Wyjątkowo udane małżeństwo: Friederike i Friedrich Wilhelm von Reden

Aneta Augustyn
27.11.2010 , aktualizacja: 28.11.2010 19:50
A A A Drukuj
Ona sprowadziła kościółek Wang i Tyrolczyków, on założył pierwszy imponujący park krajobrazowy. Wyjątkowo udane małżeństwo, silne osobowości i utalentowani menedżerowie, którym Kotlina Jeleniogórska wiele zawdzięcza.
Kilka dni temu Agencja Nieruchomości Rolnych podarowała aż sto hektarów w Bukowcu koło Karpacza - to pierwsze w kraju tak duże przekazanie gruntów. Fundacja Doliny Pałaców i Ogrodów, która je przejęła, odtworzy imponujący park, po którym przed dwustu laty przechadzała się berlińska arystokracja, królowie pruscy i John Quincy Adams, późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych. Pierwszy i największy park krajobrazowy w Kotlinie Jeleniogórskiej stworzył Friedrich Wilhelm von Reden. Także w hołdzie żonie.

Fajerwerki na powitanie

"Meine Freundin", moja przyjaciółko, zwracał się Friedrich Wilhelm von Reden do żony młodszej o 22 lata. Po raz pierwszy spotkali się w Anglii - bawił wtedy trzyletnią Friederike na kolanach. Po raz drugi - po kilkunastu latach w Berlinie na balu u jednego z ministrów; uwodziła go nie tyle urodą i karnawałowym strojem kwiaciarki, ile błyskotliwą rozmową. Nastoletnia Friederike, zupełnie inaczej niż siostry, gardziła konwenansami i stale zadawała za dużo pytań. Prowadziła dziennik, w którym bardziej niż dziewczyńskie błahostki zajmowały ją idee rewolucji francuskiej oraz gatunki roślin i minerałów.

Matka ubolewała, że nie jest dość uległą i nie zachowuje się jak przystoi pannie na wydaniu. Ojciec zaś otoczył ją guwernantkami, a potem powierzył jej prowadzenie swojego biura. Generał dowodził wojskami po stronie angielskiej w Ameryce Północnej, gdzie Friederike spędziła dzieciństwo. Po powrocie do Prus, mając kilka lat, mówiła już biegle po angielsku.

Ojciec był najważniejszy: partner do rozmów, przyjaciel i niekwestionowany autorytet. - Była z nim niezwykle zżyta i jego śmierć stała się cezurą w jej życiu - opowiada Urszula Bończuk-Dawidziuk, historyk sztuki.

Niedługo potem młoda baronówna zbliżyła się do Friedricha Wilhelma von Redena. Znacznie starszy, opiekuńczy i gruntownie wykształcony na kilku fakultetach, podobnie jak ojciec imponował jej wiedzą i intelektem.

Całe godziny spędzali na rozmowach o tym, co było bliskie obojgu - o botanice i wszystkim, co związane z Anglią, którą się fascynowali: literaturze, filozofii, projektowaniu ogrodów.

28-letnia niebieskooka blondynka i 50-latek niespecjalnej urody ani tężyzny, za to słabego zdrowia, niedomagający na płuca. Przyjaciele i zwierzchnicy namawiali go do małżeństwa, ale oponował: że zbyt duża różnica wieku, że jest chorowity i tylko obciążyłby sobą młodą kobietę.

- Z jej dziennika wiemy, że go uwielbiała. Zachwycało ją, że mogą porozmawiać na każdy temat. To była miłość bardziej przyjacielska niż euforyczna, która przerodziła się w niezwykle udane małżeństwo - dodaje historyk sztuki.

W 1802 roku fajerwerkami i kwiatami rzucanymi przed powóz powitano nową panią na Bukowcu.

Herbaciarnia dla żony

"Moje miejsce na ziemi" - mówiła o Bukowcu, imponującym kilkusethektarowym gospodarstwie w pobliżu Karpacza. Początkowo bywała tu z mężem tylko latem; częściej przebywali w Berlinie albo w służbowych podróżach Redena, pruskiego ministra górnictwa i hutnictwa oraz dyrektora berlińskiej Manufaktury Porcelany.

- Górny Śląsk zawdzięcza Redenowi niebywały rozwój: sprowadził z Anglii pierwszą maszynę parową do kopalni, inwestował w kolejne badania geologiczne, uruchamiał nowe szyby i huty, budował mosty i nowoczesne piece hutnicze, usprawniał pracę, pierwszy wprowadził koks - opowiada Urszula Bończuk-Dawidziuk. - W Chorzowie nadal stoi jego pomnik.

Kiedy Reden wycofał się z kariery, najważniejszy dla obojga stał się Bukowiec. Nie znosili berlińskiego blichtru; najlepiej czuli się na wsi. Ich wielki ziemski majątek z cegielnią, browarem, kilkudziesięcioma zarybionymi stawami, udanie zarządzany, przynosił stały dochód.

- To była posiadłość w typie angielskich "ornamented farm", czyli farmy ozdobnej: folwarczne zabudowania projektowali pruscy architekci, wszystko było estetyczne, harmonijne i tworzyło obraz wiejskiej sielanki - mówi historyk sztuki.

Idylli dopełniał park, również wzorowany na angielskich; pierwszy park krajobrazowy w Kotlinie Jeleniogórskiej, który stał się wzorem dla kolejnych arystokratycznych posiadłości.

Specjalista od hut i kopalni okazał się również utalentowanym ogrodnikiem. Osobiście komponował park, wykorzystując okoliczne pagórki, stawy, lasy, zagajniki i fantastyczną panoramę Karkonoszy. Zgodnie z romantyczną modą pojawiły się tam ruiny gotyckiego opactwa, krąg druidów, wykorzystano nawet jaskinię, w której wykuto ławki, tak aby siedzący mógł oglądać Śnieżkę. Na parkowym wzgórzu stanęła herbaciarnia w kształcie greckiej świątyni podarowana żonie w drugą rocznicę ślubu. Temu jabłoń, temu gruszę

Redenowie porzucili Berlin, ale Berlin nie porzucił ich. Do Bukowca przyjeżdżali po rady i na pogawędki ministrowie i arystokraci.

W latach 20. XIX wieku Kotlina Jeleniogórska stała się modna, bo pruska rodzina królewska wybrała to miejsce na odpoczynek. Pałac w Mysłakowicach przebudowano dla króla Fryderyka Wilhelma III, w Karpnikach - dla jego brata, a w Wojanowie - dla królewskiej córki. W ślad za dworem coraz tłumniej pojawiała się arystokracja.

- W dolinie elit wypadało bywać. Król z rodziną zjeżdżali w Karkonosze kilka razy w roku, począwszy od lat 20. XIX wieku, a za królewską świtą ciągnęła arystokracja: trzeba było się pokazać, a przy okazji spróbować coś załatwić dla siebie w tak doborowym towarzystwie - mówi dr Romuald Łuczyński, historyk, autor książek o dolnośląskich rezydencjach.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy