Bachmann o "Solidarności": To mniejszość zmieniła kraj
Kontynuujemy dyskusję, o co walczyła "Solidarność". Przeczytaj także: Ludwik Turko: Na "Solidarności" przewrócił się ustrój / Józef Pinior: Bez "Solidarności" bylibyśmy inni / Mirosław Maciorowski: Czy naprawdę nic się nie stało w sierpniu 1980 roku? / Jarosław Klebaniuk: Z dawnej "Solidarności" pozostał tylko szyld i aparat
Wtedy miałem wrażenie, że rodzina ze Skotnik to malutka, izolowana i pogardzana przez resztę grupka beneficjentów władzy, a moi znajomi z UJ i ja to olbrzymia większość, która tylko czeka na okazję, aby obalić te znienawidzone władze i zaprowadzić demokrację, gospodarkę rynkową i powszechną wolność. Kiedy tak się stało w czerwcu 1989 roku, witałem to z radością, która nie została zmącona faktem, że prawie połowa Polaków nie chciała nikogo obalić, bo albo została w domu, albo głosowała na listę obozu rządowego. Ale do niedawna interpretowałem historię "S" podobnie jak Mirosław Maciorowski i Józef Pinior: jako logiczny ciąg zdarzeń, który prowadził od samoorganizacji społeczeństwa do obalenia znienawidzonego przez naród systemu komunistycznego, do demokracji i wolności.
Jaruzelski badał społeczeństwo
Nie znam badań, na których Jarosław Klebaniuk opiera swoje sądy. Ja spędziłem ostatnie pięć lat na zbieraniu, analizowaniu i interpretowaniu sondaży opinii publicznej, jakie były przeprowadzane w czasach PRL. Szczególnie ciekawe są te z lat 80., bo ekipa generała Jaruzelskiego jako pierwsza bardzo dokładnie monitorowała nastroje społeczne. Te sondaże nie mówią nam całej prawdy, ale one oddają w przybliżeniu obraz nastrojów, jaki wtedy panował w Polsce, pozwalają mierzyć poziom radykalizmu, konformizmu, zaufanie do władzy i do "Solidarności". Można je uważać za wiarygodne, właśnie dlatego, że służyły władzy jako podstawa do socjotechniki - fałszując je, generałowie by się sami oszukiwali i odbieraliby sobie możliwość prowadzenia skutecznej polityki.
Obraz, który się wyłania z tych badań, w ogóle nie przystaje ani do dzisiejszych obiegowych interpretacji o tym, "co Polacy wtedy uważali", ani do tego, co władza i opozycja wtedy chciały, aby "Polacy uważali" - ani do tego, co Polacy dziś uważają, że wtedy uważali. Interpretacja przeszłości nie powstaje, bowiem jako zbiorczy wynik indywidualnych interpretacji, lecz w wyniku procesu społecznego, w trakcie którego wszyscy dopasowujemy nasze poglądy na temat naszego zachowania i naszych opinii w przeszłości do tego, co jest dziś społeczne akceptowane w naszym środowisku, wśród ludzi, którzy są dla nas ważni. Czym innym jest więc to, co Maciorowski, Klebaniuk, Pinior lub ja uważamy za nasze ówczesne opinie i postawy, a czym innym są nasze ówczesne poglądy i postawy. Sondaże pozwalają odtworzyć to ostatnie.
Lepsze płace czy więcej demokracji?
Jeden z wątków sporu o "Solidarność" to pytanie, czy Polacy wtedy walczyli o chleb czy o wolność. Tu ówczesne sondaże nie zostawiają złudzeń: dla przytłaczającej większości Polaków, postulaty materialne (lepsza płaca, lepsze zaopatrzenie, stabilizacja) były ważniejsze niż polityczne. W jednym z sondaży z listopada 1980 roku ankietowani mogli tworzyć swoją własną hierarchię problemów. 75 proc. wymieniało zaopatrzenie, tylko 16 proc. wspomniało o demokracji i cenzurze. Od początku lat 60. do 80. utrzymała się w Polsce niezwykle silna materialistyczna tendencja i niechęć do polityki. Dążenie do uczestnictwa w sprawach, które wykraczały poza sferę prywatną, wykazała jedynie maleńka mniejszość ankietowanych. Udział tych, którzy słuchali zachodnich radiostacji, do 1988 roku nigdy nie przekroczył 30 proc.
Wspólnota Polaków dzięki „Solidarności”?
Z danych wyłania się dość klarowny obraz bardzo pasywnego, konformistycznego społeczeństwa lat 80. Na jego krańcach znajdowały się dwie grupy: ok. 20-procentowa grupa zwolenników "Solidarności" i ok. pięcioprocentowa grupa zwolenników władzy. Te dwie grupy przez całe lata 80. walczą o przyciąganie tej pasywnej większości do siebie. To dla tych dwóch mniejszości polityka, zaangażowanie, walka polityczna były ważne. Władza była zdecydowanie bardziej skuteczna: po wprowadzeniu stanu wojennego zaufanie do wojska spada jedynie z bardzo wysokiego poziomu 93 proc. do 85 proc. Ponad dwie trzecie Polaków uważało stan wojenny za uzasadniony i "raczej uzasadniony", przeciwnego zdania było tylko 20 proc. - byli to stali i wytrwali zwolennicy "Solidarności". Spadło dramatycznie zaufanie do PZPR, Sejmu, milicji i wymiaru sprawiedliwości. Na końcu dekady, w roku 1988, zaufanie społeczne do "Solidarności" deklarowało jedynie 55 proc. - o wiele mniej niż w 1981 roku, a liczba nieufnych wobec "S" wzrosła ponadczterokrotnie! To jest pośrednia odpowiedź na pytanie, czy "Solidarność" mogłaby postawić w 1989 roku sprawy na ostrzu noża i po prostu obalić władzę komunistyczną. Żadna strona - ani władza, ani opozycja - nie miała na to wystarczającego poparcia społecznego i - sądząc po wspomnieniach głównych protagonistów - obie strony dobrze o tym wiedziały. Klasyczny pat. Jeśli w latach 80. coś łączyło wszystkich Polaków, to apatia, zmęczenie i tęsknota za zgodą między głównymi siłami politycznymi: między aparatem władzy, Kościołem i opozycją. Po wyborach czerwcowych tylko 2,5 procent popierało rząd składający się z obozu władzy, a tylko 8,5 procent rząd tworzony wyłącznie przez opozycję. 76,2 procent chciało, aby "S" rządziła w koalicji z PZPR - i tak się też stało.
Upadek komunizmu, powstanie społeczeństwa obywatelskiego
Jeśli przytłaczająca większość Polaków nie chciała obalić systemu, była materialistycznie nastawiona, apolityczna i bierna, to dlaczego doszło do zmiany systemu? To nie zjednoczony Naród obalił komunizm, lecz nagła mobilizacja w obrębie popierających "Solidarność" 20 procent społeczeństwa w drugiej połowie lat 80. To im się udało przekonać władze, że nie miały szans na pozyskanie większości. Tu Jarosław Klebaniuk ma rację: większość (społeczeństwa i członków "S") była konformistyczna. Większość zawsze jest konformistyczna, dlatego niekonformistyczne grupy muszą zabiegać o jej choćby milczące przyzwolenie, aby przeprowadzić zmiany. Ale to nie większość jest motorem zmian, lecz nonkonformiści, działacze, którzy pracowali półlegalnie w radach pracowniczych i w strukturach podziemnych oraz owa tajemnicza, niedająca się dokładnie określić rzesza obywateli, którzy postanowili się nagle zmobilizować pod koniec lat 80., sprawiając wrażenie, że to opozycja reprezentuje większość, a generałowie mniejszość. Była to jednak mobilizacja przeciwko państwu. Trudno to uważać za zręby społeczeństwa obywatelskiego, którego istotą jest tworzenie kapitału społecznego i zwiększenie zaufania do instytucji państwa. Nieufność do państwa, która uniemożliwiła generałom skuteczne rządzenie, dawała o sobie znać jeszcze długo po 1989 roku i została mniej lub bardziej przezwyciężona dopiero w XXI wieku. Dlatego uważam, że na podstawie tak krótkotrwałej mobilizacji jak w latach 1980-1981 nie mógł powstać trwały kapitał społeczny. Społeczeństwo obywatelskie powstało w Polsce w wyniku długiego, żmudnego procesu transformacji. Nie budują go dawni działaczy "S", lecz w dużej mierzy dopiero ich dzieci i wnuki.
„S” własnością publiczną?
Być może "S" służy im jako pożyteczny mit, do którego mogą się odwołać. Mają do tego takie samo prawo (albo tak samo go zawłaszczają), jak PO, PiS, NSZZ "Solidarność", SLD i Krytyka Polityczna. Jeśli "S" stała się ogólnonarodowym mitem, to jest takim samym dobrem wspólnym, jak Wisła, Tatry, Jan Paweł II albo Powstanie Warszawskie i każdy może się do niej odwołać. Też to robię, bo to nie upadek muru berlińskiego, lecz wybory czerwcowe miały największy wpływ na moją drogę życiową i moje poglądy. Ale niestety, moje poglądy o "S", o latach 80. i o Okrągłym Stole kłócą się tak samo z obrazem, jaki wyłania się ze źródeł ówczesnych sondaży i z punktem widzenia ówczesnej większości społeczeństwa, jak poglądy Jarosława Klebaniuka, Mirosława Maciorowskiego, Józefa Piniora i dzisiejszej większości Polaków. Bo my wszyscy, z lewa i z prawa, staramy się przypisać naszej przeszłości jakiś sens, o którym ówczesny obywatele, działaczy, politycy nic nie wiedzieli i wiedzieć nie mogli. Nic nie wskazuje na to, że związkowcy w latach 1980-81 albo wyborcy 1989 chcieli obalić komunizm w Polsce. Tak wyszło z naszej perspektywy, to my im przypisujemy. Na tym polega nasza przewaga nad nimi....
* Klaus Bachmann, politolog, historyk, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego i SWPS. W tym miesiącu ukazuje się w Niemczech nakładem Atut/Neisse Verlag jego książka o opinii publicznej w PRL: "Represja, protest, tolerancja. Zmiany wartości i stosunku do historii w Polsce po 1956 roku". To z niej pochodzą dane cytowane w tekście.
-
Legnica: mężczyzna spłonął w pożarze w kamienicy
-
Paralotniarz omal się nie utopił, uratowali go wędkarze
-
Dzisiaj Kuchar, jutro Hołowczyc i Koksu. Trwa Auto Show
-
Wygraj wejściówkę i spotkaj się z Agnieszką Holland
-
Takie auta zobaczysz na targach motoryzacyjnych [FOTO]
-
Euroszpitale dla eurovipów. Mają w czym wybierać
-
Grupa działaczy Ruchu Palikota przechodzi do SLD
- 8 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów
-
Bachmann o "Solidarności": To mniejszość zmieni...
pssz
01.09.10, 22:06
Co do nastrojów ówczesnych ludzi to chętnie bym poczytał takie opracowanie badania opinii publicznej. Pamiętam te czasy, ale pamięć jest zawodna, wspomnienia z czasem się zniekształcają, a »
-
Re: Bachmann o "Solidarności": To mniejszość zmie
pawel_zet
02.09.10, 11:14
Dyskusja na łamach "GW" dotycząca interpretacji zjawisk społecznych lat 80-tychi 90-tych, zwłaszcza tych związanych z fenomenem "Solidarności", jest bardzociekawa. Generalnie przychylam się »
-
Bachmann o "Solidarności": To mniejszość zmieni...
barbaan
08.09.10, 20:28
Halo!Musi byc aktyw wspierany przez spoleczenstwo tak jak w kazdym innym kraju w dobrym i zlym tego slowa znaczeniu!Znamy z historii!»





