Jakimów Maria

Ewa Jakimów
05.06.2008 , aktualizacja: 05.06.2008 15:33
A A A Drukuj
Wspomnienie. 1941-2008
Maria Jakimów była taką osobą, że przy tej smutnej okazji trzeba powiedzieć o Niej kilka słów. Jestem to winna mojej Mamie. Chcę przypomnieć, jaka była i co po sobie zostawiła.

Część z państwa znała Mamę przede wszystkim jako koleżankę z pracy, jako wieloletniego pracownika Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. To była ważna część Mamy życia. Opowiadała w domu o podopiecznych, z niektórymi utrzymywała kontakt nawet po przejściu na emeryturę. Bardzo zżyła się ludźmi, z którymi pracowała, a kontakt z nimi, ich pamięć i serdeczność były dla Mamy niezwykle ważne, kiedy odeszła z pracy.

Problemy życia codziennego, zdrowotne, finansowe i ciągła troska o moją przyszłość przygniatały Mamę i przyprawiły Ją o depresję, ale z drugiej strony (i to było niesamowite) potrafiła wznieść się ponad swój nastrój i pocieszać innych, wspierać ich w trudnych sytuacjach i dać jakąś radę. Taką zwykłą ludzką radę, od serca, nie z pozycji mentora. Wiedziałam o tym zawsze, ale teraz, kiedy telefonowałyśmy do wszystkich z Mamy notatnika, przekonałam się, że właśnie w ten sposób utrwaliła się w pamięci przyjaciół i znajomych. W ostatnich latach Mama rzadko bywała poza domem, ale utrzymywała "gorącą linię telefoniczną" i zawsze była gotowa wysłuchać cudzych problemów. Czasami nie można nic poradzić na kłopoty, za to sama możliwość powierzenia komuś swoich trosk już coś daje.

Kiedy coś dostała, dzieliła się z innymi. Miała takie wewnętrzne przekonanie, że dobra się nie zatrzymuje, tylko puszcza dalej w obieg. Lubiła dawać i dostawać. Nie dorabiała żadnej filozofii do swoich uczynków. Nie robiła nic dlatego, że tak trzeba. Po prostu pomagała, kiedy mogła, miała taki nawyk, bo była obdarzona naturalnym dobrem.

Była chyba nietypową matką. Jak wielu rodziców roztaczała nade mną parasol ochronny, martwiła się o mnie ciągle i na wyrost, często mnie upominała, bo do końca starała się nauczyć mnie kilku, jak by się wydawało, drobnych rzeczy, takich jak porządek, planowanie, dbałość o szczegóły we wszystkich sprawach, pilnowanie spraw urzędowych i terminów. Te upomnienia pozostały we mnie. Wiem już, jakie to istotne. Tylko że moja Mama oprócz tego miała w sobie trochę dziecięcej radości i umiała z każdym nawiązać kontakt, dlatego właśnie czasami moi znajomi zazdrościli mi takiej Mamy.

Była kochaną, jak to się mówi "równą babką". Była bardzo wrażliwa, łatwo się wzruszała i przy smutnych okazjach, i przy tych szczęśliwych, takich jak śluby. Zawsze wtedy płakała.

Jej bezpośredniość i bezpretensjonalność szybko zjednywała każdego bez względu na wiek. Miała swoje ulubione powiedzonka, takie rozśmieszające słówka. Kiedy miała dobry humor, mówiła do mnie Kudłatek, swojej siostrzenicy nadała przezwisko Pikuś, a na jej syna Sebastiana mówiła Felek, i tak już zostało. Większość rodziny nazywała moją Mamę Bubą.

Ci, którzy znali ją bliżej, pamiętają, jak umiała pięknie przemówić "soczystym słowem", robiła to zawsze dla śmiechu, nie wstydzę się tego, bo nie znam nikogo innego, kto umiałby robić to tak śmiesznie. Taką chcę Ją zapamiętać, uśmiechniętą, cieszącą się swoimi drobnymi psotami jak dziecko. Nawet jako poważna pani z siwiejącą głową miała takie pomysły. Zdarzało się, że podczas rodzinnych obiadów, gdy komuś zdarzyło się odejść na chwilę od stołu, chowała mu talerz i patrzyła na jego zaskoczenie, kiedy wrócił.

Mama miała swoją kolekcję płyt, lubiła operetkę, operę i mnóstwo innych polskich starych melodyjnych utworów. Kiedy się uparła, że chce mieć płytę zapomnianego przez wszystkich Gniatkowskiego, to nie było siły, trzeba było Jej taką płytę znaleźć i kupić. Mam przed oczyma takie sceny, kiedy Mama usłyszała jakąś skoczną piosenkę. Wtedy udawała, że gra na skrzypeczkach, robiąc przy tym tak rozanieloną minę, że trudno o bardziej pocieszny widok. Kto tego nie widział, nie wie o czym mówię.

Wprost przepadała za psami, mówiła na nie po swojemu "piesiuczki". Cała się rozpromieniała, widząc jakiegoś w telewizji albo na ulicy. Psy zajmowały w naszym domu poczesne miejsce, obowiązkowo spały z Mamą w łóżku. Uwielbiała je karmić i niczego im nie odmawiała.

Ludzie na emeryturze często tracą kontakt ze światem. Mama taka nie była. Czytała gazety, oglądała z zainteresowaniem programy publicystyczne i, o zgrozo, nawet obrady Sejmu, czego ja nie mogłam nigdy zrozumieć i dziwiłam się, jak Ona może to wytrzymać. Dzięki temu zainteresowaniu światem pozostała do końca bardzo sprawna intelektualnie. Oczywiście do szpitala też trzeba było nosić Jej prasę i ulubione bardzo trudne krzyżówki. Pamiętam, jak mi mówiła: ale się zmordowałam tą krzyżówką, aż mnie głowa boli i nie mogę jej rozwiązać, taka cholera trudna. Nie było mowy, żeby nie zabrała się za taką krzyżówkę na drugi dzień i jej nie rozwiązała. A potem powiadała: no, widzisz, jeszcze całkiem nie zgłupiałam. Mama miała do siebie dystans i umiała z siebie żartować.

Mimo wykształcenia ekonomicznego, była humanistką. Interesowała się człowiekiem jako jednostką, dlatego tak chętnie czytywała biografie i wielkich ludzi. Była mądrym człowiekiem, dzięki książkom, doświadczeniu i temu, że dużo czerpała od innych ludzi, uważnie ich słuchała. Zapamiętałam sobie Jej słowa "z ludźmi trzeba dobrze żyć". To niby proste, ale tak naprawdę kryje się w tym wiele ważnych sensów.

Miała mnóstwo wiadomości z wielu dziedzin. Wiedziała, w którym urzędzie co należy załatwić, znała się na dawkowaniu leków, polityce, kuchni, geografii, muzyce i wielu innych spawach.

Wielka szkoda, że tak się zamartwiała. Myślę, że to Mamie odebrało wiele zdrowia. To był Jej prawdziwy problem. Troszczyła się o wszystkich, tylko za mało o siebie.

Mama bardzo się cieszyła, że w ciężkich chwilach byli przy niej również znajomi i przyjaciele. Odwiedziny pozwalały Mamie wierzyć, że normalnie funkcjonuje, chociaż jest w szpitalu. Dawały wielkie wsparcie i dodawały jej otuchy. Jej siostra Barbara Jurczenkowicz była jak najlepsza pielęgniarka, opiekowała się Nią w domu i w szpitalu. Ludzie najlepiej sprawdzają się właśnie w takich momentach. W tym miejscu chciałabym podziękować również lekarzom z Oddziału Kardiologii Szpitala im. Tadeusza Marciniaka we Wrocławiu, a w szczególności takim lekarzom, jak pani dr Magdalena Woda i pan dr Kacper Paciejewski, którzy mają czas, żeby wysłuchać pacjenta i traktują go jak osobę, a nie jak jednostkę chorobową. Ludzkie traktowanie miało dla Mamy znaczenie absolutnie pierwszorzędne. Dziękuję też za wielkie serce pielęgniarce pani Kalisz, wspaniałej, ciepłej osobie. Lekarze ze szpitala przy Traugutta zrobili wszystko, co było możliwe dla serca mojej Mamy. Wszczepili Jej rozrusznik najnowszej generacji, a w nas znowu zrodziła się nadzieja, że Mama jeszcze wydobrzeje. Niestety, wszystko na próżno.

Wiem, że już nikt nigdy nie będzie mnie tak kochał, jak moja Mama. Dzieci chowają swoich rodziców - to naturalna kolej rzeczy, ale Mama odeszła wiele za wcześnie. Chociaż chorowała cztery miesiące, kilkakrotnie była krawędzi życia i przygotowywano nas na najgorsze, nie mogę dalej uwierzyć, że już nigdy Jej nie przytulę, nie zobaczę Jej ani nie usłyszę. Nie mogę się pogodzić z tym, że Mama umarła, a z czasem jednak wszystko będzie powoli wracało do normy. Będziemy się cieszyć, inne sprawy zajmą nasze myśli. Pozostała moim wewnętrznym głosem, nakazującym mi, co i jak mam robić. Módlcie się za moja Mamę, na pewno by sobie tego życzyła, wspominajcie Ją z uśmiechem, pamiętajcie, co do Was mówiła.

Odwiedzajcie Ją na cmentarzu i bądźcie dla ludzi tacy, jaka Ona była dla innych. Było Ci trudno mnie wychować samotnie, dziękuję Ci za to.

Przepraszam za wszystkie kłopoty. Żegnaj.





Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos