Samorząd ryje pod odkrywką, rząd chowa głowę w piasek
23.10.2010
, aktualizacja: 22.10.2010 21:40
Ponad rok temu mieszkańcy sześciu podlegnickich gmin zaczęli walkę o uratowanie swoich domów przed wybudowaniem na ich miejscu odkrywkowej kopalni węgla brunatnego. Dziś wydaje się, że do odkrywki mamy dalej niż bliżej. Ale nie łudźmy się, problem powróci
ZOBACZ TAKŻE
- Legnickie odkrywkowe gminy jadą po pomoc do Brukseli (17-01-11, 13:11)
- O legnickim węglu brunatnym podyskutują w Brukseli (15-12-10, 13:37)
- Wystawa w rocznicę referendum w sprawie odkrywki (26-09-10, 17:11)
- Odkrywkowe legnickie gminy wciąż walczą (29-03-10, 20:19)
- Odkrywkowa kopalnia pod Legnicą nadal czeka na decyzję (04-02-10, 20:06)
- KGHM wycofuje się z odkrywki węgla pod Legnicą (02-02-10, 20:11)
- Bez dyskusji o odkrywkach. A ludzie przy płocie pytają (19-01-10, 19:47)
- Legnica chce referendum w sprawie węglowej odkrywki (28-12-09, 05:00)
- Podlegnickie gminy powołały komitet "Stop Odkrywce" (16-11-09, 15:36)
- Społeczne "nie" dla odkrywki pod Legnicą (27-09-09, 20:21)
- Gminy coraz głośniej mówią "stop" odkrywce (16-09-09, 19:44)
Chyba nic tak bardzo nie jednoczy ludzi jak wspólne zagrożenie. A pod Legnicą gra toczy się o dużą stawkę. Protestujący przeciw odkrywce mieszkańcy walczą nie tylko o swoje domy, szkoły, kościoły i cmentarze. To walka o prawo do własnego miejsca na świecie. Wielu z nich to przecież ludzie już raz przesiedleni, którzy pamiętają, jak trudno zaczyna się życie od nowa i jak ciężko zostawić wszystko za sobą. To także ich dorosłe już dzieci i wnuki, które od małego słuchały o tęsknocie za rodzinnymi stronami i poczuciu niesprawiedliwości.
Dlatego odkrywka stała się impulsem do działań. Sprawiła, że ludzie zjednoczyli się wokół wspólnego celu i wyszli ze swoich domów, by razem zastanowić się, co mogą dla siebie zrobić. Narodziło się społeczeństwo obywatelskie.
Ludzie walczą, bo wierzą
Minął właśnie rok od referendów zorganizowanych jednocześnie w sześciu podlegnickich samorządach. W Kunicach, wiejskiej gminie Lubin, Miłkowicach, Rui i Ścinawie do urn poszło ponad 16 tys. osób. Prawie 95 proc. z nich postawiło krzyżyk na kopalni, a trzeba pamiętać, że dla wielu odkrywka oznacza nie tylko konieczność przeniesienia się z całą rodziną w inne miejsce, ale także nowe miejsca pracy. Wielu z nich to górnicy pracujący w kopalniach KGHM-u, dla których tej pracy może zabraknąć, gdy złoża miedzi stopniowo zaczną się wyczerpywać. Węgiel brunatny byłby więc dla nich szansą. Mimo to powiedzieli odkrywce "nie".
Referenda to jednak za mało. Mieszkańcy zdają sobie sprawę, że jednorazowe postawienie krzyżyka na karcie do głosowania może nie powstrzymać rządowych planów. Tym bardziej że prawomocność wyników tego głosowania podważają konstytucjonaliści, podkreślając, że o losie złoży decyduje państwo, a nie samorządy. Protestujący szukają więc pomocy z każdej możliwej strony.
Społecznemu komitetowi Stop Odkrywce tworzonemu głównie przez samorządowców i mieszkańców podlegnickich gmin udało się m.in. wpłynąć na zarząd województwa. Wskutek jego nacisków w opracowywanym właśnie nowym wojewódzkim planie zagospodarowania przestrzennego nie będzie zapisu o ochronie złóż, który chroniłby węgiel, tak by możliwa była jego eksploatacja. Oznaczałoby to wyrok na gminy - skazane na zastój wobec niemożliwości inwestowania na własnym terenie i odpływ mieszkańców, którzy nie mogliby budować nowych domów.
Marszałek Marek Łapiński, który do tej pory nie opowiadał się zdecydowanie po żadnej ze stron, po protestach przeciw zapisowi w planie zagospodarowania przestrzennego podkreślił, że nie chce działać wbrew woli mieszkańców i wierzy w możliwość zagospodarowania złóż węgla inną metodą niż odkrywka. Protestujący mają więc sojusznika, który dołączył do coraz szerszego grona popierających żądania "odkrywkowych" gmin.
Pod oświadczeniami i apelami protestujących samorządowców wielokrotnie podpisywali się dolnośląscy parlamentarzyści, do współpracy z nimi dołączają protestujący przeciw odkrywkom w innych częściach kraju, a nawet przeciwnicy tego typu kopalni w Niemczech. I co może najważniejsze, "odkrywkowemu" komitetowi udało się zainteresować swoimi problemami Komisję Europejską. Europejskie władze zajmą się kopalnią na wniosek Parlamentu Europejskiego, który w styczniu dostał od samorządowców petycję podpisaną przez 6 tys. osób. Komisja sprawdzi, czy plany budowy odkrywki nie łamią wspólnotowego prawa w kwestii ochrony środowiska. Na terenie planowanej kopalni znajdują się bowiem obszary chronione europejskim programem Natura 2000.
Po spektakularnych akcjach, jak referenda, demonstracje, blokowanie dróg i manifestacja pod budynkiem Sejmu, po których pod adresem samorządowców padały zarzuty o wywoływanie paniki, granie na emocjach czy organizowanie kampanii samorządowej kosztem ludzkiego strachu, przyszedł więc czas na spokojne, ale bardzo zdecydowane działania. A te mogą się okazać dużo skuteczniejsze niż wykrzykiwanie na ulicach.
Komitet Stop Odkrywce szykuje kolejny już list otwarty do premiera z wezwaniem do odstąpienia od planów budowy kopalni wobec sprzeciwu mieszkańców wyrażonego w referendach. Samorządowcy zapowiadają, że jeśli Tusk nie zapewni ich o tym, że mogą spać spokojnie, sięgną po procedurę pozwów zbiorowych na masową skalę.
Jak więc widać, protestującym nie brakuje energii, by bronić swojego stanowiska. Szkoda, że brakuje jej Ministerstwu Gospodarki, by podjąć jakiekolwiek działania zmierzające do porozumienia.
Małe zwycięstwa już są
Jeszcze przed rokiem złożami węgla brunatnego pod Legnicą zainteresowane były dwie firmy. KGHM i Polska Grupa Energetyczna prowadziły nawet rozmowy o stworzeniu celowej spółki, która zajęłaby się przygotowaniami do eksploatacji. Chciały to zrobić wspólnie, bo rozpoczęcie wydobycia węgla będzie wymagało ogromnych nakładów. Według wstępnych szacunków - grubo ponad 20 mld zł.
PGE nie obawiała się protestów mieszkańców, bo doświadczona we współpracy z lokalnymi społecznościami w okolicach jej kopalni w Bełchatowie i Turowie była pewna, że przekona do odkrywki także mieszkańców podlegnickich gmin. Nie miała wątpliwości, że wcześniej czy później zyska akceptację protestujących dzięki argumentom o wielomilionowych inwestycjach i kilku tysiącach miejsc pracy czy choćby przywołując przykład Kleszczowa, najbogatszej gminy w Polsce, która swój wielki budżet zawdzięcza właśnie kopalni i elektrowni węgla brunatnego.
Społeczny sprzeciw wobec odkrywki odstraszył jednak KGHM. W lutym koncern oświadczył, że nie zamierza angażować się w konflikt wokół kopalni. Miedziowa firma porzuciła węglowe plany, bo były dla niej zbyt ryzykowne i kosztowne. Jej prezes Herbert Wirth tłumaczył się brakiem technologii do eksploatacji węgla, ale jednocześnie wyraźnie dawał do zrozumienia, że to opór mieszkańców skutecznie zniechęcił go do inwestowania w kopalnię.
Choć lobby górnicze straszyło samorządy wejściem obcego kapitału: szwedzkiego Vattenfalla lub niemieckiego koncernu RWE, później żadna z polskich ani zagranicznych firm energetycznych nie wyraziła większego zainteresowania złożem Legnica. Argumentowano nawet, że lepiej nie robić szumu i protestów, bo łatwiej będzie dogadać się z polskim przedsiębiorstwem, niż liczyć na łaskę zagranicznego. Tymczasem wokół odkrywki zrobiło się cicho.
Z kopalnią trzeba się zmierzyć
Ta sytuacja nie potrwa jednak wiecznie. Wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak podczas swojej ostatniej wizyty we Wrocławiu nawoływał wprawdzie, by nie szukać problemu tam gdzie go nie ma, bo skoro nie ma inwestora, to być może odkrywka w ogóle nie powstanie. Jednak nie powinien mieć wątpliwości, że jego słowa to zasłona dymna.
Nie od dziś bowiem wiadomo, że węgiel brunatny jest dla Polski kluczowym źródłem energii, a w przyszłości ma być gwarantem naszego bezpieczeństwa energetycznego i niezależności od dostaw z innych krajów. Naukowcy Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie z prof. Zbigniewem Kasztelewiczem na czele już teraz alarmują, że większość eksploatowanych przez nas złóż tego surowca zacznie się wyczerpywać po 2020 roku, a z węgla brunatnego produkuje się dziś około 35 proc. energii w Polsce. I jest to energia najtańsza.
To dlatego w przyjętej przez rząd "Polityce energetycznej Polski do 2030 roku", czyli dokumencie będącym strategią rozwoju krajowej energetyki, znalazły się zapisy, które spędzają sen z oczu mieszkańcom podlegnickich gmin.
Czytamy tam, że konieczne jest wprowadzenie takich zmian w prawie, by złoża węgla brunatnego stały się własnością skarbu państwa (dziś nie jest to do końca rozwiązane prawnie) oraz wprowadzenie ochrony złóż przed zabudową. Rządowy dokument nie jest tylko zestawieniem pobożnych życzeń. Ministerstwo Gospodarki opracowało dla niego szczegółowy program działań wykonawczych. Zakłada on, że zmiany w prawie będą przeprowadzane stopniowo w najbliższych latach, najpóźniej do roku 2012.
Coraz częstsze argumentowanie, że decyzja w sprawie eksploatacji złoża Legnica nie została jeszcze podjęta, a do wyboru są przecież także inne pokłady, to zwykłe mydlenie oczu. Dopóki bowiem nie wymyślimy sposobu, jak w relatywnie krótkim czasie pozyskać nowe źródła energii (elektrownia atomowa, odnawialne źródła energii?) i nie wprowadzimy tych pomysłów w życie, wydobycie i spalanie węgla brunatnego pod Legnicą będzie naszym najpewniejszym sposobem na zagwarantowanie sobie bezpieczeństwa energetycznego.
Dlaczego właśnie podlegnicki węgiel? Bo spośród 150 rozpoznanych w Polsce złóż właśnie tutaj kryją się największe pokłady tego surowca. Żadne z innych jeszcze nieeksploatowanych polskich złóż pod względem zasobów węgla nawet nie zbliża się do legnickiego. Naukowcy związani z górnictwem nazywają je żyłą złota. Według wstępnych szacunków może tu zalegać nawet 35 mld ton węgla. Przed przeprowadzeniem szczegółowych badań trudno powiedzieć, ile z nich nadaje się do eksploatacji. Ale na pewno nie będzie to mniej niż kilkanaście miliardów ton. Dla porównania: zasoby Bełchatowa przy największej polskiej elektrowni wynoszą zaledwie około 2 mld ton.
I choć od odkrywki jesteśmy na razie daleko, to jednak systematyczne działania legnickich samorządowców nie są pozbawione sensu. Z kopalnią prędzej czy później przyjdzie nam się zmierzyć. Być może ani Pawlak, ani Ministerstwo Gospodarki, na którego czele stoi, nie wiedzą jeszcze, co z tym fantem zrobić, i stąd uniki. Jednak spychologia nic tu nie da. Bo jeśli za kilkanaście lat będziemy nerwowo poszukiwać źródeł energii, odkrywka może się okazać jedynym wyjściem z problemów.
Oby nie stało się tak, że za kilkanaście lat, gdy nasze źródła energii będą już na wyczerpaniu, rząd będzie na łapu-capu szukał inwestora. Przekonanie firmy, że warto wyłożyć ogromne pieniądze na kopalnię, przeciw której od lat protestują tysiące ludzi, którzy czują się oszukani przez własne państwo i grożą wyjściem na ulicę, może nie być łatwe.
Dlatego odkrywka stała się impulsem do działań. Sprawiła, że ludzie zjednoczyli się wokół wspólnego celu i wyszli ze swoich domów, by razem zastanowić się, co mogą dla siebie zrobić. Narodziło się społeczeństwo obywatelskie.
Ludzie walczą, bo wierzą
Minął właśnie rok od referendów zorganizowanych jednocześnie w sześciu podlegnickich samorządach. W Kunicach, wiejskiej gminie Lubin, Miłkowicach, Rui i Ścinawie do urn poszło ponad 16 tys. osób. Prawie 95 proc. z nich postawiło krzyżyk na kopalni, a trzeba pamiętać, że dla wielu odkrywka oznacza nie tylko konieczność przeniesienia się z całą rodziną w inne miejsce, ale także nowe miejsca pracy. Wielu z nich to górnicy pracujący w kopalniach KGHM-u, dla których tej pracy może zabraknąć, gdy złoża miedzi stopniowo zaczną się wyczerpywać. Węgiel brunatny byłby więc dla nich szansą. Mimo to powiedzieli odkrywce "nie".
Referenda to jednak za mało. Mieszkańcy zdają sobie sprawę, że jednorazowe postawienie krzyżyka na karcie do głosowania może nie powstrzymać rządowych planów. Tym bardziej że prawomocność wyników tego głosowania podważają konstytucjonaliści, podkreślając, że o losie złoży decyduje państwo, a nie samorządy. Protestujący szukają więc pomocy z każdej możliwej strony.
Społecznemu komitetowi Stop Odkrywce tworzonemu głównie przez samorządowców i mieszkańców podlegnickich gmin udało się m.in. wpłynąć na zarząd województwa. Wskutek jego nacisków w opracowywanym właśnie nowym wojewódzkim planie zagospodarowania przestrzennego nie będzie zapisu o ochronie złóż, który chroniłby węgiel, tak by możliwa była jego eksploatacja. Oznaczałoby to wyrok na gminy - skazane na zastój wobec niemożliwości inwestowania na własnym terenie i odpływ mieszkańców, którzy nie mogliby budować nowych domów.
Marszałek Marek Łapiński, który do tej pory nie opowiadał się zdecydowanie po żadnej ze stron, po protestach przeciw zapisowi w planie zagospodarowania przestrzennego podkreślił, że nie chce działać wbrew woli mieszkańców i wierzy w możliwość zagospodarowania złóż węgla inną metodą niż odkrywka. Protestujący mają więc sojusznika, który dołączył do coraz szerszego grona popierających żądania "odkrywkowych" gmin.
Pod oświadczeniami i apelami protestujących samorządowców wielokrotnie podpisywali się dolnośląscy parlamentarzyści, do współpracy z nimi dołączają protestujący przeciw odkrywkom w innych częściach kraju, a nawet przeciwnicy tego typu kopalni w Niemczech. I co może najważniejsze, "odkrywkowemu" komitetowi udało się zainteresować swoimi problemami Komisję Europejską. Europejskie władze zajmą się kopalnią na wniosek Parlamentu Europejskiego, który w styczniu dostał od samorządowców petycję podpisaną przez 6 tys. osób. Komisja sprawdzi, czy plany budowy odkrywki nie łamią wspólnotowego prawa w kwestii ochrony środowiska. Na terenie planowanej kopalni znajdują się bowiem obszary chronione europejskim programem Natura 2000.
Po spektakularnych akcjach, jak referenda, demonstracje, blokowanie dróg i manifestacja pod budynkiem Sejmu, po których pod adresem samorządowców padały zarzuty o wywoływanie paniki, granie na emocjach czy organizowanie kampanii samorządowej kosztem ludzkiego strachu, przyszedł więc czas na spokojne, ale bardzo zdecydowane działania. A te mogą się okazać dużo skuteczniejsze niż wykrzykiwanie na ulicach.
Komitet Stop Odkrywce szykuje kolejny już list otwarty do premiera z wezwaniem do odstąpienia od planów budowy kopalni wobec sprzeciwu mieszkańców wyrażonego w referendach. Samorządowcy zapowiadają, że jeśli Tusk nie zapewni ich o tym, że mogą spać spokojnie, sięgną po procedurę pozwów zbiorowych na masową skalę.
Jak więc widać, protestującym nie brakuje energii, by bronić swojego stanowiska. Szkoda, że brakuje jej Ministerstwu Gospodarki, by podjąć jakiekolwiek działania zmierzające do porozumienia.
Małe zwycięstwa już są
Jeszcze przed rokiem złożami węgla brunatnego pod Legnicą zainteresowane były dwie firmy. KGHM i Polska Grupa Energetyczna prowadziły nawet rozmowy o stworzeniu celowej spółki, która zajęłaby się przygotowaniami do eksploatacji. Chciały to zrobić wspólnie, bo rozpoczęcie wydobycia węgla będzie wymagało ogromnych nakładów. Według wstępnych szacunków - grubo ponad 20 mld zł.
PGE nie obawiała się protestów mieszkańców, bo doświadczona we współpracy z lokalnymi społecznościami w okolicach jej kopalni w Bełchatowie i Turowie była pewna, że przekona do odkrywki także mieszkańców podlegnickich gmin. Nie miała wątpliwości, że wcześniej czy później zyska akceptację protestujących dzięki argumentom o wielomilionowych inwestycjach i kilku tysiącach miejsc pracy czy choćby przywołując przykład Kleszczowa, najbogatszej gminy w Polsce, która swój wielki budżet zawdzięcza właśnie kopalni i elektrowni węgla brunatnego.
Społeczny sprzeciw wobec odkrywki odstraszył jednak KGHM. W lutym koncern oświadczył, że nie zamierza angażować się w konflikt wokół kopalni. Miedziowa firma porzuciła węglowe plany, bo były dla niej zbyt ryzykowne i kosztowne. Jej prezes Herbert Wirth tłumaczył się brakiem technologii do eksploatacji węgla, ale jednocześnie wyraźnie dawał do zrozumienia, że to opór mieszkańców skutecznie zniechęcił go do inwestowania w kopalnię.
Choć lobby górnicze straszyło samorządy wejściem obcego kapitału: szwedzkiego Vattenfalla lub niemieckiego koncernu RWE, później żadna z polskich ani zagranicznych firm energetycznych nie wyraziła większego zainteresowania złożem Legnica. Argumentowano nawet, że lepiej nie robić szumu i protestów, bo łatwiej będzie dogadać się z polskim przedsiębiorstwem, niż liczyć na łaskę zagranicznego. Tymczasem wokół odkrywki zrobiło się cicho.
Z kopalnią trzeba się zmierzyć
Ta sytuacja nie potrwa jednak wiecznie. Wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak podczas swojej ostatniej wizyty we Wrocławiu nawoływał wprawdzie, by nie szukać problemu tam gdzie go nie ma, bo skoro nie ma inwestora, to być może odkrywka w ogóle nie powstanie. Jednak nie powinien mieć wątpliwości, że jego słowa to zasłona dymna.
Nie od dziś bowiem wiadomo, że węgiel brunatny jest dla Polski kluczowym źródłem energii, a w przyszłości ma być gwarantem naszego bezpieczeństwa energetycznego i niezależności od dostaw z innych krajów. Naukowcy Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie z prof. Zbigniewem Kasztelewiczem na czele już teraz alarmują, że większość eksploatowanych przez nas złóż tego surowca zacznie się wyczerpywać po 2020 roku, a z węgla brunatnego produkuje się dziś około 35 proc. energii w Polsce. I jest to energia najtańsza.
To dlatego w przyjętej przez rząd "Polityce energetycznej Polski do 2030 roku", czyli dokumencie będącym strategią rozwoju krajowej energetyki, znalazły się zapisy, które spędzają sen z oczu mieszkańcom podlegnickich gmin.
Czytamy tam, że konieczne jest wprowadzenie takich zmian w prawie, by złoża węgla brunatnego stały się własnością skarbu państwa (dziś nie jest to do końca rozwiązane prawnie) oraz wprowadzenie ochrony złóż przed zabudową. Rządowy dokument nie jest tylko zestawieniem pobożnych życzeń. Ministerstwo Gospodarki opracowało dla niego szczegółowy program działań wykonawczych. Zakłada on, że zmiany w prawie będą przeprowadzane stopniowo w najbliższych latach, najpóźniej do roku 2012.
Coraz częstsze argumentowanie, że decyzja w sprawie eksploatacji złoża Legnica nie została jeszcze podjęta, a do wyboru są przecież także inne pokłady, to zwykłe mydlenie oczu. Dopóki bowiem nie wymyślimy sposobu, jak w relatywnie krótkim czasie pozyskać nowe źródła energii (elektrownia atomowa, odnawialne źródła energii?) i nie wprowadzimy tych pomysłów w życie, wydobycie i spalanie węgla brunatnego pod Legnicą będzie naszym najpewniejszym sposobem na zagwarantowanie sobie bezpieczeństwa energetycznego.
Dlaczego właśnie podlegnicki węgiel? Bo spośród 150 rozpoznanych w Polsce złóż właśnie tutaj kryją się największe pokłady tego surowca. Żadne z innych jeszcze nieeksploatowanych polskich złóż pod względem zasobów węgla nawet nie zbliża się do legnickiego. Naukowcy związani z górnictwem nazywają je żyłą złota. Według wstępnych szacunków może tu zalegać nawet 35 mld ton węgla. Przed przeprowadzeniem szczegółowych badań trudno powiedzieć, ile z nich nadaje się do eksploatacji. Ale na pewno nie będzie to mniej niż kilkanaście miliardów ton. Dla porównania: zasoby Bełchatowa przy największej polskiej elektrowni wynoszą zaledwie około 2 mld ton.
I choć od odkrywki jesteśmy na razie daleko, to jednak systematyczne działania legnickich samorządowców nie są pozbawione sensu. Z kopalnią prędzej czy później przyjdzie nam się zmierzyć. Być może ani Pawlak, ani Ministerstwo Gospodarki, na którego czele stoi, nie wiedzą jeszcze, co z tym fantem zrobić, i stąd uniki. Jednak spychologia nic tu nie da. Bo jeśli za kilkanaście lat będziemy nerwowo poszukiwać źródeł energii, odkrywka może się okazać jedynym wyjściem z problemów.
Oby nie stało się tak, że za kilkanaście lat, gdy nasze źródła energii będą już na wyczerpaniu, rząd będzie na łapu-capu szukał inwestora. Przekonanie firmy, że warto wyłożyć ogromne pieniądze na kopalnię, przeciw której od lat protestują tysiące ludzi, którzy czują się oszukani przez własne państwo i grożą wyjściem na ulicę, może nie być łatwe.
Najnowsze wiadomości
-
Matka przyznała się do pobicia sześciomiesięcznego dziecka
-
Sześć osób w szpitalu po kolizji aut w Jeleniej Górze
-
Legnica: mężczyzna spłonął w pożarze w kamienicy
-
Paralotniarz omal się nie utopił, uratowali go wędkarze
-
Dzisiaj Kuchar, jutro Hołowczyc i Koksu. Trwa Auto Show
-
Wygraj wejściówkę i spotkaj się z Agnieszką Holland
-
Takie auta zobaczysz na targach motoryzacyjnych [FOTO]
- 12 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Samorząd ryje pod odkrywką, rząd chowa głowę w ...
piontakolumna
23.10.10, 13:46
Zwolennicy kopalni mówią o miejscach pracy jako argument za, ale gdy przychodzi im podać konkretne liczy tych miejsc pracy, to podają od 4 do 6 tysięcy. To kpina, bo samych przesiedlonych »
-
Artykuł sponsorowany
na100procent
23.10.10, 14:54
Artykuł sponsorowanyArtykuł sponsorowanyArtykuł sponsorowanyArtykuł sponsorowany»
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć