Podwapiński Zdzisław
05.06.2008
, aktualizacja: 05.06.2008 15:35
WSPOMNIENIE. 25.05.1927 - 2.05.1978
2 maja 2008 roku minęło 30 lat od dnia Twojego przejścia na tamtą stronę. O zawale, który okazał się dla Ciebie nie do przeżycia, trudno powiedzieć, że przyszedł nagle. Od przynajmniej czterech lat cierpiałeś na dusznicę bolesną, ale ani Ty, ani Twoi najbliżsi, żona i syn, nie byliśmy w stanie powstrzymać postępującej choroby i nadchodzącego tragicznego finału. Ataki dusznicy przychodziły nagle, ale gdy mijały, starałeś się o nich szybko zapomnieć, nie chciałeś o swojej chorobie rozmawiać, nie chciałeś się leczyć...
Teraz, z perspektywy lat i własnych doświadczeń, lepiej rozumiem motywy Twojego postępowania. W pewnym sensie świadomie zmierzałeś do tego, co nieuchronne, a "umierając w biegu", wybrałeś sposób najbardziej pasujący do Twojej natury. Nie chciałeś spędzać czasu w gabinetach lekarskich, pilnować każdego swojego kroku, koncentrować uwagi swojej i bliskich na chorobie, której postępy można było już wtedy, być może, spowalniać, ale nie wyleczyć. A tak do końca byłeś zawodowo czynny, aktywny, doprowadziłeś do finału pracę racjonalizatorską, której efekty - o, paradoksie - doceniono w pełni dopiero po Twojej śmierci.
Byłeś z pokolenia, które - parafrazując słowa z wiersza wybitnego wrocławskiego poety - "ocalało, prowadzone na rzeź". Urodziłeś się w 1927 roku w Radziwiłłowie (wtedy Polska, potem ZSRR, a teraz Ukraina). Twój okres młodzieńczego dojrzewania przypadł na lata okupacji. Szczęśliwie przeżyłeś, chociaż los nie poskąpił Ci tragicznych osobistych przeżyć w tym czasie. Byłeś młody, wysportowany, pełen optymizmu i ambitnych planów, więc dotrwałeś do czasu, gdy nadeszło wyzwolenie, chociaż raz o mały włos nie zabili Cię Niemcy, a potem Sowieci uwięzili Cię za jakąś błahostkę na prawie sześć miesięcy. Gdy szczęśliwie wróciłeś w końcu do rodzinnego domu, którym stała się po wojnie mała podsanocka wieś Zagórze, zacząłeś "jak szatan" nadrabiać zaległości w nauce. Ukończyłeś liceum w Sanoku i w roku 1947 podjąłeś studia dzienne na Wydziale Mechanicznym Politechniki w Gliwicach. Ukończyłeś je we Wrocławiu w roku 1952. Tu też poznałeś Mamę i tu ja się urodziłem.
Wcześniej, przed dostaniem się na Politechnikę, próbowałeś zdawać do Wyższej Szkoły Lotniczej i właściwie byłeś bardzo bliski osiągnięcia celu. Nie zaliczyłeś jednak badań lekarskich z powodu wykrytych skłonności do nadciśnienia. Czy to nie było pierwsze ostrzeżenie...?
Technika, a w szczególności lotnictwo, to była Twoja pasja. W chwilach wolnych, gdy miałeś pod ręką ołówek i wolny skrawek papieru, szkicowałeś samoloty. Mówiłeś jednak, że dobrze wybrałeś kierunek studiów i jesteś zadowolony z wykonywanego zawodu inżyniera mechanika. Twoja praca zawodowa to było z pewnością właśnie to, do czego miałeś najlepsze predyspozycje, do czego podchodziłeś z pasją i co lubiłeś robić. Ale tylko Mama i ja wiemy, jak ciężki to był często dla Ciebie kawałek chleba. Chodziło o klimat, który się wytworzył w tamtych latach. Klimat, który wraz z upływem lat stawał się coraz bardziej nie do zniesienia dla ludzi Twojego pokroju.
Gdy zaczynałeś pracę z początkiem lat 50., byłeś już właściwie pogodzony z faktem, że Polska idzie drogą "budowy socjalizmu". Tak jak większość młodych ludzi w tym okresie byłeś pełen entuzjazmu i dobrej woli. Z upływem lat Twój entuzjazm gasł, ale dobrej woli nie brakowało Ci do końca. W pracy o Twoich inżynierskich i innych umiejętnościach (np. dobrej znajomości języków rosyjskiego i niemieckiego) przypominano sobie, gdy w firmie pojawiali się przedstawiciele zagranicznych firm i ktoś fachowy, a jednocześnie komunikatywny musiał te delegacje obsłużyć. Ale przy podejmowaniu decyzji o zakupach nowych technologii i związanych z tym, bardzo wtedy atrakcyjnych pod każdym względem, wyjazdach do zachodnich krajów już byłeś pomijany jako element nieco podejrzany. Bo i bezpartyjny, i krytyczny, co do sposobu zarządzania zakładem. A taka postawa spotykała się w tych czasach z potępieniem. Przyzwoitość, trzymanie się własnego zdania, jeśli kolidowało ono z "oficjalnie przyjętą linią", jednoznaczne nazywanie marnotrawstwa marnotrawstwem, a głupoty głupotą - o, to były cechy, które, mówiąc najdelikatniej, w życiu wtedy absolutnie nie pomagały.
Jednak doczekałeś w fabryce, której byłeś wierny przez całe swoje zawodowe życie, lepszych dla siebie czasów. W 1975 roku dostałeś stanowisko samodzielnego specjalisty, zacząłeś wyjeżdżać do Francji i RFN i okazało się, że stamtąd można jednak ściągać obrabiarki, które się doskonale od zaraz sprawdzają w technologicznym ciągu.
Szkoda, że ta Twoja zawodowa dobra passa trwała tak krótko, może trochę ponad trzy lata, ale dobrze, że była w ogóle. Z drugiej strony pamiętam, jak bardzo przeżywałeś w tym okresie to, co zaczęło się dziać w Polsce po roku 1975, gdy skończył się krótki czas gierkowego boomu. Gdy okazało się, że za pożyczonymi z Zachodu pieniędzmi nie idzie wcale poprawa i autentyczny wzrost, ale że zaciągnięte kredyty zostały w ogromnym stopniu zmarnowane, a Polska wpadła w spiralę zadłużenia.
Nie wiem, na ile ta przygnębiająca atmosfera wszechogarniającej i pogłębiającej się z biegiem lat beznadziei przyczyniła się do Twojego przedwczesnego odejścia. Wiem tylko, że w tych trudnych czasach żyłeś życiem prawdziwym, do końca twórczym i aktywnym, bolesnym często, ale to był koszt, jaki ponosiłeś za to, że żyłeś uczciwie, zgodne z własnymi przekonaniami. Nie byłeś pozbawiony wad i słabości ("nie zna ludzi bezgrzesznych przyroda" - Bułat Okudżawa), ale wiem też, że jeśli w ogóle wolno mi Cię oceniać, to tylko z perspektywy całego Twojego życia. A ono było w mojej ocenie udane i spełnione, bo przyzwoitość triumfowała w nim nad oportunizmem, któremu poddało się tylu ludzi wokół.
Zostawiłeś mi dobre wzorce, Tato, i za to Ci jestem wdzięczny.
Teraz, z perspektywy lat i własnych doświadczeń, lepiej rozumiem motywy Twojego postępowania. W pewnym sensie świadomie zmierzałeś do tego, co nieuchronne, a "umierając w biegu", wybrałeś sposób najbardziej pasujący do Twojej natury. Nie chciałeś spędzać czasu w gabinetach lekarskich, pilnować każdego swojego kroku, koncentrować uwagi swojej i bliskich na chorobie, której postępy można było już wtedy, być może, spowalniać, ale nie wyleczyć. A tak do końca byłeś zawodowo czynny, aktywny, doprowadziłeś do finału pracę racjonalizatorską, której efekty - o, paradoksie - doceniono w pełni dopiero po Twojej śmierci.
Byłeś z pokolenia, które - parafrazując słowa z wiersza wybitnego wrocławskiego poety - "ocalało, prowadzone na rzeź". Urodziłeś się w 1927 roku w Radziwiłłowie (wtedy Polska, potem ZSRR, a teraz Ukraina). Twój okres młodzieńczego dojrzewania przypadł na lata okupacji. Szczęśliwie przeżyłeś, chociaż los nie poskąpił Ci tragicznych osobistych przeżyć w tym czasie. Byłeś młody, wysportowany, pełen optymizmu i ambitnych planów, więc dotrwałeś do czasu, gdy nadeszło wyzwolenie, chociaż raz o mały włos nie zabili Cię Niemcy, a potem Sowieci uwięzili Cię za jakąś błahostkę na prawie sześć miesięcy. Gdy szczęśliwie wróciłeś w końcu do rodzinnego domu, którym stała się po wojnie mała podsanocka wieś Zagórze, zacząłeś "jak szatan" nadrabiać zaległości w nauce. Ukończyłeś liceum w Sanoku i w roku 1947 podjąłeś studia dzienne na Wydziale Mechanicznym Politechniki w Gliwicach. Ukończyłeś je we Wrocławiu w roku 1952. Tu też poznałeś Mamę i tu ja się urodziłem.
Wcześniej, przed dostaniem się na Politechnikę, próbowałeś zdawać do Wyższej Szkoły Lotniczej i właściwie byłeś bardzo bliski osiągnięcia celu. Nie zaliczyłeś jednak badań lekarskich z powodu wykrytych skłonności do nadciśnienia. Czy to nie było pierwsze ostrzeżenie...?
Technika, a w szczególności lotnictwo, to była Twoja pasja. W chwilach wolnych, gdy miałeś pod ręką ołówek i wolny skrawek papieru, szkicowałeś samoloty. Mówiłeś jednak, że dobrze wybrałeś kierunek studiów i jesteś zadowolony z wykonywanego zawodu inżyniera mechanika. Twoja praca zawodowa to było z pewnością właśnie to, do czego miałeś najlepsze predyspozycje, do czego podchodziłeś z pasją i co lubiłeś robić. Ale tylko Mama i ja wiemy, jak ciężki to był często dla Ciebie kawałek chleba. Chodziło o klimat, który się wytworzył w tamtych latach. Klimat, który wraz z upływem lat stawał się coraz bardziej nie do zniesienia dla ludzi Twojego pokroju.
Gdy zaczynałeś pracę z początkiem lat 50., byłeś już właściwie pogodzony z faktem, że Polska idzie drogą "budowy socjalizmu". Tak jak większość młodych ludzi w tym okresie byłeś pełen entuzjazmu i dobrej woli. Z upływem lat Twój entuzjazm gasł, ale dobrej woli nie brakowało Ci do końca. W pracy o Twoich inżynierskich i innych umiejętnościach (np. dobrej znajomości języków rosyjskiego i niemieckiego) przypominano sobie, gdy w firmie pojawiali się przedstawiciele zagranicznych firm i ktoś fachowy, a jednocześnie komunikatywny musiał te delegacje obsłużyć. Ale przy podejmowaniu decyzji o zakupach nowych technologii i związanych z tym, bardzo wtedy atrakcyjnych pod każdym względem, wyjazdach do zachodnich krajów już byłeś pomijany jako element nieco podejrzany. Bo i bezpartyjny, i krytyczny, co do sposobu zarządzania zakładem. A taka postawa spotykała się w tych czasach z potępieniem. Przyzwoitość, trzymanie się własnego zdania, jeśli kolidowało ono z "oficjalnie przyjętą linią", jednoznaczne nazywanie marnotrawstwa marnotrawstwem, a głupoty głupotą - o, to były cechy, które, mówiąc najdelikatniej, w życiu wtedy absolutnie nie pomagały.
Jednak doczekałeś w fabryce, której byłeś wierny przez całe swoje zawodowe życie, lepszych dla siebie czasów. W 1975 roku dostałeś stanowisko samodzielnego specjalisty, zacząłeś wyjeżdżać do Francji i RFN i okazało się, że stamtąd można jednak ściągać obrabiarki, które się doskonale od zaraz sprawdzają w technologicznym ciągu.
Szkoda, że ta Twoja zawodowa dobra passa trwała tak krótko, może trochę ponad trzy lata, ale dobrze, że była w ogóle. Z drugiej strony pamiętam, jak bardzo przeżywałeś w tym okresie to, co zaczęło się dziać w Polsce po roku 1975, gdy skończył się krótki czas gierkowego boomu. Gdy okazało się, że za pożyczonymi z Zachodu pieniędzmi nie idzie wcale poprawa i autentyczny wzrost, ale że zaciągnięte kredyty zostały w ogromnym stopniu zmarnowane, a Polska wpadła w spiralę zadłużenia.
Nie wiem, na ile ta przygnębiająca atmosfera wszechogarniającej i pogłębiającej się z biegiem lat beznadziei przyczyniła się do Twojego przedwczesnego odejścia. Wiem tylko, że w tych trudnych czasach żyłeś życiem prawdziwym, do końca twórczym i aktywnym, bolesnym często, ale to był koszt, jaki ponosiłeś za to, że żyłeś uczciwie, zgodne z własnymi przekonaniami. Nie byłeś pozbawiony wad i słabości ("nie zna ludzi bezgrzesznych przyroda" - Bułat Okudżawa), ale wiem też, że jeśli w ogóle wolno mi Cię oceniać, to tylko z perspektywy całego Twojego życia. A ono było w mojej ocenie udane i spełnione, bo przyzwoitość triumfowała w nim nad oportunizmem, któremu poddało się tylu ludzi wokół.
Zostawiłeś mi dobre wzorce, Tato, i za to Ci jestem wdzięczny.
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień

