Z sądu. Czy wrocławski ginekolog oszukiwał pacjentki

Katarzyna Lubiniecka
29.11.2010 , aktualizacja: 30.11.2010 16:18
A A A Drukuj
W poniedziałek rozpoczął się proces ginekologa oskarżonego m.in. o oszukiwanie pacjentek, bezprawne ich usypianie oraz branie od nich łapówek za porody i cesarki przeprowadzane w klinice. - Jestem niewinny, moja sprawa to efekt skłócenia środowiska wrocławskich ginekologów - zapewnia lekarz
Przez 4 godziny prokurator odzytywał akt oskarżenia przeciw Andrzejowi W.
Katarzyna Lubiniecka
Przez 4 godziny prokurator odzytywał akt oskarżenia przeciw Andrzejowi W.
Po czterech latach śledztwa prokuratura postawiła doktorowi Andrzejowi W. aż 83 zarzuty. Z aktu oskarżenia wynika, że lekarz diagnozował u pacjentek schorzenia, których nie miały. Potem w prywatnym gabinecie usypiał je, a po przebudzeniu wmawiał, że wykonał zabieg, który je uzdrowił. Jedna z pacjentek miała być w ten sposób oszukana aż dziewięć razy. Twierdzi, że zapłaciła doktorowi w sumie 9 tys. zł. Według prokuratury próbował w ten sposób oszukać też inne pacjentki. Kobiety poszły jednak do innych lekarzy, którzy nie stwierdzili u nich schorzeń, więc zabiegi nie były potrzebne.

Najczęściej powtarzającym się zarzutem jest jednak przeprowadzanie zabiegów w tzw. krótkotrwałym znieczuleniu ogólnym. Prokuratura twierdzi, że Andrzej W. nie miał prawa tego robić, bo nie ma uprawnień anestezjologa, odpowiednio wyposażonego gabinetu i nie robił kobietom potrzebnych badań ani wywiadu lekarskiego. Nie prowadził też żadnej dokumentacji medycznej.

Kolejny poważny zarzut to narażanie pacjentek na niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia. Do ich usypiania miał stosować bowiem propofol, którego nie można podawać kobietom w ciąży i matkom karmiących piersią. W ocenie śledczych każdorazowo świadomie popełniał błąd w sztuce lekarskiej, gdy go podawał.

18 zarzutów korupcyjnych dotyczy czasu, gdy Andrzej W. pracował jako adiunkt w klinice ginekologiczno-położniczej wrocławskiej Akademii Medycznej. Według prokuratury brał 1-3 tys. zł za odbieranie na terenie kliniki porodów i przeprowadzanie cesarskich cięć.

Wstrząsająca jest opowieść jednego z małżeństw, które przesłuchała prokuratura. "Jeżeli chce pani, aby moje ręce były przy pani porodzie, musi pani zapłacić 2 tys. zł" - miał powiedzieć Andrzej W. ciężarnej kobiecie. Małżeństwo nie zapłaciło. Kiedy więc zaczął się poród, nikt z personelu kliniki nie chciał rodzącej pomóc, bo wiedziano, że to pacjentka doktora W. Dopiero gdy jej mąż zadzwonił do niego i obiecał pieniądze, przyjechał i zrobił cesarkę.

Andrzej W. nie przyznaje się do winy. Przekonuje, że padł ofiarą spisku niechętnych mu lekarzy. - Od ponad 30 lat trwa wojna w środowisku wrocławskich ginekologów. Sięga czasów stanu wojennego i esbeckiej agentury. Moja sprawa zaczęła się także od anonimowych donosów. Ma też aspekt polityczny - przekonywał dziennikarzy.

Uważa, że pacjentki do obciążających go zeznań nakłoniły policja i prokuratura. Zaprzecza, aby wykonywał fikcyjne zabiegi. A oskarżenia o łapówki kwituje krótko: - Pacjentki z mojego prywatnego gabinetu płaciły mi za prowadzenie ciąży.

Twierdzi też, że nie stosował znieczulenia ogólnego, tylko wprowadzał kobiety w stan tzw. sedacji płytkiej, czyli pierwszej fazy snu. Jednak biegły anestezjolog z łódzkiej AM stwierdził, że w anestezjologii nie ma takiego pojęcia. A doktor W. stosował znieczulenie ogólne przy bezbolesnych zabiegach, przy których się go nie stosuje.

Na wniosek obrońców sędzia Tomasz Kaszyca wyłączył jawność procesu ze względu na interes poszkodowanych. Andrzej W. od kilku lat nie pracuje już w klinice, ale jest ordynatorem oddziału ginekologiczno-położniczego w jednym z miast w pobliżu Wrocławia.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 13 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów