Na Uniwersytecie Wrocławskim wszyscy mają rację
03.02.2011
, aktualizacja: 03.02.2011 13:04
DEBATA O UNIWERSYTECIE. Byłem zwykłym, uniwersyteckim giermkiem. Jednego dnia do egzaminu uczyłem się z fachowej literatury, aby następnego korzystać z "biblioteki skryptów" w punkcie ksero. Rano przekrzykiwałem innych studentów, żeby zostać wynagrodzonym przez prowadzącego ćwiczenia za tzw. aktywność. Po południu pomstowałem na system i podśmiewałem się z nadgorliwych koleżanek i kolegów. Wreszcie wiosną kpiłem z zaściankowości UWr, by jesienią zacząć - dzięki ofercie UWr - studia za granicą.
ZOBACZ TAKŻE
- Rektor nakazuje pielgrzymkę do Smoleńska (11-02-11, 07:07)
- Jak studenci mieliby zmienić uczelnię, siedząc cicho? (04-02-11, 11:01)
- Prof. Marek Bojarski: Rozmawiajmy o uniwersytecie (03-02-11, 17:59)
- Uniwersytet. Hop do piaskownicy i bęc go łopatką... (02-02-11, 20:22)
- Debata o uniwersytecie - tak, szkodzenie uczelni - nie (02-02-11, 10:00)
- Uniwersytecka większość ma czyste sumienie (01-02-11, 19:00)
- Dr Marcinkowski: Są dwa uniwersytety - Wasz i Nasz (31-01-11, 18:22)
- Jedyne wyjście: oddanie uczelni samorządom lokalnym (30-01-11, 15:52)
- Jestem baronem. Nie chcę dłużej żyć w średniowieczu (28-01-11, 20:00)
- Sawka: Totalna rozprawa z Uniwersytetem Wrocławskim (28-01-11, 19:34)
Debata o kondycji Uniwersytetu Wrocławskiego przypomina starą anegdotę o rabinie. Przychodzi dwóch skłóconych Izraelczyków do rabina. Ten wysłuchał pierwszego i mówi: "Tak, masz rację". Następnie wysłuchał drugiego, który przedstawił własną wersję zdarzeń, i mówi: "Tak, masz rację". Skonfundowani poszli do znajomego, aby ten uzyskał od rabina wiążącą odpowiedź. Znajomy spełnił ich życzenie, udał się do rabina i zapytał go: - "Rabi, najpierw zgodziłeś się z pierwszym, a chwilę później - z drugim". Rabin na to: "Tak, masz rację".
W sporze o UWr wszyscy mają rację. Rację ma dr Andrzej Dybczyński, gdy pisze o patologiach na Wydziale Nauk Społecznych, których nie ma sensu znów wymieniać.
I rację ma dr Tomasz Krawczyk, gdy krytykuje dr. Dybczyńskiego za liczbę mnogą "my", wrzucanie do jednego worka tych, którzy "załatwiają", i młodą ambitną kadrę Wydziału (a takiej nie brakuje!).
Trudno zaprzeczyć tezie o dwóch Uniwersytetach, stawianej przez dr. Jerzego Marcinkowskiego (inna sprawa, że marne to pocieszenie licytować się w słabym rządzie na to, które ministerstwo jest lepsze). I nie sposób odmówić racji prof. Elżbiecie Stadtmüller oraz dr Patrycji Matusz-Protasiewicz, gdy protestują przeciwko uogólnieniom dr. Marcinkowskiego i piszą o swojej codziennej pracy.
Ale czy rację mają studenci UWr wypowiadający się do tej pory głównie w komentarzach do publikowanych tekstów? Jak Uniwersytet wygląda z perspektywy giermka, który musi pokonać kilkanaście(dziesiąt) osób, żeby zdobyć wymarzone miejsce u boku Don Kichota - na studiach dziennych? I czy reformowanie UWr nie przypomina walki z wiatrakami?
