Czy naprawdę nic się nie stało w sierpniu 1980 roku?
29.08.2010
, aktualizacja: 29.08.2010 19:56
Nic wielkiego się nie wydarzyło: społeczeństwo się nie zjednoczyło, nie walczyło o wolność, a 10 milionów ludzi w "Solidarności" to żaden wynik, świadczy on wyłącznie o tym, że nie brakowało w Polsce konformistów - tak wydarzenia sprzed 30 lat widzi Jarosław Klebaniuk. Nie sposób się z tym zgodzić
Wywiad z psychologiem społecznym z Uniwersytetu Wrocławskiego zamieściliśmy w sobotę
Jarosław Klebaniuk oprócz tego, że jest naukowcem, jest też, czego nie kryje, żarliwym lewicowcem. I choć pomysł był taki, żeby o wydarzeniach sprzed 30 lat porozmawiać z naukowcem, to - niestety - wyszła rozmowa z ideologiem. Klebaniuk bowiem to, co się wtedy stało, ocenia wyłącznie przez pryzmat własnych poglądów politycznych. Ma oczywiście do tego prawo i jako lewicowiec może patrzeć na tamte wypadki jednostronnie, ale jako naukowca obowiązuje go dystans i obiektywizm. Tymczasem teza główna jego wypowiedzi sprowadza się do konkluzji: stoczniowcy walczyli o prawdziwy socjalizm. Nie udało im się go wywalczyć, nie mamy go też dziś, więc rewolucja "Solidarności" tak naprawdę się nie udała.
Myślę, że łatwo znalazłbym ludzi, którzy ocenią ją inaczej - udała się i to właśnie dlatego, że socjalizmu nie wywalczyła.
Jarosław Klebaniuk formułuje też szereg ocen, które, przyznam, mnie zdziwiły. A najbardziej, że w 1980 roku Polacy nie stworzyli trwałej wspólnoty. Jestem przeciwnego zdania. Uważam, że największym sukcesem tego czasu nie było nawet założenie wolnych związków zawodowych, tylko właśnie stworzenie fundamentu wspólnoty obywatelskiej, na którym wszyscy dziś stoimy.
Kiedy wspólnota trwa?
Nie wiem, na jakiej podstawie Jarosław Klebaniuk mówi, że w Sierpniu wspólnota powstała tylko na chwilę, a później się rozpadła. Czy to jego odczucia, czy rzecz jakoś zbadał, albo ktoś zbadał, a on tylko przeczytał? Nie potrafię sobie zresztą też wyobrazić, jak to zbadać? Sondaż po 30 latach? Esemesowy czy ankieta? Jakie kryteria przyjąć?
No i co to w ogóle jest wspólnota? Czy to wyłącznie grupa, którą jednoczą wspólne poglądy polityczne? Czy może taka, w której są ludzie wielu poglądów, ale połączył ich jakiś konkretny cel? Czy rozbicie struktur, z czym mieliśmy do czynienia w grudniu 1981 roku, jest równoznaczne z zanikiem wspólnoty?
W 1980 roku powstała więź unikatowa. W akcie protestu stanęli razem ludzie pokroju tych, którzy bronią dziś krzyża na Krakowskim Przedmieściu, oraz tacy, którzy przeciw niemu protestują, Czy trwali wspólnie też później, po stanie wojennym? Jarosław Klebaniuk uważa, że nie, ja sądzę, że tak. Co więcej, ta więź była nawet silniejsza, choć oczywiście zdezorganizowana.
Dowody na to mam dwa. Pierwszy, namacalny, to wybory w 1989 roku, gdzie rozbita - a według Jarosława Klebaniuka nieistniejąca - wspólnota zagłosowała en block. Właściwie przez aklamację wybrała do Sejmu wszystkich kandydatów Komitetu Obywatelskiego.
Drugi mniej namacalny dowód wymaga szerszego wywodu. W skrócie sprowadza się do faktu stworzenia już w wolnej Polsce tzw. społeczeństwa obywatelskiego.
Sierpień - fundament pod społeczeństwo obywatelskie
By rzecz wyjaśnić, przytoczę opowieść Stefana Mellera, nieżyjącego już niestety historyka, ambasadora i ministra spraw zagranicznych. Kilka lat temu przyjechał do Wrocławia na zaproszenie "Gazety" i jako znawcę Rosji zapytano go o ocenę rozwoju miast rosyjskich i polskich po 1989 roku. Rosyjskie ocenił fatalnie (Petersburg szczególnie), jego zdaniem popadły w stagnację, nawet w ruinę: nic się tam nie dzieje, szare ulice, bierni ludzie, przestępczość, nepotyzm. Poznań, Gdańsk, Kraków czy Wrocław, choć znacznie mniejsze, to miasta z innej planety - dynamicznie prące do przodu.
Meller wyjaśnił też, dlaczego tak się stało: bo w Rosji nie powstało społeczeństwo obywatelskie. My wybieramy samorząd, który autentycznie rządzi i jest kontrolowany przez niezależne media, organizacje pozarządowe i stowarzyszenia. Tam nie wiedzieli, co zrobić z demokracją. Za Borysa Jelcyna, gdy były jeszcze jej namiastki, wzięła górę mentalność człowieka radzieckiego. Samorząd, nawet wybrany demokratycznie, nie rządził, tylko czekał na wskazówki władzy zwierzchniej. I z czasem to ona stała się tam realną władzą. Dziś nic bez niej się w Rosji nie dzieje - od Petersburga do Kamczatki. U nas odwrotnie, mamy społeczeństwo obywatelskie, może nie idealne, ale jednak.
Trudniej odpowiedzieć, kiedy się narodziło. Dla jednych istniało zawsze, bo w polskiej świadomości tradycje demokratyczne zakorzenione są od wieków. Ale po 1945 roku było w uśpieniu. Każda próba samoorganizacji poza kontrolą władzy w PRL była wtedy tępiona. Społeczeństwo obywatelskie drzemało więc.
Politycy czy publicyści podają różne momenty, które stały się impulsem do społecznej samoorganizacji dla dobra ogółu. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz w odniesieniu do wrocławian wymienia na przykład powódź, która stała się mitem założycielskim lokalnego społeczeństwa. Pomogła nam stworzyć autentyczną lokalną wspólnotę. Inni wskazują na 1989 rok, a jeszcze inni na pierwsze wolne wybory samorządowe.
Moim zdaniem jednak wszystkie te wydarzenia są pokłosiem Sierpnia. To wtedy pierwszy raz zostaliśmy prawdziwą wspólnotą. I - wbrew temu, co mówi Jarosław Klebaniuk - nie przestaliśmy być nią także później. Zupełnie nie ma znaczenia, że po stanie wojennym jedni się przestraszyli, drudzy stali się oportunistami, a jeszcze inni zdecydowali się na kariery, idąc na kompromisy z władzą. Bo wszyscy oni w Sierpniu zobaczyli, co można zrobić działaniem zdeterminowanym, konsekwentnym i odpowiedzialnym. Każdy, kto choćby tylko kibicował gdańskiej stoczni czy wrocławskiej zajezdni, bez względu na późniejsze wybory, wyniósł z tamtych czasów przede wszystkim właśnie takie doświadczenie.
Nie mam wątpliwości, że owoce tamtego zjednoczenia zbieramy do dziś, sami się rządząc, tworząc społeczeństwo świadome, wspólnotę, pod którą fundament położono w Sierpniu.
O co szła gra w Sierpniu
Mówi Jarosław Klebaniuk, że zryw 1980 roku nie był wolnościowy, lecz wyłącznie socjalny. Z pozoru ma rację. Podaje nawet dowód - wśród 21 postulatów stoczniowców większość dotyczyła spraw bytowych. Nie wiem jednak, dlaczego patrzy na ten fakt wyłącznie z dzisiejszej perspektywy, odrzucając ówczesne uwarunkowania. Czy naprawdę wierzy, że jeśli stoczniowcy wypisali socjalne postulaty, to gra wówczas szła wyłącznie o nie? Otóż były one nie "na miarę naszych marzeń i ambicji", lecz na miarę możliwości. Co miało się znaleźć - zdaniem Jarosława Klebaniuka - wśród żądań stoczniowców, by uznał je za wolnościowe: wystąpienie z Układu Warszawskiego? Likwidacja PZPR? A może rozwiązanie RWPG i dymisja Breżniewa?
Postulaty były socjalne, bo nie mogły być inne. Ich twórcy, mając w pamięci krwawo stłumione poprzednie zrywy w 1970 i 1976 roku, i tak wykazali się odwagą. Wszak trzy pierwsze postulaty (legalizacja wolnych związków, prawo do strajku i zniesienie cenzury) są przecież fundamentalnie wolnościowe. Zgoda na nie wywracała do góry nogami dotychczasowy kontrolowany przez partię porządek.
Jarosław Klebaniuk oprócz tego, że jest naukowcem, jest też, czego nie kryje, żarliwym lewicowcem. I choć pomysł był taki, żeby o wydarzeniach sprzed 30 lat porozmawiać z naukowcem, to - niestety - wyszła rozmowa z ideologiem. Klebaniuk bowiem to, co się wtedy stało, ocenia wyłącznie przez pryzmat własnych poglądów politycznych. Ma oczywiście do tego prawo i jako lewicowiec może patrzeć na tamte wypadki jednostronnie, ale jako naukowca obowiązuje go dystans i obiektywizm. Tymczasem teza główna jego wypowiedzi sprowadza się do konkluzji: stoczniowcy walczyli o prawdziwy socjalizm. Nie udało im się go wywalczyć, nie mamy go też dziś, więc rewolucja "Solidarności" tak naprawdę się nie udała.
Myślę, że łatwo znalazłbym ludzi, którzy ocenią ją inaczej - udała się i to właśnie dlatego, że socjalizmu nie wywalczyła.
Jarosław Klebaniuk formułuje też szereg ocen, które, przyznam, mnie zdziwiły. A najbardziej, że w 1980 roku Polacy nie stworzyli trwałej wspólnoty. Jestem przeciwnego zdania. Uważam, że największym sukcesem tego czasu nie było nawet założenie wolnych związków zawodowych, tylko właśnie stworzenie fundamentu wspólnoty obywatelskiej, na którym wszyscy dziś stoimy.
Kiedy wspólnota trwa?
Nie wiem, na jakiej podstawie Jarosław Klebaniuk mówi, że w Sierpniu wspólnota powstała tylko na chwilę, a później się rozpadła. Czy to jego odczucia, czy rzecz jakoś zbadał, albo ktoś zbadał, a on tylko przeczytał? Nie potrafię sobie zresztą też wyobrazić, jak to zbadać? Sondaż po 30 latach? Esemesowy czy ankieta? Jakie kryteria przyjąć?
No i co to w ogóle jest wspólnota? Czy to wyłącznie grupa, którą jednoczą wspólne poglądy polityczne? Czy może taka, w której są ludzie wielu poglądów, ale połączył ich jakiś konkretny cel? Czy rozbicie struktur, z czym mieliśmy do czynienia w grudniu 1981 roku, jest równoznaczne z zanikiem wspólnoty?
W 1980 roku powstała więź unikatowa. W akcie protestu stanęli razem ludzie pokroju tych, którzy bronią dziś krzyża na Krakowskim Przedmieściu, oraz tacy, którzy przeciw niemu protestują, Czy trwali wspólnie też później, po stanie wojennym? Jarosław Klebaniuk uważa, że nie, ja sądzę, że tak. Co więcej, ta więź była nawet silniejsza, choć oczywiście zdezorganizowana.
Dowody na to mam dwa. Pierwszy, namacalny, to wybory w 1989 roku, gdzie rozbita - a według Jarosława Klebaniuka nieistniejąca - wspólnota zagłosowała en block. Właściwie przez aklamację wybrała do Sejmu wszystkich kandydatów Komitetu Obywatelskiego.
Drugi mniej namacalny dowód wymaga szerszego wywodu. W skrócie sprowadza się do faktu stworzenia już w wolnej Polsce tzw. społeczeństwa obywatelskiego.
Sierpień - fundament pod społeczeństwo obywatelskie
By rzecz wyjaśnić, przytoczę opowieść Stefana Mellera, nieżyjącego już niestety historyka, ambasadora i ministra spraw zagranicznych. Kilka lat temu przyjechał do Wrocławia na zaproszenie "Gazety" i jako znawcę Rosji zapytano go o ocenę rozwoju miast rosyjskich i polskich po 1989 roku. Rosyjskie ocenił fatalnie (Petersburg szczególnie), jego zdaniem popadły w stagnację, nawet w ruinę: nic się tam nie dzieje, szare ulice, bierni ludzie, przestępczość, nepotyzm. Poznań, Gdańsk, Kraków czy Wrocław, choć znacznie mniejsze, to miasta z innej planety - dynamicznie prące do przodu.
Meller wyjaśnił też, dlaczego tak się stało: bo w Rosji nie powstało społeczeństwo obywatelskie. My wybieramy samorząd, który autentycznie rządzi i jest kontrolowany przez niezależne media, organizacje pozarządowe i stowarzyszenia. Tam nie wiedzieli, co zrobić z demokracją. Za Borysa Jelcyna, gdy były jeszcze jej namiastki, wzięła górę mentalność człowieka radzieckiego. Samorząd, nawet wybrany demokratycznie, nie rządził, tylko czekał na wskazówki władzy zwierzchniej. I z czasem to ona stała się tam realną władzą. Dziś nic bez niej się w Rosji nie dzieje - od Petersburga do Kamczatki. U nas odwrotnie, mamy społeczeństwo obywatelskie, może nie idealne, ale jednak.
Trudniej odpowiedzieć, kiedy się narodziło. Dla jednych istniało zawsze, bo w polskiej świadomości tradycje demokratyczne zakorzenione są od wieków. Ale po 1945 roku było w uśpieniu. Każda próba samoorganizacji poza kontrolą władzy w PRL była wtedy tępiona. Społeczeństwo obywatelskie drzemało więc.
Politycy czy publicyści podają różne momenty, które stały się impulsem do społecznej samoorganizacji dla dobra ogółu. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz w odniesieniu do wrocławian wymienia na przykład powódź, która stała się mitem założycielskim lokalnego społeczeństwa. Pomogła nam stworzyć autentyczną lokalną wspólnotę. Inni wskazują na 1989 rok, a jeszcze inni na pierwsze wolne wybory samorządowe.
Moim zdaniem jednak wszystkie te wydarzenia są pokłosiem Sierpnia. To wtedy pierwszy raz zostaliśmy prawdziwą wspólnotą. I - wbrew temu, co mówi Jarosław Klebaniuk - nie przestaliśmy być nią także później. Zupełnie nie ma znaczenia, że po stanie wojennym jedni się przestraszyli, drudzy stali się oportunistami, a jeszcze inni zdecydowali się na kariery, idąc na kompromisy z władzą. Bo wszyscy oni w Sierpniu zobaczyli, co można zrobić działaniem zdeterminowanym, konsekwentnym i odpowiedzialnym. Każdy, kto choćby tylko kibicował gdańskiej stoczni czy wrocławskiej zajezdni, bez względu na późniejsze wybory, wyniósł z tamtych czasów przede wszystkim właśnie takie doświadczenie.
Nie mam wątpliwości, że owoce tamtego zjednoczenia zbieramy do dziś, sami się rządząc, tworząc społeczeństwo świadome, wspólnotę, pod którą fundament położono w Sierpniu.
O co szła gra w Sierpniu
Mówi Jarosław Klebaniuk, że zryw 1980 roku nie był wolnościowy, lecz wyłącznie socjalny. Z pozoru ma rację. Podaje nawet dowód - wśród 21 postulatów stoczniowców większość dotyczyła spraw bytowych. Nie wiem jednak, dlaczego patrzy na ten fakt wyłącznie z dzisiejszej perspektywy, odrzucając ówczesne uwarunkowania. Czy naprawdę wierzy, że jeśli stoczniowcy wypisali socjalne postulaty, to gra wówczas szła wyłącznie o nie? Otóż były one nie "na miarę naszych marzeń i ambicji", lecz na miarę możliwości. Co miało się znaleźć - zdaniem Jarosława Klebaniuka - wśród żądań stoczniowców, by uznał je za wolnościowe: wystąpienie z Układu Warszawskiego? Likwidacja PZPR? A może rozwiązanie RWPG i dymisja Breżniewa?
Postulaty były socjalne, bo nie mogły być inne. Ich twórcy, mając w pamięci krwawo stłumione poprzednie zrywy w 1970 i 1976 roku, i tak wykazali się odwagą. Wszak trzy pierwsze postulaty (legalizacja wolnych związków, prawo do strajku i zniesienie cenzury) są przecież fundamentalnie wolnościowe. Zgoda na nie wywracała do góry nogami dotychczasowy kontrolowany przez partię porządek.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości
-
Dzień Matki już w sobotę. Czekamy na życzenia dla mam
-
Żołnierze ostro strzelali. Na wirtualnej strzelnicy
-
Zbigniew Zamachowski: Wszystko jest w rękach ucznia
-
Kot Bobik kontra kot Dante: Pojedynek na ul. Szewskiej
-
Na zakupy do galerii z prezydentem Wałęsą [FELIETON]
-
Pod zderzeniu busa z cysterną droga nr 5 odblokowana
-
"To nie kwestia ego". Czarnecki na otwarciu Sky Tower [FOTO]
- 36 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
-
Czy naprawdę nic się nie stało w sierpniu 1980 ...
gandalph
29.08.10, 21:21
Całkiem dobry artykuł. »
-
Czy naprawdę nic się nie stało w sierpniu 1980 ...
gabkamski
30.08.10, 09:17
Klebaniuk ma świętą rację!!! Nie chodziło o żadną wolność? Moi sąsiedzi -robotnicy z pokolenia na pokolenie (wcześniej awans ze wsi do miasta) uważają(to moja prywatna sonda), że jedyną »
-
Stało się, stało
profet
30.08.10, 10:47
Gdyby nie Sierpień '80 nie byłoby stanu wojennego, historia Polski mogła zupełnie inaczej wyglądać... Ale zawsze można widzieć to co się chce tylko widzieć. »
Najczęściej czytane24 htydzień




