Wszystkiemu winne są książki Tove Jansson
21.10.2010
, aktualizacja: 21.10.2010 18:53
O manipulacji misiem, karaluchach finansowanych przez ministra kultury, konkurencji dla smoka wawelskiego i głosowaniu nogami rozmawiamy z Robertem Skolmowskim, reżyserem i dyrektorem Wrocławskiego Teatru Lalek
ZOBACZ TAKŻE
- Odkryj z Muminkami tajemnice teatralnych zakamarków (22-10-10, 19:37)
Beata Maciejewska: Mówią, że chce Pan zalać miasto i wpuścić do wytwornego ogrodu przy teatrze stado dwunożnych hipopotamów. A wszystko po to, żeby efektownie zacząć nowy sezon teatralny. Nie przesadza Pan? Kto zapłaci za popowodziowe szkody?
Roberto Skolmowski, reżyser i dyrektor Wrocławskiego Teatru Lalek: Ja na pewno nie, zresztą nigdy nie miewam pieniędzy. Wszystkiemu winni są Tove Jansson, Mariusz Urbanek i Mariusz Kiljan. Proszę im wysyłać rachunki. Tove Jansson napisała "Lato Muminków", a Mariusz Urbanek zrobił z tej książki sztukę. Premiera już jutro. Ci, którzy czytali "Lato Muminków", wiedzą, że ta historia zaczyna się od powodzi zalewającej Dolinę Muminków, dlatego bez wielkiej wody nie mogło się obejść. I to będzie woda z powodzi tysiąclecia. W spektaklu zamierzamy wykorzystać zdjęcia Wrocławia zalanego w 1997 roku.
Proszę nie zasłaniać się biednymi autorami. To Pan podjął decyzję o wystawieniu "Lata Muminków". Bo są znane, popularne i wiodą już życie celebrytów, więc przyciągną do teatru publiczność?
- Nie lubię celebrytów i bohaterów komiksów, ale o wystawieniu "Lata Muminków" od dawna marzyłem. Nie tylko dlatego, że muminki żyją w wymyślonym świecie pełnym wdzięku, a otaczająca nas rzeczywistość jest coraz bardziej w złym guście. Ani dlatego, że książki Tove Jansson są jak Proustowska magdalenka - przenoszą dorosłych w szczęśliwą krainę dzieciństwa. Chciałem pokazać "Lato Muminków", bo to opowieść o magii teatru. Kiedy trzy lata temu wprowadziłem się do Teatru Lalek, wymyśliłem projekt papierowego teatru, który można złożyć w kilka minut. Żeby dzieci miały w domu własną scenę i reżyserowały swoje sztuki. Na bokach tego teatrzyku widnieje fragment "Lata Muminków": "Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są". Chcę o tym tylko przypomnieć rodzicom, a najmłodszych wychować w kulcie dla teatru.
Fantasta z Pana. Woźna Emma, która w "Lecie Muminków" wygłasza ten pean na cześć teatru, należy do odchodzącego pokolenia - mogłaby być prababcią Pana widzów. Jak teatr może zachować magię w czasach filmów w 5D?
- Ależ on zachowuje i mam na to dowody! Gdy wystawiliśmy po raz pierwszy "Mikołajki", czyli przedstawienie o pomocnikach św. Mikołaja, znalazła się w nim scena, w której mały miś rozdziela się ze swoim opiekunem Krzysiem. Miś był smutny. Wprawdzie do snu utuliła go mała dziewczynka, ale widzowie wiedzieli, że miś został sam. Premierę mieliśmy w sobotę, a w niedzielę do mieszkania dyrektora administracyjnego Janusza Jasińskiego zapukała gromada dzieci. - "Przyszliśmy powiedzieć, że my zaopiekujemy się misiem, który zgubił się Krzysiowi" - oświadczyły. W poniedziałek opadli mnie koledzy ze szkoły mojego synka z propozycją opieki nad misiem, a potem jeszcze musiałem wysłuchać wyrzutów własnego dziecka, że "tak się nie robi", sztuka musi się dobrze skończyć. We wtorek poprosiłem reżysera o włączenie do spektaklu sceny, w której miś spotyka się z Krzysiem. Od środy miałem spokój.
Omamiliście maluchy, ze starszymi tak łatwo nie pójdzie. Nawet powódź nie pomoże.
- Pomoże. Dorośli też ulegają magii sceny. Dwa lata temu organizowaliśmy razem z "Gazetą" wrocławskie święto Fredry. Otwierał je happening, podczas którego studenci PWST przenieśli bardzo dobrą replikę pomnika hrabiego z Rynku do Teatru Lalek. Hrabia wędrował, a przechodnie z przejęciem pytali, czy to prawda, że został wypożyczony do Lwowa. I czy oni na pewno go oddadzą.
Dla kogo jest jutrzejszy spektakl?
- Dla wszystkich. Czekałem z jego wystawieniem trzy lata, bo szukałem ludzi, którzy umieliby zrobić przedstawienie bez etykietki "tylko dla dzieci" lub "tylko dla dorosłych". Mariusz Kiljan, który przedstawienie reżyseruje, i Mariusz Urbanek stworzyli team idealny. Prowadzą widzów wraz z muminkami przez najważniejsze miejsca w teatrze - scenę, sznurownię, garderobę, rekwizytornię i charakteryzatornię, pokazują, jak rodzi się magia teatru, nie ulegając przy tym łatwemu dydaktyzmowi.
"Muminki" są już blisko 50. premierą za czasów Pana dyrektorowania. Większość sztuk została napisana na zamówienie teatru, więc można powiedzieć, że specjalizujecie się w światowych prapremierach. Wprawdzie wielka sztuka nie ma ceny, ale czy to się opłaca?
- Cóż, przyznam, że autorzy zszargali moje nerwy, bo są najbardziej niesłownym gatunkiem ludzi. Ja mam termin premiery wyznaczony, a oni wciąż czekają na natchnienie. Przysięgam, że w końcu sięgnę po metodę Moniuszki. Kiedy Włodzimierz Wolski nie oddawał libretta "Halki", Moniuszko zwabił go do hotelowego pokoju, w którym stało już biurko z kałamarzem oraz dużą wazą ponczu, i zamknął na klucz. Wypuścił po skończonej pracy.
Po wazie ponczu sztuka może być tak awangardowa, że widzowie jej nie zrozumieją.
- Jest takie ryzyko. Nie mam wątpliwości, że taniej i bezpiecznej jest wystawić kolejny raz "Pinokia" czy "Tygrysa Pietrka", ale ciekawiej na przykład zamówić sztukę o życiu owadów. Nasz spektakl "Co w trawie piszczy" znakomicie połączył edukację z zabawą. Uwielbiam go, choć był trudny technicznie do zrobienia. Postanowiliśmy zbudować naturalistyczny świat owadom, tylko duuuuużo większy. Jak patyczaczka Małgosia wyjaśni, na czym polega mimikra, drapieżna pajęczyca czarna wdowa opowie, jak zjadła swojego męża, a jadowita skolopendra przyzna, ile ma nóg, to widzowie takich informacji już nie zapomną. Robale spodobały się też komisji ministerialnego konkursu na realizację polskiej sztuki współczesnej. Dwa razy obejrzała przedstawienie (przyjeżdżała starannie zakonspirowana) i przeszliśmy do finału. Przegraliśmy tylko ze sztuką Doroty Masłowskiej w reżyserii Krystiana Lupy. Dostaliśmy jednak za naszą lekcję ekologii i zoologii 50 tys. zł.
Lubi Pan uczyć widzów?
- Edukacja to jedna z funkcji teatru. Dlatego na przykład zdecydowałem się wystawiać sztuki o historii Wrocławia. To miasto ma bardzo skomplikowane dzieje, które długo były (a nawet wciąż są) przedmiotem manipulacji politycznych. Wrocławianie nadal budują swoją tożsamość, a teatr powinien im w tym pomóc. Zaraz po przyjeździe do Wrocławia zamówiłem u Mariusza Urbanka sześć jednoaktówek na motywach wrocławskich legend. Każde dziecko w Krakowie zna legendę o smoku wawelskim lub Lajkoniku, poznaniacy kochają swoje koziołki, a Warszawa ma syrenkę. Tymczasem ja nie wiedziałem, o czym mam opowiadać moim dzieciom, które nagle zostały obywatelami Wrocławia. Legendy są ważnym elementem kształtowania się w dzieciństwie lokalnej tożsamości. Ale muszą być naprawdę popularne, związać się na trwale z przestrzenią miasta. Myślę, że wrocławski dzwon Grzesznika czy głowa podpalacza z katedry mają szansę zmierzyć się ze smokiem wawelskim. Wciąż je gramy przy pełnej widowni. Mariusz Urbanek tak je napisał, że straszą, śmieszą, zachwycają (oczywiście w innych momentach) zarówno dzieci, jak i dorosłych.
Chce Pan stworzyć rodzaj teatru miejskiego?
- Chcę, choć to wcale nie oznacza zamknięcia się w granicach historii, problemów i przestrzeni miasta. Wrocław zawsze jednak będzie punktem odniesienia. Przygotowujemy na przykład adaptację powieści Jacka Dukaja "Wroniec" o stanie wojennym z perspektywy dziecka. To rodzaj czarnej fantasmagorii narodowej w formule bajki. Oto w grudniową noc małemu Adasiowi Wroniec porywa rodzinę. Wędrujemy z nim przez miasto między fantastycznymi figurami milicjantów, szpicli, opozycjonistów i ZOMO. Jak Alicja w Krainie Czarów. Tylko że ta kraina naprawdę istniała, także we Wrocławiu, i w pewnym sensie ukształtowała moje pokolenie.
Rozumiem, że uczycie historii czy ekologii. Ale czy rolą teatru powinno być zajmowanie się tak przyziemnymi problemami jak psie kupy na wrocławskich trawnikach? Zaangażowaliście się latem w akcję miejskiego wydziału zdrowia "Wrocławianie na polanie" (zachęcała mieszkańców do spędzania wolnego czasu w parkach) i pokazaliście spektakl, który uczy dbałości o czystość naszych trawników. Gdzie tu magia teatru?
- Magia jest zawsze tam, gdzie jest aktor i widz. Temat może być bardzo przyziemny. Pamiętam, że po zakończeniu spektaklu mała dziewczynka rozszlochała się, bo nie wiedziała, gdzie ma wyrzucić patyczek od loda. W pobliżu nie było kubła, a ona z przejęciem powtarzała, że przecież nie wolno śmiecić. Wywołanie takich emocji u widza jest bezcenne. A jeśli przy tym zdołamy go przekonać do naszych pomysłów albo chociaż skłonimy do zastanowienia
Roberto Skolmowski, reżyser i dyrektor Wrocławskiego Teatru Lalek: Ja na pewno nie, zresztą nigdy nie miewam pieniędzy. Wszystkiemu winni są Tove Jansson, Mariusz Urbanek i Mariusz Kiljan. Proszę im wysyłać rachunki. Tove Jansson napisała "Lato Muminków", a Mariusz Urbanek zrobił z tej książki sztukę. Premiera już jutro. Ci, którzy czytali "Lato Muminków", wiedzą, że ta historia zaczyna się od powodzi zalewającej Dolinę Muminków, dlatego bez wielkiej wody nie mogło się obejść. I to będzie woda z powodzi tysiąclecia. W spektaklu zamierzamy wykorzystać zdjęcia Wrocławia zalanego w 1997 roku.
Proszę nie zasłaniać się biednymi autorami. To Pan podjął decyzję o wystawieniu "Lata Muminków". Bo są znane, popularne i wiodą już życie celebrytów, więc przyciągną do teatru publiczność?
- Nie lubię celebrytów i bohaterów komiksów, ale o wystawieniu "Lata Muminków" od dawna marzyłem. Nie tylko dlatego, że muminki żyją w wymyślonym świecie pełnym wdzięku, a otaczająca nas rzeczywistość jest coraz bardziej w złym guście. Ani dlatego, że książki Tove Jansson są jak Proustowska magdalenka - przenoszą dorosłych w szczęśliwą krainę dzieciństwa. Chciałem pokazać "Lato Muminków", bo to opowieść o magii teatru. Kiedy trzy lata temu wprowadziłem się do Teatru Lalek, wymyśliłem projekt papierowego teatru, który można złożyć w kilka minut. Żeby dzieci miały w domu własną scenę i reżyserowały swoje sztuki. Na bokach tego teatrzyku widnieje fragment "Lata Muminków": "Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są". Chcę o tym tylko przypomnieć rodzicom, a najmłodszych wychować w kulcie dla teatru.
Fantasta z Pana. Woźna Emma, która w "Lecie Muminków" wygłasza ten pean na cześć teatru, należy do odchodzącego pokolenia - mogłaby być prababcią Pana widzów. Jak teatr może zachować magię w czasach filmów w 5D?
- Ależ on zachowuje i mam na to dowody! Gdy wystawiliśmy po raz pierwszy "Mikołajki", czyli przedstawienie o pomocnikach św. Mikołaja, znalazła się w nim scena, w której mały miś rozdziela się ze swoim opiekunem Krzysiem. Miś był smutny. Wprawdzie do snu utuliła go mała dziewczynka, ale widzowie wiedzieli, że miś został sam. Premierę mieliśmy w sobotę, a w niedzielę do mieszkania dyrektora administracyjnego Janusza Jasińskiego zapukała gromada dzieci. - "Przyszliśmy powiedzieć, że my zaopiekujemy się misiem, który zgubił się Krzysiowi" - oświadczyły. W poniedziałek opadli mnie koledzy ze szkoły mojego synka z propozycją opieki nad misiem, a potem jeszcze musiałem wysłuchać wyrzutów własnego dziecka, że "tak się nie robi", sztuka musi się dobrze skończyć. We wtorek poprosiłem reżysera o włączenie do spektaklu sceny, w której miś spotyka się z Krzysiem. Od środy miałem spokój.
Omamiliście maluchy, ze starszymi tak łatwo nie pójdzie. Nawet powódź nie pomoże.
- Pomoże. Dorośli też ulegają magii sceny. Dwa lata temu organizowaliśmy razem z "Gazetą" wrocławskie święto Fredry. Otwierał je happening, podczas którego studenci PWST przenieśli bardzo dobrą replikę pomnika hrabiego z Rynku do Teatru Lalek. Hrabia wędrował, a przechodnie z przejęciem pytali, czy to prawda, że został wypożyczony do Lwowa. I czy oni na pewno go oddadzą.
Dla kogo jest jutrzejszy spektakl?
- Dla wszystkich. Czekałem z jego wystawieniem trzy lata, bo szukałem ludzi, którzy umieliby zrobić przedstawienie bez etykietki "tylko dla dzieci" lub "tylko dla dorosłych". Mariusz Kiljan, który przedstawienie reżyseruje, i Mariusz Urbanek stworzyli team idealny. Prowadzą widzów wraz z muminkami przez najważniejsze miejsca w teatrze - scenę, sznurownię, garderobę, rekwizytornię i charakteryzatornię, pokazują, jak rodzi się magia teatru, nie ulegając przy tym łatwemu dydaktyzmowi.
"Muminki" są już blisko 50. premierą za czasów Pana dyrektorowania. Większość sztuk została napisana na zamówienie teatru, więc można powiedzieć, że specjalizujecie się w światowych prapremierach. Wprawdzie wielka sztuka nie ma ceny, ale czy to się opłaca?
- Cóż, przyznam, że autorzy zszargali moje nerwy, bo są najbardziej niesłownym gatunkiem ludzi. Ja mam termin premiery wyznaczony, a oni wciąż czekają na natchnienie. Przysięgam, że w końcu sięgnę po metodę Moniuszki. Kiedy Włodzimierz Wolski nie oddawał libretta "Halki", Moniuszko zwabił go do hotelowego pokoju, w którym stało już biurko z kałamarzem oraz dużą wazą ponczu, i zamknął na klucz. Wypuścił po skończonej pracy.
Po wazie ponczu sztuka może być tak awangardowa, że widzowie jej nie zrozumieją.
- Jest takie ryzyko. Nie mam wątpliwości, że taniej i bezpiecznej jest wystawić kolejny raz "Pinokia" czy "Tygrysa Pietrka", ale ciekawiej na przykład zamówić sztukę o życiu owadów. Nasz spektakl "Co w trawie piszczy" znakomicie połączył edukację z zabawą. Uwielbiam go, choć był trudny technicznie do zrobienia. Postanowiliśmy zbudować naturalistyczny świat owadom, tylko duuuuużo większy. Jak patyczaczka Małgosia wyjaśni, na czym polega mimikra, drapieżna pajęczyca czarna wdowa opowie, jak zjadła swojego męża, a jadowita skolopendra przyzna, ile ma nóg, to widzowie takich informacji już nie zapomną. Robale spodobały się też komisji ministerialnego konkursu na realizację polskiej sztuki współczesnej. Dwa razy obejrzała przedstawienie (przyjeżdżała starannie zakonspirowana) i przeszliśmy do finału. Przegraliśmy tylko ze sztuką Doroty Masłowskiej w reżyserii Krystiana Lupy. Dostaliśmy jednak za naszą lekcję ekologii i zoologii 50 tys. zł.
Lubi Pan uczyć widzów?
- Edukacja to jedna z funkcji teatru. Dlatego na przykład zdecydowałem się wystawiać sztuki o historii Wrocławia. To miasto ma bardzo skomplikowane dzieje, które długo były (a nawet wciąż są) przedmiotem manipulacji politycznych. Wrocławianie nadal budują swoją tożsamość, a teatr powinien im w tym pomóc. Zaraz po przyjeździe do Wrocławia zamówiłem u Mariusza Urbanka sześć jednoaktówek na motywach wrocławskich legend. Każde dziecko w Krakowie zna legendę o smoku wawelskim lub Lajkoniku, poznaniacy kochają swoje koziołki, a Warszawa ma syrenkę. Tymczasem ja nie wiedziałem, o czym mam opowiadać moim dzieciom, które nagle zostały obywatelami Wrocławia. Legendy są ważnym elementem kształtowania się w dzieciństwie lokalnej tożsamości. Ale muszą być naprawdę popularne, związać się na trwale z przestrzenią miasta. Myślę, że wrocławski dzwon Grzesznika czy głowa podpalacza z katedry mają szansę zmierzyć się ze smokiem wawelskim. Wciąż je gramy przy pełnej widowni. Mariusz Urbanek tak je napisał, że straszą, śmieszą, zachwycają (oczywiście w innych momentach) zarówno dzieci, jak i dorosłych.
Chce Pan stworzyć rodzaj teatru miejskiego?
- Chcę, choć to wcale nie oznacza zamknięcia się w granicach historii, problemów i przestrzeni miasta. Wrocław zawsze jednak będzie punktem odniesienia. Przygotowujemy na przykład adaptację powieści Jacka Dukaja "Wroniec" o stanie wojennym z perspektywy dziecka. To rodzaj czarnej fantasmagorii narodowej w formule bajki. Oto w grudniową noc małemu Adasiowi Wroniec porywa rodzinę. Wędrujemy z nim przez miasto między fantastycznymi figurami milicjantów, szpicli, opozycjonistów i ZOMO. Jak Alicja w Krainie Czarów. Tylko że ta kraina naprawdę istniała, także we Wrocławiu, i w pewnym sensie ukształtowała moje pokolenie.
Rozumiem, że uczycie historii czy ekologii. Ale czy rolą teatru powinno być zajmowanie się tak przyziemnymi problemami jak psie kupy na wrocławskich trawnikach? Zaangażowaliście się latem w akcję miejskiego wydziału zdrowia "Wrocławianie na polanie" (zachęcała mieszkańców do spędzania wolnego czasu w parkach) i pokazaliście spektakl, który uczy dbałości o czystość naszych trawników. Gdzie tu magia teatru?
- Magia jest zawsze tam, gdzie jest aktor i widz. Temat może być bardzo przyziemny. Pamiętam, że po zakończeniu spektaklu mała dziewczynka rozszlochała się, bo nie wiedziała, gdzie ma wyrzucić patyczek od loda. W pobliżu nie było kubła, a ona z przejęciem powtarzała, że przecież nie wolno śmiecić. Wywołanie takich emocji u widza jest bezcenne. A jeśli przy tym zdołamy go przekonać do naszych pomysłów albo chociaż skłonimy do zastanowienia
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości
-
Czekają nas dwie premiery na wrocławskich scenach
-
Zobacz nowy dziecięcy szpital przy Koszarowej [FOTO]
-
Polscy projektanci w Sky Tower. Warto pooglądać
-
Dziecięcy szpital we wtorek przenosi się na Koszarową
-
Posłowie żądają dekomunizacji miast, a w Bogatyni...
-
Lotus, Lexus, Porsche - takie samochody zobaczysz w Hali Stulecia
-
Nie przegap! Masa imprez w weekend. Zobacz, co polecamy
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień




