Sprawa Gucwińskiego uczy, że o biografię trzeba dbać
13.03.2011
, aktualizacja: 11.03.2011 19:23
Skazany za znęcanie się nad niedźwiedziem Mago Antoni Gucwiński nie jest pierwszym wybitnym wrocławianinem, który odchodzi w niesławie. Przekonanie, że jest się niezastąpionym, nieumiejętność dostrzeżenia, że świat wokół się zmienił, bezmyślność, brak odwagi, by przyznać się do błędu młodości
10 marca uprawomocnił się wyrok uznający dyrektora wrocławskiego zoo Antoniego Gucwińskiego za winnego znęcania się nad niedźwiedziem Mago, który był przez dziesięć lat trzymany w betonowym bunkrze. Człowiek, który dla kilku pokoleń Polaków dzięki cyklowi "Z kamerą wśród zwierząt" był symbolem Wrocławia, odchodzi w niesławie. Dorobek poświęconego zwierzętom życia został przesłonięty przez wyrok, od którego dyrektor nawet się nie odwołał.
Antoni Gucwiński przegrał, bo nie zauważył, że świat wokół niego się zmienił. Nie tylko w Europie, ale także w Polsce zmieniało się podejście do zwierząt i organizacji ogrodów, a wrocławskie zoo tkwiło zakonserwowane w tym samym kształcie od lat. Ale kiedy dyrektorowi sugerowano (a miał już wtedy ponad 70 lat), że pora ustąpić miejsca komuś, kto tchnie w ogród nowego ducha, i on, i jego żona potraktowali to jako zamach na legendę, szukając oparcia nawet w Samoobronie, której posłanką chciała zostać Hanna Gucwińska.
Antoni Gucwiński miał szansę zakończyć pracę we wrocławskim zoo w nimbie legendy, jako człowiek, który nauczył Polaków kochać zwierzęta. Odszedł jako człowiek, który nad zwierzętami się znęcał.
Ale jego przypadek nie był jedyny. Aleksander Dobrzycki był twórcą i dyrektorem wrocławskiej "czternastki", liceum od wielu lat zajmującego czołowe miejsca w ogólnopolskich rankingach na najlepsze szkoły. Miał szansę pozostać w historii miasta jako wychowawca kilku pokoleń olimpijczyków i założyciel najsłynniejszego w mieście ogólniaka. Podjął skrajnie głupią, trudno to inaczej nazwać, decyzję o zatrudnieniu na szkolnym basenie, w bezpośrednim kontakcie z uczniami, człowieka skazanego za homoseksualny gwałt na nieletnim. Musiał ze szkoły odejść. Jednym podpisem przekreślił życiorys, który dawał mu miejsce w każdej encyklopedii i każdej historii miasta. A pamięć ludzka jest okrutna i chętniej przechowuje to, co świadczy o bliźnim źle.
Wojciech Dzieduszycki, hrabia, lwowiak, gawędziarz, krytyk muzyczny o gołębim sercu, honorowy obywatel miasta. Kochany przez wrocławian miłością pierwszą. Przez wiele lat, jak okazało się pod koniec życia, współpracownik Służby Bezpieczeństwa. Donosił, jak tłumaczył, ze strachu. Bał się o żonę i dzieci. Można to zrozumieć. Ale nie wykorzystał szansy, by ujawnić ciemne karty swego życiorysu, gdy już nie musiał się bać. Mógł powiedzieć prawdę o przeszłości, gdy po 1989 roku zaczynano badać archiwa bezpieki. Nie zrobił tego, miał nadzieję, że prawda nigdy nie wyjdzie na jaw. A wrocławianie nie dostali szansy, by mu wybaczyć.
Kochany przez wszystkich "Tunio" mógł przejść do historii jako wzorzec (taki jak ten w Sevres) lwowiaka i wrocławianina jednocześnie (pomnik wrocławianina stojący przy ul. Gabrieli Zapolskiej był wzorowany na jego właśnie sylwetce). Brak odwagi sprawił, że przeszedł jako współpracownik UB i słaby człowiek.
Jak stąd wniosek? Opowiem anegdotę o Stefanie Kisielewskim. Ogłoszenie stanu wojennego zastało go w Paryżu. Przyjaciele namawiali, żeby lepiej nie wracał do Polski rządzonej przez juntę. Zdecydowanie odmówił.
- Zawsze może się wydarzyć coś głupiego - tłumaczył. - I ja, który przeżyłem w Polsce najcięższe czasy, miałbym napisane w nekrologu: "zmarł w Paryżu". Przecież to nonsens jakiś. W moim wieku trzeba już dbać o biografię.
No właśnie.
Antoni Gucwiński przegrał, bo nie zauważył, że świat wokół niego się zmienił. Nie tylko w Europie, ale także w Polsce zmieniało się podejście do zwierząt i organizacji ogrodów, a wrocławskie zoo tkwiło zakonserwowane w tym samym kształcie od lat. Ale kiedy dyrektorowi sugerowano (a miał już wtedy ponad 70 lat), że pora ustąpić miejsca komuś, kto tchnie w ogród nowego ducha, i on, i jego żona potraktowali to jako zamach na legendę, szukając oparcia nawet w Samoobronie, której posłanką chciała zostać Hanna Gucwińska.
Antoni Gucwiński miał szansę zakończyć pracę we wrocławskim zoo w nimbie legendy, jako człowiek, który nauczył Polaków kochać zwierzęta. Odszedł jako człowiek, który nad zwierzętami się znęcał.
Ale jego przypadek nie był jedyny. Aleksander Dobrzycki był twórcą i dyrektorem wrocławskiej "czternastki", liceum od wielu lat zajmującego czołowe miejsca w ogólnopolskich rankingach na najlepsze szkoły. Miał szansę pozostać w historii miasta jako wychowawca kilku pokoleń olimpijczyków i założyciel najsłynniejszego w mieście ogólniaka. Podjął skrajnie głupią, trudno to inaczej nazwać, decyzję o zatrudnieniu na szkolnym basenie, w bezpośrednim kontakcie z uczniami, człowieka skazanego za homoseksualny gwałt na nieletnim. Musiał ze szkoły odejść. Jednym podpisem przekreślił życiorys, który dawał mu miejsce w każdej encyklopedii i każdej historii miasta. A pamięć ludzka jest okrutna i chętniej przechowuje to, co świadczy o bliźnim źle.
Wojciech Dzieduszycki, hrabia, lwowiak, gawędziarz, krytyk muzyczny o gołębim sercu, honorowy obywatel miasta. Kochany przez wrocławian miłością pierwszą. Przez wiele lat, jak okazało się pod koniec życia, współpracownik Służby Bezpieczeństwa. Donosił, jak tłumaczył, ze strachu. Bał się o żonę i dzieci. Można to zrozumieć. Ale nie wykorzystał szansy, by ujawnić ciemne karty swego życiorysu, gdy już nie musiał się bać. Mógł powiedzieć prawdę o przeszłości, gdy po 1989 roku zaczynano badać archiwa bezpieki. Nie zrobił tego, miał nadzieję, że prawda nigdy nie wyjdzie na jaw. A wrocławianie nie dostali szansy, by mu wybaczyć.
Kochany przez wszystkich "Tunio" mógł przejść do historii jako wzorzec (taki jak ten w Sevres) lwowiaka i wrocławianina jednocześnie (pomnik wrocławianina stojący przy ul. Gabrieli Zapolskiej był wzorowany na jego właśnie sylwetce). Brak odwagi sprawił, że przeszedł jako współpracownik UB i słaby człowiek.
Jak stąd wniosek? Opowiem anegdotę o Stefanie Kisielewskim. Ogłoszenie stanu wojennego zastało go w Paryżu. Przyjaciele namawiali, żeby lepiej nie wracał do Polski rządzonej przez juntę. Zdecydowanie odmówił.
- Zawsze może się wydarzyć coś głupiego - tłumaczył. - I ja, który przeżyłem w Polsce najcięższe czasy, miałbym napisane w nekrologu: "zmarł w Paryżu". Przecież to nonsens jakiś. W moim wieku trzeba już dbać o biografię.
No właśnie.
Najnowsze wiadomości
-
W pasażu Niepolda powstanie nieoficjalna strefa kibica
-
Wikingowie i Flinstonowie. Płynęli Odrą na czym się dało
-
Ludzie oglądają samochody... A tu wybory miss [FOTO]
-
Najczęstszy błąd językowy? Aż 80 proc. z nas źle akcentuje
-
Pokazali, skąd się bierze ciepło w naszych domach
-
Jak zadowolić kibiców podczas Euro 2012? POT Ci doradzi
-
Od 3 czerwca autobus "147" będzie kursował inaczej
- 31 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
14 głosów
-
Dzieduszycki współpracownik SB i słaby człowiek
kasia20055
13.03.11, 13:21
>> Dzieduszycki współpracownik UB i słaby człowiek. Przeszło 400 donosów pisanych piękną polszczyzną, setki ludzi pokrzywdzonych - tego nie robi słaby człowiek.»
-
Re: Sprawa Gucwińskiego uczy, że o biografię trze
adeinwan
13.03.11, 16:07
Panie redaktorze, za negatywne pisanie o esbeckich donosicielach można z GW wylecieć...»
-
Sprawa Gucwińskiego uczy, że o biografię trzeba...
korcia2000
13.03.11, 22:44
Cała sprawa Gucwińskiego rodzi głęboki niesmak. Z powodu jednego niedźwiedzia zgnojono człowieka, który przez kilkadziesiąt lat dbał o ogród i opiekował się zwierzętami. Ta cała sprawa też »
Najczęściej czytane24 htydzień




