Fiołek Jan
17.12.2008
, aktualizacja: 17.12.2008 18:00
Wspomnienie. 1957 - 2008
Ile śmierci, tyle dróg do niej" - tymi słowami Seneki chciałbym rozpocząć krótkie wspomnienie kolegi i przyjaciela z licealnej klasy - Jasia Fiołka, który po heroicznych - przeplatanych nadzieją i zwątpieniem - wielomiesięcznych zmaganiach ze słabością i niedoskonałością ludzkiej natury zakończył swoją ziemską wędrówkę. Przez ostatnich 25 lat mieszkał w Kanadzie, do której przybył - jak zresztą wielu naszych rodaków - tuż po stanie wojennym, poszukując za oceanem tego, czego tak bardzo brakowało wtedy w Polsce - wolności, a może po prostu normalności. Jednak ten emigracyjny rozdział Jego życia pozostawiam życzliwej pamięci naszych kanadyjskich przyjaciół, którzy byli przez te lata w bliskiej i serdecznej zażyłości z Jankiem i na pewno zechcą dorzucić o Nim garść swoich wspomnień. Jego przedwczesne odejście, jakby w połowie drogi, zamknięte ledwie rozpoczętym 50-leciem, nie tylko pogrążyło nas, kolegów i przyjaciół, w głębokim smutku, ale wywołało - jak sądzę - szczególnego rodzaju refleksję, że straciliśmy kogoś, kto był daleko od nas w wymiarze jedynie geograficzno-przestrzennym, ale kto był niezwykle bliski naszym sercom i myślom. Wiem, że ta smutna wiadomość poruszyła do głębi całą naszą klasę, nawet tych, którzy przez lata kanadyjskiej emigracji mieli z Jankiem sporadyczny kontakt. Był bowiem postacią barwną i nietuzinkową, już w czasach licealnych przełomów, a więc w okresie formowania się światopoglądowych wartości, ideologicznych zawirowań, szalonych młodzieńczych fascynacji, zwłaszcza filozoficznych czy religijnych, osobą, która potrafiła swoją postawą niezależności, zbuntowania, a przy tym oryginalnością myślenia wprowadzić wiele ożywczego fermentu. Wybaczą mi zapewne moje koleżanki i koledzy z klasy kilka osobistych odniesień i refleksji, które może w tych okolicznościach zabrzmią zbyt patetycznie, ale dla równowagi postaram się wspomnieć również o drugim, sowizdrzalskim profilu Jasia.
Ci, którzy go lepiej znali, wiedzą, że mieszały się w nim dwie skrajne osobowości: z jednej strony "Easy Rider", z drugiej "Hubal". Większość znała go raczej z tej pierwszej postawy. Już w liceum zapuścił długie kruczoczarne falujące włosy, co na początku lat 70. w połączeniu z odpowiednim ubiorem i innymi akcesoriami, np. chlebakiem, odznaką "US-NAVY" wpiętą w klapę wojskowej panterki, było demonstracją buntu i sprzeciwu wobec szkoły jako instytucji oraz władzy państwowej uosabiającej ówczesny reżim komunistyczny. Nasz Jasio Fiołek - wysoki, postawny młodzieniec o urodzie Che Guevary, nie tylko z wyglądu był buntownikiem, ale i duszę miał buntownika i partyzanta, a co najdziwniejsze, łączył to z postawą zagorzałego pacyfisty. Przy jednej z pierwszych wizyt u niego w domu, a mieliśmy wtedy po 15 lat, pokazał mi kilka zdjęć rodzinnych, na których był jego dziadek czy stryjek - kapitan Łopuski, legionista i bliski współpracownik marszałka Piłsudskiego. Wśród tych skarbów był także spory zbiór książek i albumów historycznych wydanych w okresie międzywojennym. Te pamiątkowe zdjęcia i zainteresowania historią XX wieku wiązały się ściśle z dość niezwykłymi losami Jasia rodziny, zwłaszcza jego ojca, który jako bardzo aktywny działacz podziemia niepodległościowego był więziony i prześladowany w czasach stalinowskich, a później także w okresie "Solidarności". Patriotyczna atmosfera domu, silne poczucie potrzeby manifestacji swoich wolnościowych przekonań oraz wyraźny antysowietyzm - to z pewnością miało ogromny wpływ na kształtowanie się najpierw młodzieńczej, a później już w pełni dojrzałej postawy naszego kolegi. Najpełniej dał temu wyraz w okresie stanu wojennego, kiedy razem z Pawłem Świtalskim i Markiem Sikorskim (ten drugi był kolegą z innej klasy) biegaliśmy między domami przy Legnickiej, fotografując zamieszki uliczne i starcia z oddziałami ZOMO. Pamiętam, jak będąc na dachu wieżowca przy ul. Szczepińskiej, fotografowaliśmy pl. Czerwony, a tuż nad naszymi głowami krążył helikopter wojskowy, z którego nam z kolei robiono zdjęcia. Ta akcja miała swój dramatyczny przebieg, bo kiedy schodziliśmy z dachu, Janek został zaatakowany przez jakiegoś ubeka, który usiłował mu wyrwać aparat fotograficzny. Ostatecznie aparat został uratowany przed konfiskatą i ukryty na parę godzin w mieszkaniu moich rodziców, gdzie opatrzyliśmy poturbowanego i zakrwawionego Jasia. Tam przeczekaliśmy kolejny atak ZOMO na demonstrantów oraz próbę rewizji mieszkań w poszukiwaniu fotografów amatorów. Przebrani w jakieś nowe koszule po dwóch godzinach przemieściliśmy się chyłkiem do sąsiedniego domu, tzw. jamnika, by kontynuować dokumentację z okien mieszkania naszego kolegi. Już po latach dowiedziałem się, że rolki filmowe z tej akcji oraz innych, jakie przeprowadzało wtedy ZOMO, trafiły do Francji. Wspominam ten epizod nie po to, aby uczynić z Janka bohatera stanu wojennego, bo większość z naszych kolegów działała wtedy w tzw. podziemiu, lecz po to, by przywołać jego oblicze partyzanta.
Wracając do III LO i naszego "Easy Ridera", muszę tu wspomnieć o piśmie - słynnym dialogu, niezwykłej szermierce słownej, którą stoczył Jasio z naszym wychowawcą Marianem Bednarkiem. Nie będę tu opisywał tej anegdoty, gdyż jest zbyt długa, a jej szczególny urok polega na swoistej dramaturgii i rosnącym napięciu, które buduje szereg drobnych elementów, przeplatanych chwilami milczenia, no i oczywiście grono słuchaczy musi być odpowiednio rozgrzane przez tzw. chór grecki. Nie mam jednak wątpliwości, że historia "listu - czyli nie pisma!", jest znana wszystkim koleżankom i kolegom z naszej klasy, którzy będą czytali ten tekst, i mam nadzieję, że tak, jak zapewne życzyłby sobie tego Jasio, jego wspomnienie w tym miejscu wywoła uśmiech, także na twarzy naszego szacownego Profesora. Bo tylko Jasio mógł z takim wdziękiem i po mistrzowsku udowodnić poloniście, że list i pismo to nie to samo. Aby jednak mimo wszystko nie dezawuować zasług Janka na polu literackim i podnieść go w oczach zacnego naszego mistrza Bednarka, dodam, że to właśnie kolega Fiołek pożyczył mi Redlińskiego i Iredyńskiego, za co jestem mu wdzięczny do dziś.
Jeśli mogę przywołać jeszcze jedno osobiste wspomnienie, to jest ono związane z wielkimi pasjami muzycznymi Janka, który jak na owe czasy dysponował dobrym sprzętem grającym, stosem płyt (oczywiście czarnych winylowych) i każdą moją wizytę w jego małym przytulnym pokoiku okraszał wspaniałą muzyką. Niejeden długi wieczór spędziliśmy wtedy przy mocnej herbacie (Janek nigdy nie pił alkoholu), ulubionych papierosach Caro i nocnej audycji Niedźwieckiego w radiowej "Trójce". Jego spokój, życiowa dojrzałość oraz zabarwiony swoistym humorem opis świata zachowałem do dziś, tak jak ciepły uśmiech i piękne, mądre, zawsze błyszczące ciemne oczy. Janek był także dokumentalistą i kronikarzem naszej klasy, co zaowocowało sporą liczbą fotek, a przede wszystkim słynnym filmem z wycieczki w Karkonosze. Kto nie widział, nie wie, co stracił!
Był także reporterem wielu innych zdarzeń, także z naszego osobistego życia, chociaż sam unikał raczej obiektywu i na wielu zdjęciach z oficjalnych i prywatnych spotkań brakuje jego postaci.
Ruchliwa natura sprawiła, że Jasio znał setki, może nawet tysiące ludzi. Przekonałem się o tym kiedyś, idąc z nim przez Wrocław. Co kilka metrów kogoś pozdrawiał lub zatrzymywał się, by uścisnąć czyjąś dłoń i zamienić kilka zdań. Janek znał wszystkich, których warto było wtedy znać, i wszyscy ci ludzie znali Janka.
Niezwykła ciekawość świata, otwartość, tolerancyjność i życzliwość w stosunku do ludzi zawsze towarzyszyły Jankowi w jego licznych peregrynacjach, zjednując mu sympatię oraz przyjaźń także na gruncie kanadyjskim. A był typowym "nomadem", wiecznym wędrowcem, co w połączeniu z niezwykłą pasją i zamiłowaniem do aut zaowocowało tysiącami kilometrów przebytych po autostradach kontynentu amerykańskiego. Janek po prostu był zawsze w drodze: tu w Polsce, kiedy pokonywał starym volkswagenem garbusem leśne ostępy Puszczy Drawskiej, i tam - za oceanem, gdy pochłaniał olbrzymie przestrzenie Stanów Zjednoczonych Ameryki i Kanady. Droga zatem, zarówno ta rzeczywista, jak i ta symboliczna, stała się poniekąd treścią Jego życia. Czy był to wybór świadomy, czy przypadkowy, tego się już nie dowiemy. Sądzę, że ta nieustanna zmiana otoczenia, krajobrazów, motywów, a zwłaszcza nowi, przypadkowo napotykani ludzie, i to pochodzący z różnych stron świata, dawały Jankowi swoiste, choć może nie do końca uchwytne poczucie wolności i niezależności. Właśnie tego ducha nieskrępowanej swobody było w Janku najwięcej i tą młodzieńczą radością oraz niezachwianym optymizmem emanował zawsze i wszędzie, dzieląc się nim szczodrze z nami niezależnie od miejsca i okoliczności.
Niespodziewana podstępna choroba, z którą walczył przez wiele miesięcy, pokonała wprawdzie ciało, ale nie ducha, o czym najlepiej wiedzą Najbliżsi, którzy byli przy nim w ostatnich tygodniach, także przyjaciele, którzy dzwonili i słali pełne otuchy i wsparcia e-maile.
Żegnamy Ciebie, drogi Janku, choć wiemy, że pozostaniesz w naszych sercach i wspomnieniach do końca naszych dni. Kiedyś Ty byłeś naszym kronikarzem, dzisiaj my staliśmy się strażnikami pamięci o Tobie. Odchodząc, zabrałeś ze sobą cząstkę naszej wspólnie przeżytej cudownej młodości. Na koniec, aby dodać otuchy naszym Koleżankom i Kolegom - całej Naszej Klasie - chcę jeszcze powiedzieć, że przed 37 laty los był dla nas niezwykle łaskawy i mieliśmy to wielkie szczęście, że spotkaliśmy się razem - w gronie tak niezwykłych i wspaniałych ludzi, którym dane było przez chwilę podążać wspólną drogą.
** Jan Fiołek zmarł 9 sierpnia 2008 roku w Toronto, na gościnnej ziemi kanadyjskiej, z dala od kraju, ale blisko rodziny i przyjaciół.
Ci, którzy go lepiej znali, wiedzą, że mieszały się w nim dwie skrajne osobowości: z jednej strony "Easy Rider", z drugiej "Hubal". Większość znała go raczej z tej pierwszej postawy. Już w liceum zapuścił długie kruczoczarne falujące włosy, co na początku lat 70. w połączeniu z odpowiednim ubiorem i innymi akcesoriami, np. chlebakiem, odznaką "US-NAVY" wpiętą w klapę wojskowej panterki, było demonstracją buntu i sprzeciwu wobec szkoły jako instytucji oraz władzy państwowej uosabiającej ówczesny reżim komunistyczny. Nasz Jasio Fiołek - wysoki, postawny młodzieniec o urodzie Che Guevary, nie tylko z wyglądu był buntownikiem, ale i duszę miał buntownika i partyzanta, a co najdziwniejsze, łączył to z postawą zagorzałego pacyfisty. Przy jednej z pierwszych wizyt u niego w domu, a mieliśmy wtedy po 15 lat, pokazał mi kilka zdjęć rodzinnych, na których był jego dziadek czy stryjek - kapitan Łopuski, legionista i bliski współpracownik marszałka Piłsudskiego. Wśród tych skarbów był także spory zbiór książek i albumów historycznych wydanych w okresie międzywojennym. Te pamiątkowe zdjęcia i zainteresowania historią XX wieku wiązały się ściśle z dość niezwykłymi losami Jasia rodziny, zwłaszcza jego ojca, który jako bardzo aktywny działacz podziemia niepodległościowego był więziony i prześladowany w czasach stalinowskich, a później także w okresie "Solidarności". Patriotyczna atmosfera domu, silne poczucie potrzeby manifestacji swoich wolnościowych przekonań oraz wyraźny antysowietyzm - to z pewnością miało ogromny wpływ na kształtowanie się najpierw młodzieńczej, a później już w pełni dojrzałej postawy naszego kolegi. Najpełniej dał temu wyraz w okresie stanu wojennego, kiedy razem z Pawłem Świtalskim i Markiem Sikorskim (ten drugi był kolegą z innej klasy) biegaliśmy między domami przy Legnickiej, fotografując zamieszki uliczne i starcia z oddziałami ZOMO. Pamiętam, jak będąc na dachu wieżowca przy ul. Szczepińskiej, fotografowaliśmy pl. Czerwony, a tuż nad naszymi głowami krążył helikopter wojskowy, z którego nam z kolei robiono zdjęcia. Ta akcja miała swój dramatyczny przebieg, bo kiedy schodziliśmy z dachu, Janek został zaatakowany przez jakiegoś ubeka, który usiłował mu wyrwać aparat fotograficzny. Ostatecznie aparat został uratowany przed konfiskatą i ukryty na parę godzin w mieszkaniu moich rodziców, gdzie opatrzyliśmy poturbowanego i zakrwawionego Jasia. Tam przeczekaliśmy kolejny atak ZOMO na demonstrantów oraz próbę rewizji mieszkań w poszukiwaniu fotografów amatorów. Przebrani w jakieś nowe koszule po dwóch godzinach przemieściliśmy się chyłkiem do sąsiedniego domu, tzw. jamnika, by kontynuować dokumentację z okien mieszkania naszego kolegi. Już po latach dowiedziałem się, że rolki filmowe z tej akcji oraz innych, jakie przeprowadzało wtedy ZOMO, trafiły do Francji. Wspominam ten epizod nie po to, aby uczynić z Janka bohatera stanu wojennego, bo większość z naszych kolegów działała wtedy w tzw. podziemiu, lecz po to, by przywołać jego oblicze partyzanta.
Wracając do III LO i naszego "Easy Ridera", muszę tu wspomnieć o piśmie - słynnym dialogu, niezwykłej szermierce słownej, którą stoczył Jasio z naszym wychowawcą Marianem Bednarkiem. Nie będę tu opisywał tej anegdoty, gdyż jest zbyt długa, a jej szczególny urok polega na swoistej dramaturgii i rosnącym napięciu, które buduje szereg drobnych elementów, przeplatanych chwilami milczenia, no i oczywiście grono słuchaczy musi być odpowiednio rozgrzane przez tzw. chór grecki. Nie mam jednak wątpliwości, że historia "listu - czyli nie pisma!", jest znana wszystkim koleżankom i kolegom z naszej klasy, którzy będą czytali ten tekst, i mam nadzieję, że tak, jak zapewne życzyłby sobie tego Jasio, jego wspomnienie w tym miejscu wywoła uśmiech, także na twarzy naszego szacownego Profesora. Bo tylko Jasio mógł z takim wdziękiem i po mistrzowsku udowodnić poloniście, że list i pismo to nie to samo. Aby jednak mimo wszystko nie dezawuować zasług Janka na polu literackim i podnieść go w oczach zacnego naszego mistrza Bednarka, dodam, że to właśnie kolega Fiołek pożyczył mi Redlińskiego i Iredyńskiego, za co jestem mu wdzięczny do dziś.
Jeśli mogę przywołać jeszcze jedno osobiste wspomnienie, to jest ono związane z wielkimi pasjami muzycznymi Janka, który jak na owe czasy dysponował dobrym sprzętem grającym, stosem płyt (oczywiście czarnych winylowych) i każdą moją wizytę w jego małym przytulnym pokoiku okraszał wspaniałą muzyką. Niejeden długi wieczór spędziliśmy wtedy przy mocnej herbacie (Janek nigdy nie pił alkoholu), ulubionych papierosach Caro i nocnej audycji Niedźwieckiego w radiowej "Trójce". Jego spokój, życiowa dojrzałość oraz zabarwiony swoistym humorem opis świata zachowałem do dziś, tak jak ciepły uśmiech i piękne, mądre, zawsze błyszczące ciemne oczy. Janek był także dokumentalistą i kronikarzem naszej klasy, co zaowocowało sporą liczbą fotek, a przede wszystkim słynnym filmem z wycieczki w Karkonosze. Kto nie widział, nie wie, co stracił!
Był także reporterem wielu innych zdarzeń, także z naszego osobistego życia, chociaż sam unikał raczej obiektywu i na wielu zdjęciach z oficjalnych i prywatnych spotkań brakuje jego postaci.
Ruchliwa natura sprawiła, że Jasio znał setki, może nawet tysiące ludzi. Przekonałem się o tym kiedyś, idąc z nim przez Wrocław. Co kilka metrów kogoś pozdrawiał lub zatrzymywał się, by uścisnąć czyjąś dłoń i zamienić kilka zdań. Janek znał wszystkich, których warto było wtedy znać, i wszyscy ci ludzie znali Janka.
Niezwykła ciekawość świata, otwartość, tolerancyjność i życzliwość w stosunku do ludzi zawsze towarzyszyły Jankowi w jego licznych peregrynacjach, zjednując mu sympatię oraz przyjaźń także na gruncie kanadyjskim. A był typowym "nomadem", wiecznym wędrowcem, co w połączeniu z niezwykłą pasją i zamiłowaniem do aut zaowocowało tysiącami kilometrów przebytych po autostradach kontynentu amerykańskiego. Janek po prostu był zawsze w drodze: tu w Polsce, kiedy pokonywał starym volkswagenem garbusem leśne ostępy Puszczy Drawskiej, i tam - za oceanem, gdy pochłaniał olbrzymie przestrzenie Stanów Zjednoczonych Ameryki i Kanady. Droga zatem, zarówno ta rzeczywista, jak i ta symboliczna, stała się poniekąd treścią Jego życia. Czy był to wybór świadomy, czy przypadkowy, tego się już nie dowiemy. Sądzę, że ta nieustanna zmiana otoczenia, krajobrazów, motywów, a zwłaszcza nowi, przypadkowo napotykani ludzie, i to pochodzący z różnych stron świata, dawały Jankowi swoiste, choć może nie do końca uchwytne poczucie wolności i niezależności. Właśnie tego ducha nieskrępowanej swobody było w Janku najwięcej i tą młodzieńczą radością oraz niezachwianym optymizmem emanował zawsze i wszędzie, dzieląc się nim szczodrze z nami niezależnie od miejsca i okoliczności.
Niespodziewana podstępna choroba, z którą walczył przez wiele miesięcy, pokonała wprawdzie ciało, ale nie ducha, o czym najlepiej wiedzą Najbliżsi, którzy byli przy nim w ostatnich tygodniach, także przyjaciele, którzy dzwonili i słali pełne otuchy i wsparcia e-maile.
Żegnamy Ciebie, drogi Janku, choć wiemy, że pozostaniesz w naszych sercach i wspomnieniach do końca naszych dni. Kiedyś Ty byłeś naszym kronikarzem, dzisiaj my staliśmy się strażnikami pamięci o Tobie. Odchodząc, zabrałeś ze sobą cząstkę naszej wspólnie przeżytej cudownej młodości. Na koniec, aby dodać otuchy naszym Koleżankom i Kolegom - całej Naszej Klasie - chcę jeszcze powiedzieć, że przed 37 laty los był dla nas niezwykle łaskawy i mieliśmy to wielkie szczęście, że spotkaliśmy się razem - w gronie tak niezwykłych i wspaniałych ludzi, którym dane było przez chwilę podążać wspólną drogą.
** Jan Fiołek zmarł 9 sierpnia 2008 roku w Toronto, na gościnnej ziemi kanadyjskiej, z dala od kraju, ale blisko rodziny i przyjaciół.
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

