Na Uniwersytecie Wrocławskim wszyscy mają rację

Marcin Sołtys*
03.02.2011 , aktualizacja: 03.02.2011 13:04
A A A Drukuj
DEBATA O UNIWERSYTECIE. Byłem zwykłym, uniwersyteckim giermkiem. Jednego dnia do egzaminu uczyłem się z fachowej literatury, aby następnego korzystać z "biblioteki skryptów" w punkcie ksero. Rano przekrzykiwałem innych studentów, żeby zostać wynagrodzonym przez prowadzącego ćwiczenia za tzw. aktywność. Po południu pomstowałem na system i podśmiewałem się z nadgorliwych koleżanek i kolegów. Wreszcie wiosną kpiłem z zaściankowości UWr, by jesienią zacząć - dzięki ofercie UWr - studia za granicą.

Fot. Mieczysław Michalak/ AG
Debata o kondycji Uniwersytetu Wrocławskiego przypomina starą anegdotę o rabinie. Przychodzi dwóch skłóconych Izraelczyków do rabina. Ten wysłuchał pierwszego i mówi: "Tak, masz rację". Następnie wysłuchał drugiego, który przedstawił własną wersję zdarzeń, i mówi: "Tak, masz rację". Skonfundowani poszli do znajomego, aby ten uzyskał od rabina wiążącą odpowiedź. Znajomy spełnił ich życzenie, udał się do rabina i zapytał go: - "Rabi, najpierw zgodziłeś się z pierwszym, a chwilę później - z drugim". Rabin na to: "Tak, masz rację".

W sporze o UWr wszyscy mają rację. Rację ma dr Andrzej Dybczyński, gdy pisze o patologiach na Wydziale Nauk Społecznych, których nie ma sensu znów wymieniać.

I rację ma dr Tomasz Krawczyk, gdy krytykuje dr. Dybczyńskiego za liczbę mnogą "my", wrzucanie do jednego worka tych, którzy "załatwiają", i młodą ambitną kadrę Wydziału (a takiej nie brakuje!).

Trudno zaprzeczyć tezie o dwóch Uniwersytetach, stawianej przez dr. Jerzego Marcinkowskiego (inna sprawa, że marne to pocieszenie licytować się w słabym rządzie na to, które ministerstwo jest lepsze). I nie sposób odmówić racji prof. Elżbiecie Stadtmüller oraz dr Patrycji Matusz-Protasiewicz, gdy protestują przeciwko uogólnieniom dr. Marcinkowskiego i piszą o swojej codziennej pracy.

Ale czy rację mają studenci UWr wypowiadający się do tej pory głównie w komentarzach do publikowanych tekstów? Jak Uniwersytet wygląda z perspektywy giermka, który musi pokonać kilkanaście(dziesiąt) osób, żeby zdobyć wymarzone miejsce u boku Don Kichota - na studiach dziennych? I czy reformowanie UWr nie przypomina walki z wiatrakami?

Nauczony doświadczeniem tej polemiki mogę pisać tylko w swoim imieniu - byłego studenta UWr i Wydziału Nauk Społecznych (Instytutu Politologii), który miał również okazję studiować w kilku miejscach za granicą.

Co UWr jest w stanie zaoferować takiemu studentowi? Z jednej strony: słynne już "pożółkłe konspekty" wykładowców; archaiczną literaturę, w oparciu o którą prowadzone są zajęcia (jeśli nie są akurat odwołane z powodu drugiego etatu wykładowcy) ; intrygujący system oceny studenta, w którym premiuje się zdolność do zacytowania fragmentu podręcznika i w którym można przejść przez pięć lat studiów, napisawszy trzy-cztery eseje. Wreszcie UWr "oferuje" studentowi brak praktycznych zajęć, prowadzonych przez ekspertów z zewnątrz, koncentrując się na analizie 20 definicji "komunikowania politycznego". Warto zakomunikować coś tu i teraz: ten system nie ma sensu.

Z drugiej strony, student odnajdzie w nim prawdziwych wykładowców-pasjonatów, ambitną kadrę znającą kilka języków i przejdzie przez sito egzaminów ustnych, kształtujących u młodego człowieka sztukę prezentacji i doboru argumentów. A przy sprzyjających warunkach student wyjedzie za granicę na rok, i to niekoniecznie w ramach standardowego Erasmusa (patrz programy podwójnych dyplomów).

Trudno jednak zatrzeć wrażenie, że - póki co - pierwsza grupa argumentów przeważa nad drugą i nie zmieni tego nawet raport firmy Ernst & Young. W tym kontekście "coming out" dr. Dybczyńskiego, jakkolwiek motywowany, jest niezwykle cenny, ponieważ przenosi kuluarowe dyskusje o UWr na łamy prasy. Prasy, dzięki której każdy może poznać sytuację panującą na Uniwersytecie z perspektywy uczestnika zdarzeń, i dzięki której władze uczelni czują się zobligowane podjąć rzuconą rękawicę (co już się dzieje).

Dalszy ciąg tej historii zależy właśnie od kierownictwa UWr i, szerzej, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ktoś mógłby powiedzieć: nie ma po co kruszyć kopii, studentów nie zabraknie. Pewnie nie, ale błędem byłoby zignorowanie dwóch zjawisk: niżu demograficznego oraz przedsiębiorczości młodego pokolenia, które "głosuje nogami" i coraz śmielej wybiera zachodnie uniwersytety.

W tym sensie ten ktoś nie miałby racji.

* Marcin Sołtys jest absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego, University of Sussex i Université Robert Schuman. Obecnie pracuje w Parlamencie Europejskim.

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 41 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów