek, przywilejów, zarobków i dywidendy. Siłą rzeczy długofalowe myślenie o rozwoju schodzi na dalszy plan.
Oczywiście nie przeszkadza to w wydawaniu milionów złotych na kolejne strategie rozwoju, czy to będzie konsolidacja kopalń za rządów SLD-PSL, czy budowa nowego bloku energetycznego za PiS. Papier jest cierpliwy.
Rozwoju nie będzie także teraz, gdy Krutin padł, a skarb państwa zdecydował o wypłacie 80 proc. dywidendy z 2,92 mld zysku. Zarząd spółki już potwierdził, że "część inwestycji trzeba będzie ograniczyć".
Miedziowe eldorado
KGHM z roku na rok coraz więcej płaci 28-tysięcznej rzeszy pracowników. W 2003 r. średnie zarobki w spółce wynosiły 5187 zł brutto - dzisiaj już ponad 7900 zł.
Jak to możliwe? Po prostu związki tłumaczą zarządowi, że pensje muszą być waloryzowane o kilkaset złotych, bo inaczej realnie stracą. Wiadomo, inflacja. A prezesi te prośby uwzględniają.
Całe lubińskie zagłębie zresztą żyje jak na wyspie szczęśliwej. Kryzys może być w Polsce, u nich nigdy.
W 2007 r. w powiecie polkowickim, gdzie jest największa koncentracja kopalń KGHM, średnia płaca wyniosła 5200 zł (średnia krajowa wynosiła wtedy niecałe 2700 zł). Rodziny pracujących w kombinacie mają po kilka samochodów, więc od warsztatów samochodowych i stacji benzynowych aż się w powiecie roi. Lokalny SKOK, by przyciągnąć klientów, ma w nazwie hasło "Miedziowy grosik", ale powinno być raczej "Milionik".
Wszyscy pracownicy - i górnicy, i urzędnicy - spółki poza stałą pensją dostają dodatki od zysku, deputaty węglowe, trzynastą i czternastą pensję oraz dopłaty do wczasów. Plus 1866 zł rocznie na wyprawkę szkolną dla każdego dziecka.
Za transport do pracy płacą tylko w połowie, resztę finansuje KGHM.
Te przywileje to plon ciężkiej, wieloletniej pracy związkowców.
Związki nie ryzykują życia
W KGHM rządzą dwa potężne związki zawodowe - "Solidarność" Józefa Czyczerskiego i Związek Zawodowy Pracowników Przemysłu Miedziowego Ryszarda Zbrzyznego, posła SLD.
Niby ze sobą walczą, ale solidarnie skubią firmę, przy czym łatwiej skubie się swoich.
Za czasów SLD-owskiego prezesa Wiktora Błądka poseł przewodniczący Zbrzyzny trafił do rady nadzorczej Zagłębia Lubin. Jeden jego syn został w 2005 r. członkiem rady nadzorczej spółki zależnej od KGHM, a drugi pracownikiem biura zarządu. Spółka dofinansowała jego studia.
Zbrzyzny odpłacił się Błądkowi, gdy jego prezesura zawisła na włosku po wygranych przez PiS wyborach. ZZPPM przeforsował kandydaturę ówczesnego prezesa do rady nadzorczej KGHM jako przedstawiciela załogi.
Związkowcy przy każdej okazji podnoszą argument, że pracownikom należą się podwyżki, bo codziennie ryzykują życie. Ale sami cieszą się ciepłem biurowych pomieszczeń. Na dwa dni przed Euro 2008 Ryszard Zbrzyzny zażądał telewizora wraz z dekoderem na "cele związkowe" (nie dostał).
Na 46 etatów związkowych spółka płaci 7,1 mln zł rocznie. Trzech związkowców zasiada w radzie nadzorczej KGHM z wyboru załogi, za co dostają ekstra od 86 do 89 tys. zł rocznie (w 2008 r.). Józef Czyczerski, szef miedziowej "S", który ma wykształcenie średnie techniczne, zarobił w 2008 r. 182 tys. Leszek Hajdacki, zastępca Zbrzyznego - 249 tys. zł.
Źródło: Gazeta Wyborcza