Jarosław Klebaniuk ripostuje: Szczury po "Solidarności"

Jarosław Klebaniuk
02.09.2010 , aktualizacja: 02.09.2010 17:49
A A A Drukuj
Naukowcy wykazują obiektywizm wtedy, gdy głoszą opinie wygodne dla mediów. Jeśli wykraczają poza polityczną poprawność, to jako ideolodzy stają się obiektem ataków.
Dr Jarosław Klebaniuk z Uniwersytetu Wrocławskiego
Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Dr Jarosław Klebaniuk z Uniwersytetu Wrocławskiego
Mirosław Maciorowski broni nie tylko mitu, ale i realnego znaczenia "Solidarności". Wierzę w szczerość tej obrony. W końcu jakiż mógłby być inny powód pracy w redakcji gazety o solidarnościowym rodowodzie, jeśli nie publikowanie poglądów, w które się głęboko wierzy? Przekonania o świecie są w decydującej mierze wynikiem naszych doświadczeń i znaczenia, jakie im nadajemy. Problem w tym, że nie stają się przez to narzędziem obiektywnej oceny współczesności, a tym bardziej wydarzeń historycznych. Wrażenia, jakich za młodu doznawał Maciorowski, przechodząc obok symbolicznej dziś zajezdni tramwajowej, nie uprawniają do wyciągania wniosków o istnieniu ogólnonarodowej wspólnoty przed 30 laty. Podobnie wrażenia, jakie cytowany w artykule Stefan Meller odniósł z ulic polskich miast, i ich porównanie z impresjami, jakie wyniósł z miast rosyjskich, trudno uznać za dowód na istnienie w Polsce społeczeństwa obywatelskiego.

Społeczeństwo szczurów w wyścigu

Stworzenie podwalin społeczeństwa obywatelskiego uznaje mój polemista za największy sukces "Solidarności". Twierdzi, że "wybieramy samorząd, który autentycznie rządzi i jest kontrolowany przez niezależne media, organizacje pozarządowe i stowarzyszenia". Mam wrażenie, że Maciorowski żyje w jakimś innym kraju niż ja. Samorząd Wrocławia likwiduje przedszkola w takim tempie, że kobiety udają samotne matki, by zwiększyć szanse swoich dzieci. W wyborach samorządowych większość uprawnionych do głosowania w ogóle nie bierze udziału. Zresztą w wyborach parlamentarnych jest niewiele lepiej, i to mimo zmasowanej kampanii promocyjnej w mediach. Tak wysoka absencja to jeden z silniejszych wskaźników dezaprobaty dla polityków i władzy. Świadczy o delegitymizacji systemu i nie jest bynajmniej przejawem społeczeństwa obywatelskiego.

Niezależne media? Najbardziej poczytne tytuły należą do wielkich koncernów medialnych czerpiących profity z reklam, dbających o stabilność systemu i propagujących jedynie słuszny konsumpcjonistyczny tryb życia oparty na egoistycznym zaspokajaniu indywidualnych potrzeb. Uprawiają też często propagandę sukcesu, unikając tematów drażliwych ideologicznie (rola Kościoła w życiu publicznym i ekonomicznym) i przemilczając te, które są dla nich niewygodne (bieda i wykluczenie jako pochodne systemu społeczno-politycznego). Maciorowski powie zapewne, że te media korzystają z wolności słowa. Otóż taka ograniczona wolność słowa istniała zawsze. Za komuny też można było wiele mówić, byle nie krytykować ustroju i międzynarodowych sojuszy. Należało chwalić system społeczno-ekonomiczny i pokazywać przewodnią siłę narodu, podobnie jak robi się to dzisiaj.

Społeczeństwo obywatelskie? Przecież mamy jeden z najniższych w Europie współczynników przynależności do organizacji pozarządowych i stowarzyszeń, a także bardzo niski poziom uzwiązkowienia. Polacy nie działają charytatywnie, nie angażują się w działalność społeczną, nie biorą udziału w demonstracjach, nie interesują się realizacją społecznych celów. Pod tym względem jest jeszcze gorzej niż za komuny, kiedy to można było narzekać na czyny społeczne i naśmiewać się z nich, ale wiele osób z przekonaniem brało w nich udział, robiąc coś dla lokalnych społeczności. Dziś polskie społeczeństwo jest totalnie wyalienowane. Zaangażowanie w sprawy publiczne dla większości z nas kończy się na dyskusjach o polityce w gronie rodziny i przyjaciół, a to za mało, żeby mówić o społeczeństwie obywatelskim. Chyba że uznamy za emanację solidarnościowego ducha wspólnoty prężnie działające organizacje ultrakatolickie, jedynie masowo rozpoznawalne społeczności obywatelskie. Jeśli tak, to gratuluję!

Brak cenzury? Być może pod względem prawnym wolność słowa jest zagwarantowana, choć i tutaj mamy próby karania osób niepoprawnych politycznie, że wspomnę tylko kuriozalne procesy Nieznalskiej (o obrazę uczuć religijnych) i Urbana (o znieważenie głowy państwa). Jednak realnie cenzura istnieje. Jest to wewnętrzna cenzura w mediach głównego nurtu, która sprawia, że na przykład nie wolno o Janie Pawle II mówić źle, a o Fidelu Castro dobrze. Ta sama nosząca znamiona cenzury polityczna poprawność nakazuje w realnym socjalizmie eksponować puste pułki i działalność SB, a zabrania pokazywać bezpieczeństwa socjalnego i pełnego zatrudnienia. Cenzury nie ma, ale pewne treści się po prostu nie pojawiają. Zmieniły się ustrój i wojenny sojusznik. Reszta - niekoniecznie. Czy o to walczyli robotnicy w sierpniu 1980?

Mit obiektywnego naukowca

Wiara w to, że naukowcy są obiektywni i potrafią zawiesić swoje poglądy, jest niemal równie irracjonalna jak przekonanie, że dziennikarze polityczni dystansują się podczas pracy od swoich politycznych przekonań. W Polsce korzystanie przez media głównego nurtu z opinii ekspertów silnie zaangażowanych ideologicznie jest na porządku dziennym. Na największy autorytet w dziedzinie ekonomii został wykreowany Leszek Balcerowicz, którego entuzjazm dla neoliberalnej ekonomii uważanej dziś na świecie za archaiczną i niebezpieczną jest przykładem skrajnego zaangażowania ideologicznego. Jednak to jego opinie, a nie Tadeusza Kowalika, ekonomisty o solidarnościowym rodowodzie, są przedstawiane jako "naukowe".

W sobotnim wywiadzie powiedziałem, że nie ma odpowiednich badań psychologicznych z tamtego okresu i można wyłącznie, korzystając z dzisiejszych wyników, domyślać się, co stało się wtedy. Chyba jednak nie o opinię naukowca chodziło, skoro do przytoczonych danych naukowych Maciorowski w ogóle nie nawiązuje, zaś w leadzie do wywiadu przypisano mi słowa, których nie powiedziałem. Moim zdaniem wstąpienie do "Solidarności", a nie - jak to z zapałem przeredagowano - "działalność" w niej często była przejawem konformizmu. Jak w każdej masowej organizacji także w tamtej istniała grupa aktywistów, w tym przypadku może kilkadziesiąt tysięcy, którzy rzeczywiście angażowali się w działalność. Część z nich zapewne tworzyła wspólnotę zjednoczoną posiadaniem wspólnego wroga.

To prawda, że w 1980 r. i później spora część społeczeństwa nie akceptowała PRL-owskich władz i identyfikowała się z "Solidarnością" jako ruchem się im przeciwstawiającym. Niewielka część z nich dawała temu nawet aktywny wyraz. Maciorowski pisze, że jako 18-latek był "dzieckiem Grabiszyńskiej". Ja jako 13-latek znad zeszytów patrzyłem wtedy z mojego okna wychodzącego na Gaz-Plac Pereca, jak starsi o parę lat koledzy odrzucali milicjantom dymiące petardy i krzyczeli "ZOMO - Gestapo!". Byłem po ich stronie. Tamta konfrontacja prawdopodobnie była dla części z nich doświadczeniem formatywnym, doświadczeniem walki, którą w pewnym sensie wciąż prowadzą. Niektóre osoby zaangażowane w obalanie tak zwanej komuny do dziś zdają się nie zauważać, że zaszły zmiany, i wypatrują wokół siebie aparatczyków PRL, zaś Putin jest dla nich kolejnym wcieleniem Stalina. Na szczęście Maciorowski ogranicza się do zwalczania pozbawionych entuzjazmu opinii na temat tamtego "obalania komuny", nad które ja przedkładałem ślęczenie nad książkami.

Nauka to nie tylko wyniki badań

Maciorowski twierdzi, że naukowiec powinien opierać się na wynikach badań. Zgoda. W tym przypadku jednak wynikami bezpośrednio dotyczącymi tamtych zdarzeń nie dysponujemy, więc wiedza teoretyczna o tym, jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach, musi nam wystarczyć. Oczywiście można nie być zainteresowanym wyjaśnieniami, które szkodzą samoocenie i godzą w święte symbole. Ale w takim razie nie warto zwracać się do naukowców; można też wybrać takich, którzy swoją wiedzę wykorzystają do szerzenia prawomyślnej propagandy. Tych w Polsce przecież nie brakuje - chętnie potwierdzą, że to dzięki ówczesnym solidarnościowym bohaterom mamy dziś wolną Polskę.

Maciorowski zarzuca mi, że nie mogę swojej tezy o konformistycznym wstępowaniu do "S" podeprzeć dowodami naukowymi. Otóż konformizm - badany eksperymentalnie od ponad pół wieku - oparty jest na mechanizmach wpływu społecznego: normatywnego ("zrobię to, bo moja grupa, np. w zakładzie pracy, to robi") lub informacyjnego ("skoro inni tak postępują, to widocznie mają rację"), które powszechnie regulują zachowania człowieka. W odróżnieniu od naszych ogólnych postaw (np. "nie znoszę komuny") i wartości (np. "cenię wolność") to właśnie zachowania innych ludzi w zasadzie nieuchronnie wpływają na nasze zachowanie, na co mamy mnóstwo dowodów. Z drugiej strony jestem przekonany, że ludzie zapytani w 1980 r. o to, dlaczego zapisali się do "Solidarności", przeważnie odpowiadaliby, że dlatego, iż cenią wolność i niezależność.

Dlaczego tak sądzę? Otóż w 70 krajach, w tym w Polsce, badane przez Shaloma Schwartza i współpracowników osoby przeważnie wskazywały jako najważniejsze takie wartości jak: uczciwość, duchowość, niezależność czy wolność. Natomiast na samym końcu umieszczały bogactwo czy władzę. Tymczasem życiowa praktyka pokazuje, że większość ludzkich starań związana jest z zapewnieniem sobie dobrobytu materialnego, często też z robieniem kariery i uzyskaniem wysokiej pozycji społecznej. Pomiędzy deklaracjami ludzi a rzeczywistymi przyczynami ich zachowań istnieje prawdziwa przepaść. Nie ma podstaw do przypuszczeń, że ludzie związani z "Solidarnością" byli pod tym względem szczególni.

Nie twierdzę, że skandowanie "Precz z komuną" czy śpiewanie "Boże, coś Polskę" nie bywało motywowane realizacją uświadomionych celów politycznych, jednak znacznie bardziej prawdopodobne wydaje się, że emocje, których dostarczał udział w zadymach czy mszach, były wystarczająco nagradzające dla ich uczestników. A jeśli chodzi o ten rzekomo antysocjalistyczny charakter ówczesnych zgromadzeń, to przypomnę Maciorowskiemu, że jednym z częściej śpiewanych na demonstracjach sloganów było: "Chcemy chleba, chcemy mięsa, niech nam żyje Lech Wałęsa". I nie chodziło bynajmniej o ćwiartowanie partyjnych aparatczyków, ale o to, żeby związkowy lider zajął się polepszaniem poziomu życia ludzi pracy.

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 18 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

  • Jarosław Klebaniuk ripostuje: Szczury po Solida... vbhjkop 02.09.10, 21:11

    Cóż z tego że facet odpowiada merytorycznie i rzeczowo, jak znowu się zlecąpisowskie szczekaczki i zaczną gadać o swoich mokrych wyobrażeniach jak towtedy było?»

  • Bardzo madra riposta bartlomiej4 02.09.10, 23:50

    Rzeczowo, inteligentnie i bez bzdurnych fantazji pisze pan Klebaniuk. I nadodatek w duchu Pierwszej Solidarności! To ponury chichot historii, że prawicautożsamia się dzisiaj z masowym ruchem»

  • Jarosław Klebaniuk ripostuje: Szczury po Solida... pawel_zet 03.09.10, 00:09

    Mi też się tekst Jarka podoba, uważam jednak, że jest mało polityczny i będziemiał chłop taki kłopot, że go redakcje przestaną zapraszać do dyskusji. Czylipadnie ofiarą redakcyjnej »