Nauczony doświadczeniem tej polemiki mogę pisać tylko w swoim imieniu - byłego studenta UWr i Wydziału Nauk Społecznych (Instytutu Politologii), który miał również okazję studiować w kilku miejscach za granicą.
Co UWr jest w stanie zaoferować takiemu studentowi? Z jednej strony: słynne już "pożółkłe konspekty" wykładowców; archaiczną literaturę, w oparciu o którą prowadzone są zajęcia (jeśli nie są akurat odwołane z powodu drugiego etatu wykładowcy) ; intrygujący system oceny studenta, w którym premiuje się zdolność do zacytowania fragmentu podręcznika i w którym można przejść przez pięć lat studiów, napisawszy trzy-cztery eseje. Wreszcie UWr "oferuje" studentowi brak praktycznych zajęć, prowadzonych przez ekspertów z zewnątrz, koncentrując się na analizie 20 definicji "komunikowania politycznego". Warto zakomunikować coś tu i teraz: ten system nie ma sensu.
Z drugiej strony, student odnajdzie w nim prawdziwych wykładowców-pasjonatów, ambitną kadrę znającą kilka języków i przejdzie przez sito egzaminów ustnych, kształtujących u młodego człowieka sztukę prezentacji i doboru argumentów. A przy sprzyjających warunkach student wyjedzie za granicę na rok, i to niekoniecznie w ramach standardowego Erasmusa (patrz programy podwójnych dyplomów).
Trudno jednak zatrzeć wrażenie, że - póki co - pierwsza grupa argumentów przeważa nad drugą i nie zmieni tego nawet raport firmy Ernst & Young. W tym kontekście "coming out" dr. Dybczyńskiego, jakkolwiek motywowany, jest niezwykle cenny, ponieważ przenosi kuluarowe dyskusje o UWr na łamy prasy. Prasy, dzięki której każdy może poznać sytuację panującą na Uniwersytecie z perspektywy uczestnika zdarzeń, i dzięki której władze uczelni czują się zobligowane podjąć rzuconą rękawicę (co już się dzieje).
Dalszy ciąg tej historii zależy właśnie od kierownictwa UWr i, szerzej, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ktoś mógłby powiedzieć: nie ma po co kruszyć kopii, studentów nie zabraknie. Pewnie nie, ale błędem byłoby zignorowanie dwóch zjawisk: niżu demograficznego oraz przedsiębiorczości młodego pokolenia, które "głosuje nogami" i coraz śmielej wybiera zachodnie uniwersytety.
W tym sensie ten ktoś nie miałby racji.
* Marcin Sołtys jest absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego, University of Sussex i Université Robert Schuman. Obecnie pracuje w Parlamencie Europejskim.
W sporze o UWr wszyscy mają rację. Rację ma dr Andrzej Dybczyński, gdy pisze o patologiach na Wydziale Nauk Społecznych, których nie ma sensu znów wymieniać.
I rację ma dr Tomasz Krawczyk, gdy krytykuje dr. Dybczyńskiego za liczbę mnogą "my", wrzucanie do jednego worka tych, którzy "załatwiają", i młodą ambitną kadrę Wydziału (a takiej nie brakuje!).
Trudno zaprzeczyć tezie o dwóch Uniwersytetach, stawianej przez dr. Jerzego Marcinkowskiego (inna sprawa, że marne to pocieszenie licytować się w słabym rządzie na to, które ministerstwo jest lepsze). I nie sposób odmówić racji prof. Elżbiecie Stadtmüller oraz dr Patrycji Matusz-Protasiewicz, gdy protestują przeciwko uogólnieniom dr. Marcinkowskiego i piszą o swojej codziennej pracy.
Ale czy rację mają studenci UWr wypowiadający się do tej pory głównie w komentarzach do publikowanych tekstów? Jak Uniwersytet wygląda z perspektywy giermka, który musi pokonać kilkanaście(dziesiąt) osób, żeby zdobyć wymarzone miejsce u boku Don Kichota - na studiach dziennych? I czy reformowanie UWr nie przypomina walki z wiatrakami?
Nauczony doświadczeniem tej polemiki mogę pisać tylko w swoim imieniu - byłego studenta UWr i Wydziału Nauk Społecznych (Instytutu Politologii), który miał również okazję studiować w kilku miejscach za granicą.
Co UWr jest w stanie zaoferować takiemu studentowi? Z jednej strony: słynne już "pożółkłe konspekty" wykładowców; archaiczną literaturę, w oparciu o którą prowadzone są zajęcia (jeśli nie są akurat odwołane z powodu drugiego etatu wykładowcy) ; intrygujący system oceny studenta, w którym premiuje się zdolność do zacytowania fragmentu podręcznika i w którym można przejść przez pięć lat studiów, napisawszy trzy-cztery eseje. Wreszcie UWr "oferuje" studentowi brak praktycznych zajęć, prowadzonych przez ekspertów z zewnątrz, koncentrując się na analizie 20 definicji "komunikowania politycznego". Warto zakomunikować coś tu i teraz: ten system nie ma sensu.
Z drugiej strony, student odnajdzie w nim prawdziwych wykładowców-pasjonatów, ambitną kadrę znającą kilka języków i przejdzie przez sito egzaminów ustnych, kształtujących u młodego człowieka sztukę prezentacji i doboru argumentów. A przy sprzyjających warunkach student wyjedzie za granicę na rok, i to niekoniecznie w ramach standardowego Erasmusa (patrz programy podwójnych dyplomów).
Trudno jednak zatrzeć wrażenie, że - póki co - pierwsza grupa argumentów przeważa nad drugą i nie zmieni tego nawet raport firmy Ernst & Young. W tym kontekście "coming out" dr. Dybczyńskiego, jakkolwiek motywowany, jest niezwykle cenny, ponieważ przenosi kuluarowe dyskusje o UWr na łamy prasy. Prasy, dzięki której każdy może poznać sytuację panującą na Uniwersytecie z perspektywy uczestnika zdarzeń, i dzięki której władze uczelni czują się zobligowane podjąć rzuconą rękawicę (co już się dzieje).
Dalszy ciąg tej historii zależy właśnie od kierownictwa UWr i, szerzej, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ktoś mógłby powiedzieć: nie ma po co kruszyć kopii, studentów nie zabraknie. Pewnie nie, ale błędem byłoby zignorowanie dwóch zjawisk: niżu demograficznego oraz przedsiębiorczości młodego pokolenia, które "głosuje nogami" i coraz śmielej wybiera zachodnie uniwersytety.
W tym sensie ten ktoś nie miałby racji.
* Marcin Sołtys jest absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego, University of Sussex i Université Robert Schuman. Obecnie pracuje w Parlamencie Europejskim.
Najnowsze wiadomości
-
W pasażu Niepolda powstanie nieoficjalna strefa kibica
-
Wikingowie i Flinstonowie. Płynęli Odrą na czym się dało
-
Ludzie oglądają samochody... A tu wybory miss [FOTO]
-
Najczęstszy błąd językowy? Aż 80 proc. z nas źle akcentuje
-
Pokazali, skąd się bierze ciepło w naszych domach
-
Jak zadowolić kibiców podczas Euro 2012? POT Ci doradzi
-
Od 3 czerwca autobus "147" będzie kursował inaczej
- 41 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
20 głosów
-
Na Uniwersytecie Wrocławskim wszyscy mają rację
feli-x11
03.02.11, 15:24
No do jasnej cholery... Przestańcie pisać "dr" z kropką... Wykształceni ludzie...»
-
Re: Na Uniwersytecie Wrocławskim wszyscy mają rac
takisobienik
04.02.11, 02:19
No poczytaj sobie słownik, wykształcony ludziu: so.pwn.pl/lista.php?co=dr»
-
Re: Na Uniwersytecie Wrocławskim...
kagan.blox
04.02.11, 12:27
W j. angielskim pisze się zawsze dr . (gdyż jest to SKRÓT). A że angielski to dominujący dziś język NAUKI...»
Najczęściej czytane24 htydzień




