Baranowscy - Halina i Bolesław

Krystyna Wołodźko-Stoga
23.02.2009 , aktualizacja: 23.02.2009 18:33
A A A Drukuj
Wspomnienie: (21.01.1928 - 25.02.2004) i (28.01.1918 - 9.06.2002)

Halinka i Bolek Baranowscy, ciocia i wujek, ale tak nazywaliśmy ich rzadko, raczej z przekory, a Oni żartobliwie zawsze protestowali, mimo różnicy wieku czuli się młodzi i tak byli postrzegani przez nas do końca ich dni.

Piękna para, jak z obrazka. Urodzili się oboje w miesiącu styczniu i ten miesiąc był im pisany na pośpieszne powojenne ciche wesele w Nowy Rok 1948 r.

Zobaczyłam ich razem pierwszy raz właśnie w styczniu 1948 roku w Cieplicach-Zdroju, bezpośrednio po ślubie. Musieli ukrywać się, gdyż za Bolkiem, który miał bogatą przeszłość konspiracyjną w AK węszyło UB, o czym ostrzegł go dziekan jednego z wydziałów Politechniki Łódzkiej, gdzie Bolek rozpoczął po wojnie studia. Trzeba było szybko uciekać, gdzieś na głuchą prowincję i przetrwać. Byłam w tym czasie małolatem i wujek partyzant, o którym w rodzinie opowiadało się legendy, z piękną młodziutką żoną budził podziw i zainteresowanie. Pochodził z Landwarowa na Wileńszczyźnie, całą okupację spędził w konspiracji i w lesie (pseudonimy: "Ziuk", "Grzęda", "Pancerz"). Wsławiony brawurową ucieczką wraz z drugim kolegą Edkiem Wojtkiewiczem, pseudonim "Chmura", z gestapowskiego więzienia w Białymstoku w 1943 roku.

Ona 10 lat od niego młodsza, panienka z "dobrego domu", tuż po maturze, a przed nimi ukrywanie się i stały strach, czy ich nie znajdą. A oni jakby na przekór temu, tak jak wiele podobnych im rodzin, usiłowali prowadzić normalne życie, byli pogodni, weseli i nigdy nie okazywali tego, co ich niepokoiło. W Cieplicach urodziła im się córka Bożenka, Bolek pracował, Halinka była, jak się mówiło, "przy mężu".

W 1953 roku przenieśli się do Wrocławia, gdzie urodził im się drugi syn Maciej, a później Wojciech. Lata gnieździli się w jednym mieszkaniu z kolegą Bolka, w końcu udało im się zdobyć malutkie dwupokojowe mieszkanko na Jaracza, które ja i moje koleżanki ze studiów wspominamy z rozrzewnieniem. Ilekroć nie było co jeść (a w tym czasie 1955-1958 było to na studiach normą), u Halinki i Bolka były zawsze domowe konfitury i marmolady, i inne skromne specjały, którymi chętnie się dzielili z "młodzieżą", jak nas nazywano, a przecież była tylko jedna pensja i troje dzieci. Zawsze też dopisywał im humor i niespotykana dziś gościnność. Dzieci podrosły i Halinka, która skończyła wtedy 30 lat, postanowiła rozpocząć normalną edukację w policealnej szkole medycznej. Uczęszczała do szkoły razem z 18-latkami, ona mama trójki dzieci (najmłodszy Wojtek liczył wtedy sześć lat). I tu Bolek nas zaskoczył, on twardy, tradycyjny chłop okazał się nowoczesnym jak na tamte czasy partnerem, przejął na siebie większość obowiązków, zwłaszcza organizacyjnych związanych z funkcjonowaniem domu, zwiększoną opieką nad dziećmi, aby Haluśka (jak ją nazywał) miała czas na naukę. Przepłacił to wprawdzie zdrowiem, przeszedł operację, ale Halinka ukończyła z dobrymi wynikami szkołę. Pracowała potem w szpitalu św. Józefa jako technik radiologii, zawsze pogodna, życzliwa i uśmiechnięta. Bolek do emerytury pracował jako technik we Wrocławskim Biurze Projektów Budownictwa Przemysłowego.

Dzieci pokończyły studia, a Bolek jeszcze dwa razy nas zaskoczył. Obiecał Halince, że zbuduje lub kupi dla nich dom na wsi w lesie. Było to jak życzenie skierowane do złotej rybki. Skąd w tej rodzinie skromnie zarabiającej, która wychowała i wykształciła troje dzieci, miały się znaleźć w tamtych czasach jakiekolwiek oszczędności?

W 1990 roku 72-letni Bolek, mimo protestów i przerażenia całej rodziny, jedzie do USA i przez 10 miesięcy pracuje jako robotnik budowlany, bo musi zrealizować przyrzeczenie złożone żonie i własne marzenie. Wraca szczęśliwie, kupuje starą chatę we wsi Zmyślona w lasach koło Tarnogóry, sukcesywnie remontuje, nazywa "siedzibę" Banderosa (tak jak nazwa rodzinnego domu na Dzikim Zachodzie ze znanego wówczas serialu) i wprowadza do niej Halinkę, dzieci, wnuki i jak zwykle grono życzliwych przyjaciół. A przecież miał wtedy 74 lata i nielekki życiorys.

Ostatni wyczyn to piękny zbiorek własnych wierszy, które ofiarował żonie w dniu imienin. Wszystkiego można się było po tym "twardzielu" spodziewać, ale nie pisania wierszy. Tymczasem wiersze może nie najwyższych poetyckich lotów, ale proste, autentyczne, pisane sercem i przez to wzruszające, oddają pewien charakterystyczny klimat minionych ciężkich czasów i związku dwojga ludzi - polskiej rodziny, której obraz warto utrwalić i przybliżyć. Fragment jednego z tych wierszy (pisany przez starego człowieka) najlepiej to oddaje:



"Przyszłaś w słońcu roześmiana znad narwiańskich lasów łąk,

Piękna, zgrabna i pachnąca, nierozkwitły kwiatu pąk.

I przyniosłaś skarby duszy, ja nie miałem wtedy nic,

Co ludzkiego było we mnie zniszczył wszystko Niemiec - fryc.

Były karty i alkohol, idiotyczne życia gry,

Przeminęło, zwyciężyłaś , pozostałaś tylko Ty

Wrócił spokój i nadzieja na normalny życia dzień

Groźne zmory lat minionych dzięki Tobie poszły w cień.

Więc dziękuję za heroizm i odwagę, walki trud,

Twoja miłość urodziła podziwiany później cud.

Cud rodziny solidarnej i polskiego ducha w niej,

Mnie stworzyłaś raj na ziemi, to są plony pracy Twej".



Bolek i Halinka, która zmarła dwa lata po nim, spoczywają we wspólnej mogile na parafialnym cmentarzu we Wrocławiu przy ul. Smętnej.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos