Gorzkie żale agenta Tomka na emeryturze
23.09.2010
, aktualizacja: 24.09.2010 13:16
Brał udział w najważniejszych akcjach CBA: rozpracowywał byłą posłankę PO Beatę Sawicką, celebrytkę Weronikę Marczuk-Pazurę, zaczajał się nawet na b. prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Dziś, w wieku zaledwie 34 lat, Tomasz K., bardziej znany jako agent Tomek, jest jednym z najmłodszych polskich emerytów.
ZOBACZ TAKŻE
- Agent się wydaje, czyli z czego wyspowiadał się Tomasz K. (14-12-10, 06:00)
- Jak we Wrocławiu hartował się agent Tomek (19-11-09, 16:15)
- Agent Tomek spowodował dwa wypadki samochodowe (29-10-09, 14:27)
- Najsłynniejszy agent CBA został wcześniej skazany (27-10-09, 15:30)
Kolorowe gazety pisywały o nim "Piękny Tomasz", a nawet "polski James Bond". Związana z PiS "Gazeta Polska" przyznała mu nawet tytuł "Człowieka Roku 2009". A mimo to najsłynniejszy polski "przykrywkowiec", zdekonspirowany przez media, a przez nowych przełożonych odsunięty od zadań specjalnych i skierowany do pracy biurowej, złożył niedawno podanie o zwolnienie ze służby.
Zdecydował się również - rzecz niesłychana wśród agentów pracujących pod przykryciem - na występ przed kamerą. Choć jego twarz pozostała ukryta, widać, że z wielu starych nawyków nie zrezygnował. Wciąż lubi dobrze się ubrać, dba o wygląd, formę i sylwetkę. Niewiele jednak mówi o kulisach swojej pracy: Beaty Sawickiej nie kochał, z Weroniką Marczuk-Pazurą łączyły go jedynie "relacje biznesowe", a zastawiając sidła na Aleksandra Kwaśniewskiego - którego w czasach, gdy był policjantem, zdarzało mu się ochraniać - nie kierował się emocjami, bo jest profesjonalistą.
- Pani Sawicka gada same bzdury, które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości - mówił w wywiadzie udzielonym TVP Info. Czy rozkochał ją w sobie? - Nie. Taka myśl "nawet w najgorszych snach by mu przez głowę nie przeszła".
Dlaczego więc zdecydował się odejść ze służby, której poświęcił ostatnie cztery lata życia?
- Nie znajduję tam dla siebie miejsca. Nie mam tam w tej chwili zadań, które mógłbym wykonywać. Zostałem odsunięty od pracy, którą przez wiele lat wykonywałem, a siedzenie za biurkiem nie leży w mojej naturze. Niech pan sobie wyobrazi samochód rozpędzony do 150 km/godz. i w pewnym momencie zaciąga mu się hamulec ręczny.
Glina przez pół życia
Na emeryturę Tomasz K. wybiera się w pierwszej wolnej chwili, w której może. Jako policjant, a później funkcjonariusz służb specjalnych, ma taką możliwość po 15 latach pracy. Tyle właśnie czasu minęło od jego wstąpienia do policji w 1995 roku. Trafił tam zaraz po szkole średniej. Jeśli już ktoś wróżył mu karierę, to raczej sportową. Tomasz K. zanim został agentem Tomkiem z sukcesami trenował w Śląsku pływanie.
- Doskonale zapowiadający się zawodnik w wieku 17 lat setkę motylkiem pływał w 56 sekund. Cztery sekundy gorzej od ówczesnego rekordu Polski! - chwalił swojego podopiecznego jeden z byłych trenerów Tomasza.
Kiedy tożsamość najsłynniejszego agenta amanta we Wrocławiu przestała być tajemnicą, Kazimierz Bauer, jego trener z czasów szkoły podstawowej, wspominał: - Bardzo dobry pływak. Jego specjalnością był delfin na krótkich dystansach. Kiedy przeszedł do seniorów, wykręcił nawet srebro na mistrzostwach Polski na setkę.
Po szkole średniej Tomek zamienił jednak kąpielówki na mundur, a basen na policyjny radiowóz. W roku 1995 nie zdał matury (zrobił to rok później), więc rozpoczął pracę w policji. Zaczął od samego dołu: stanowiska aplikanta w oddziale prewencji. Szło mu dobrze, przełożeni go chwalili, dlatego niedługo potem trafił do batalionu zabezpieczania miasta. Tu już nie było mowy o mundurze. Tomek po cywilnemu patrolował wrocławskie ulice w tajniackim samochodzie i łapał przestępców na gorącym uczynku. W 1997 roku skończył szkołę policyjną w Słupsku i trafił do sekcji kryminalnej. Wchodził w skład ekipy wyłapującej złodziei samochodów. To pierwsza z szeregu późniejszych prac pod przykrywką: napakowany, w drogim garniturze albo firmowym dresie, z łańcuchem na szyi, za kierownicą dobrego (ale służbowego) auta. Dla niezorientowanych "człowiek z miasta". W rzeczywistości "przykrywkowiec".
Porsche? To było tylko narzędzie
Jako agent Centralnego Biura Śledczego rozpracowywał m.in. złodziei samochodów i narkotykowych dilerów. Ponoć również handlarzy bronią. U przełożonych cieszył się dobrą opinią. Po wypadku, jaki spowodował (zginęła w nim kobieta), jadąc pod koniec lat 90. służbowym samochodem, zastępca naczelnika Wydziału Kadr i Szkolenia Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu podinsp. Marek Bogacki napisał: "Przez cały dotychczasowy okres służby wykazywał zdolności adaptacyjne, nie stwarzał sytuacji konfliktowych w procesie wychowawczym i edukacyjnym. Cechuje go odwaga, zdecydowanie i samodzielność. Z uwagi na posiadane kwalifikacje zawodowe i cechy osobowości został skierowany do realizacji niebezpiecznych zadań w pionie kryminalnym. Posiada perspektywy rozwoju zawodowego".
Mimo wyroku skazującego: rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata, Tomek nie stracił pracy w policji.
Kiedy pod koniec 2006 roku PiS powołuje do życia Centralne Biuro Antykorupcyjne Tomasz K. był już doświadczonym "przykrywkowcem". Zgłosił się na ochotnika. W międzyczasie na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego zdążył obronić pracę magisterską, temat: "Metody działania złodziei samochodów".
- Z przejściem do CBA wcale się nie krył. Mówił o tym na lewo i prawo, wiedział o tym nawet pan od ksero. Powód podawał jeden: pieniądze - wspomina kolega ze studiów.
Powód musiał być ważny. Bo pod koniec lat 90. jako policjant grupy ścigającej złodziei samochodów Tomasz K. żalił się dziennikarce "Gazety" na słabe zarobki. Kilkanaście lat później, w wywiadzie dla TVP Info przyznał, że z samej tylko emerytury stać będzie go na "średniej klasy życie". Przez cztery lata pracy w CBA zarabiał po kilka tysięcy zł, ale gdy pracował pod przykryciem koszty utrzymania pokrywało mu biuro. Do tego dochodziły premie za wykonane zadania. Jak ustaliła w kwietniu tego roku "Gazeta", tylko za rozpracowywanie Beaty Sawickiej i Weroniki Marczuk-Pazury agent Tomek otrzymał ok. 100 tys. zł ekstra.
Tomasz K. twierdzi, że po odejściu ze służby nie będzie mu brakować "zabawek", którymi posługiwał się do rozpracowywania swoich ofiar: nieograniczonego dostępu do gotówki, dwóch porsche, harleya i gadżetów rodem z filmów o Jamesie Bondzie.
- To były narzędzia, które wykorzystywałem tylko do pracy, aby pozyskać konkretny cel. Czy byłby to ciągnik, łopata i widły, to nie miałoby żadnego znaczenia - mówi. I deklaruje: - W swoim normalnym, prywatnym życiu mam to, czego potrzebuję.
Zatracił się w granej roli
Faktu odejścia agenta Tomka na emeryturę w żaden sposób nie komentuje Centralne Biuro Antykorupcyjne.
- Żadna służba specjalna na świecie nie udziela informacji o działaniach swoich agentów ani ich nie komentuje - mówi Jacek Dobrzyński, rzecznik CBA. Nie chce odnosić się do zarzutów agenta, że nikt nie próbował zatrzymać go w służbie, nikt nie proponował mu, by swoim doświadczeniem podzielił się z młodymi adeptami służb specjalnych.
A o to Tomasz K. zdaje się mieć największe pretensje: - Posiadam wszelkie kwalifikacje i umiejętności do tego, by takich młodych adeptów pracy przykrywkowej szkolić. Mam masę kolegów i przyjaciół w innych służbach, którzy wykonują takie same zadania. O tych ludzi się nie dba, o nich się nie myśli. W momencie, kiedy oni kończą swoją pracę, słuch o nich po prostu ginie.
Te wypowiedzi śmieszą Jerzego Dziewulskiego, współautora ustawy o uprawnieniach policji, b. antyterrorystę, posła SLD i znawcę tematyki służb specjalnych: - Co to za "przykrywkowiec", który o swoim odejściu opowiada w telewizji, żaląc się, że nikt nie chce z nim współpracować? - dziwi się. - Tomasz na własne życzenie został zdekonspirowany, a jego metody obnażone i uznane za patologiczne i niewiarygodne. Do tego dał się poznać jako agent nieostrożny, nadpobudliwy i chyba nie do końca przygotowany do swojej roli. Dla CBA mógł stanowić wyłącznie obciążenie.
O planach na najbliższe lata Tomasz K. nie chce mówić. Jak twierdzi, musi przeorganizować swój dotychczasowy tryb życia. Na razie od czasu do czasu widywany jest we Wrocławiu. Znajomym opowiada, że o przyszłość się nie martwi.
Dziewulski twierdzi, że nie będzie ona łatwa: - Obserwując jego działania, można zobaczyć, że zatracił się w przybieranych rolach. Do tego kierownictwo hołubiło go, nagradzało i wmawiało, że jest świetnym fachowcem. Teraz czeka go twarde lądowanie. Bo jak to? Miał porsche, harleya, apartament i służbową złotą kartę kredytową, a teraz ma żyć z emerytury? Bo gdzie on teraz poza służbami znajdzie pracę? W biznesie? Przecież tam jest spalony.
Kilka tygodni temu w Warszawie pojawiła się plotka, że Tomasz K. szykuje się do wydania wspomnień. On sam jednak zaprzecza. Twierdzi, że jest na to za wcześnie. - Natomiast nie wykluczam, że może w przyszłości przeleję na papier swoje wspomnienia - mówi.
Tomasz K. musi się spieszyć. Bo jego biografia już powstaje. Do autora tego artykułu dzwonił już jeden z byłych dziennikarzy "Wprost", wypytując o szczegóły z wrocławskiego życia Tomka. On też chce zarobić na tej historii.
Zdecydował się również - rzecz niesłychana wśród agentów pracujących pod przykryciem - na występ przed kamerą. Choć jego twarz pozostała ukryta, widać, że z wielu starych nawyków nie zrezygnował. Wciąż lubi dobrze się ubrać, dba o wygląd, formę i sylwetkę. Niewiele jednak mówi o kulisach swojej pracy: Beaty Sawickiej nie kochał, z Weroniką Marczuk-Pazurą łączyły go jedynie "relacje biznesowe", a zastawiając sidła na Aleksandra Kwaśniewskiego - którego w czasach, gdy był policjantem, zdarzało mu się ochraniać - nie kierował się emocjami, bo jest profesjonalistą.
- Pani Sawicka gada same bzdury, które nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości - mówił w wywiadzie udzielonym TVP Info. Czy rozkochał ją w sobie? - Nie. Taka myśl "nawet w najgorszych snach by mu przez głowę nie przeszła".
Dlaczego więc zdecydował się odejść ze służby, której poświęcił ostatnie cztery lata życia?
- Nie znajduję tam dla siebie miejsca. Nie mam tam w tej chwili zadań, które mógłbym wykonywać. Zostałem odsunięty od pracy, którą przez wiele lat wykonywałem, a siedzenie za biurkiem nie leży w mojej naturze. Niech pan sobie wyobrazi samochód rozpędzony do 150 km/godz. i w pewnym momencie zaciąga mu się hamulec ręczny.
Glina przez pół życia
Na emeryturę Tomasz K. wybiera się w pierwszej wolnej chwili, w której może. Jako policjant, a później funkcjonariusz służb specjalnych, ma taką możliwość po 15 latach pracy. Tyle właśnie czasu minęło od jego wstąpienia do policji w 1995 roku. Trafił tam zaraz po szkole średniej. Jeśli już ktoś wróżył mu karierę, to raczej sportową. Tomasz K. zanim został agentem Tomkiem z sukcesami trenował w Śląsku pływanie.
- Doskonale zapowiadający się zawodnik w wieku 17 lat setkę motylkiem pływał w 56 sekund. Cztery sekundy gorzej od ówczesnego rekordu Polski! - chwalił swojego podopiecznego jeden z byłych trenerów Tomasza.
Kiedy tożsamość najsłynniejszego agenta amanta we Wrocławiu przestała być tajemnicą, Kazimierz Bauer, jego trener z czasów szkoły podstawowej, wspominał: - Bardzo dobry pływak. Jego specjalnością był delfin na krótkich dystansach. Kiedy przeszedł do seniorów, wykręcił nawet srebro na mistrzostwach Polski na setkę.
Po szkole średniej Tomek zamienił jednak kąpielówki na mundur, a basen na policyjny radiowóz. W roku 1995 nie zdał matury (zrobił to rok później), więc rozpoczął pracę w policji. Zaczął od samego dołu: stanowiska aplikanta w oddziale prewencji. Szło mu dobrze, przełożeni go chwalili, dlatego niedługo potem trafił do batalionu zabezpieczania miasta. Tu już nie było mowy o mundurze. Tomek po cywilnemu patrolował wrocławskie ulice w tajniackim samochodzie i łapał przestępców na gorącym uczynku. W 1997 roku skończył szkołę policyjną w Słupsku i trafił do sekcji kryminalnej. Wchodził w skład ekipy wyłapującej złodziei samochodów. To pierwsza z szeregu późniejszych prac pod przykrywką: napakowany, w drogim garniturze albo firmowym dresie, z łańcuchem na szyi, za kierownicą dobrego (ale służbowego) auta. Dla niezorientowanych "człowiek z miasta". W rzeczywistości "przykrywkowiec".
Porsche? To było tylko narzędzie
Jako agent Centralnego Biura Śledczego rozpracowywał m.in. złodziei samochodów i narkotykowych dilerów. Ponoć również handlarzy bronią. U przełożonych cieszył się dobrą opinią. Po wypadku, jaki spowodował (zginęła w nim kobieta), jadąc pod koniec lat 90. służbowym samochodem, zastępca naczelnika Wydziału Kadr i Szkolenia Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu podinsp. Marek Bogacki napisał: "Przez cały dotychczasowy okres służby wykazywał zdolności adaptacyjne, nie stwarzał sytuacji konfliktowych w procesie wychowawczym i edukacyjnym. Cechuje go odwaga, zdecydowanie i samodzielność. Z uwagi na posiadane kwalifikacje zawodowe i cechy osobowości został skierowany do realizacji niebezpiecznych zadań w pionie kryminalnym. Posiada perspektywy rozwoju zawodowego".
Mimo wyroku skazującego: rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata, Tomek nie stracił pracy w policji.
Kiedy pod koniec 2006 roku PiS powołuje do życia Centralne Biuro Antykorupcyjne Tomasz K. był już doświadczonym "przykrywkowcem". Zgłosił się na ochotnika. W międzyczasie na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego zdążył obronić pracę magisterską, temat: "Metody działania złodziei samochodów".
- Z przejściem do CBA wcale się nie krył. Mówił o tym na lewo i prawo, wiedział o tym nawet pan od ksero. Powód podawał jeden: pieniądze - wspomina kolega ze studiów.
Powód musiał być ważny. Bo pod koniec lat 90. jako policjant grupy ścigającej złodziei samochodów Tomasz K. żalił się dziennikarce "Gazety" na słabe zarobki. Kilkanaście lat później, w wywiadzie dla TVP Info przyznał, że z samej tylko emerytury stać będzie go na "średniej klasy życie". Przez cztery lata pracy w CBA zarabiał po kilka tysięcy zł, ale gdy pracował pod przykryciem koszty utrzymania pokrywało mu biuro. Do tego dochodziły premie za wykonane zadania. Jak ustaliła w kwietniu tego roku "Gazeta", tylko za rozpracowywanie Beaty Sawickiej i Weroniki Marczuk-Pazury agent Tomek otrzymał ok. 100 tys. zł ekstra.
Tomasz K. twierdzi, że po odejściu ze służby nie będzie mu brakować "zabawek", którymi posługiwał się do rozpracowywania swoich ofiar: nieograniczonego dostępu do gotówki, dwóch porsche, harleya i gadżetów rodem z filmów o Jamesie Bondzie.
- To były narzędzia, które wykorzystywałem tylko do pracy, aby pozyskać konkretny cel. Czy byłby to ciągnik, łopata i widły, to nie miałoby żadnego znaczenia - mówi. I deklaruje: - W swoim normalnym, prywatnym życiu mam to, czego potrzebuję.
Zatracił się w granej roli
Faktu odejścia agenta Tomka na emeryturę w żaden sposób nie komentuje Centralne Biuro Antykorupcyjne.
- Żadna służba specjalna na świecie nie udziela informacji o działaniach swoich agentów ani ich nie komentuje - mówi Jacek Dobrzyński, rzecznik CBA. Nie chce odnosić się do zarzutów agenta, że nikt nie próbował zatrzymać go w służbie, nikt nie proponował mu, by swoim doświadczeniem podzielił się z młodymi adeptami służb specjalnych.
A o to Tomasz K. zdaje się mieć największe pretensje: - Posiadam wszelkie kwalifikacje i umiejętności do tego, by takich młodych adeptów pracy przykrywkowej szkolić. Mam masę kolegów i przyjaciół w innych służbach, którzy wykonują takie same zadania. O tych ludzi się nie dba, o nich się nie myśli. W momencie, kiedy oni kończą swoją pracę, słuch o nich po prostu ginie.
Te wypowiedzi śmieszą Jerzego Dziewulskiego, współautora ustawy o uprawnieniach policji, b. antyterrorystę, posła SLD i znawcę tematyki służb specjalnych: - Co to za "przykrywkowiec", który o swoim odejściu opowiada w telewizji, żaląc się, że nikt nie chce z nim współpracować? - dziwi się. - Tomasz na własne życzenie został zdekonspirowany, a jego metody obnażone i uznane za patologiczne i niewiarygodne. Do tego dał się poznać jako agent nieostrożny, nadpobudliwy i chyba nie do końca przygotowany do swojej roli. Dla CBA mógł stanowić wyłącznie obciążenie.
O planach na najbliższe lata Tomasz K. nie chce mówić. Jak twierdzi, musi przeorganizować swój dotychczasowy tryb życia. Na razie od czasu do czasu widywany jest we Wrocławiu. Znajomym opowiada, że o przyszłość się nie martwi.
Dziewulski twierdzi, że nie będzie ona łatwa: - Obserwując jego działania, można zobaczyć, że zatracił się w przybieranych rolach. Do tego kierownictwo hołubiło go, nagradzało i wmawiało, że jest świetnym fachowcem. Teraz czeka go twarde lądowanie. Bo jak to? Miał porsche, harleya, apartament i służbową złotą kartę kredytową, a teraz ma żyć z emerytury? Bo gdzie on teraz poza służbami znajdzie pracę? W biznesie? Przecież tam jest spalony.
Kilka tygodni temu w Warszawie pojawiła się plotka, że Tomasz K. szykuje się do wydania wspomnień. On sam jednak zaprzecza. Twierdzi, że jest na to za wcześnie. - Natomiast nie wykluczam, że może w przyszłości przeleję na papier swoje wspomnienia - mówi.
Tomasz K. musi się spieszyć. Bo jego biografia już powstaje. Do autora tego artykułu dzwonił już jeden z byłych dziennikarzy "Wprost", wypytując o szczegóły z wrocławskiego życia Tomka. On też chce zarobić na tej historii.
Najnowsze wiadomości
-
Sześć osób w szpitalu po kolizji aut w Jeleniej Górze
-
Legnica: mężczyzna spłonął w pożarze w kamienicy
-
Paralotniarz omal się nie utopił, uratowali go wędkarze
-
Dzisiaj Kuchar, jutro Hołowczyc i Koksu. Trwa Auto Show
-
Wygraj wejściówkę i spotkaj się z Agnieszką Holland
-
Takie auta zobaczysz na targach motoryzacyjnych [FOTO]
-
Euroszpitale dla eurovipów. Mają w czym wybierać
- 2 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
-
Gorzkie żale agenta Tomka na emeryturze
pedr
25.09.10, 01:38
Po pierwsze, to w pewnym sensie minibiografia agenta Tomka już powstała (Pytlakowskiego i Latkowskiego). No i jest ona równie obiektywna co ten artykuł, w którym jest mowa o tym, jak to »
Najczęściej czytane24 htydzień





