Z dawnej "Solidarności" pozostał tylko szyld i aparat

Rozmawiał Jacek Harłukowicz
28.08.2010 , aktualizacja: 27.08.2010 21:35
A A A Drukuj
- Na pierwszą "Solidarność" z 1980 roku patrzymy dziś przez pryzmat archiwalnych zdjęć i filmów. Ale ani wtedy, ani nigdy później związek nigdy nie był prawdziwą wspólnotą. Większość z 10 milionów jego członków w 1981 roku działała z pobudek konformistycznych - uważa psycholog społeczny Jarosław Klebaniuk.
Dr Jarosław Klebaniuk bezlitośnie obchodzi się z mitem
Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Dr Jarosław Klebaniuk bezlitośnie obchodzi się z mitem "Solidarności"
Jacek Harłukowicz: Jak psycholog społeczny patrzy na to, co 30 lat temu ogarnęło całą Polskę?

Jarosław Klebaniuk: W Polsce, podobnie jak obecnie, istniała wówczas bardzo wielka niezgoda na panujący w kraju system społeczno-ekonomiczny. Współczesne badania psychologiczne dowodzą, że u nas, inaczej niż w innych krajach, nierówności społeczne oraz panujący system ekonomiczny nie są usprawiedliwiane, a co za tym idzie, akceptowane. Motyw usprawiedliwiania systemu u nas nie działa, co prowadzi do jego delegitymizacji. Prawdopodobnie taka sytuacja miała też miejsce 30 lat temu i była jednym z psychologicznych mechanizmów, który doprowadził do buntu. Tylko wtedy ludźmi obwinianymi o nieuczciwość i bogacenie się cudzym kosztem nie byli kapitaliści, ale partyjna nomenklatura.

Pańskim zdaniem u źródeł tego buntu stały wyłącznie kwestie ekonomiczne?

- Tak. Proszę zwrócić uwagę, że większość z 21 postulatów sierpniowych miało taki właśnie charakter. Owszem, pojawił się jeden czy dwa postulaty odnoszące się do wolności słowa, ale większość dotyczyła takich kwestii, jak podwyżki, nadążanie płac za wzrostem cen etc. To były tak naprawdę egalitarne, wręcz socjalistyczne postulaty. Dziś, patrząc z perspektywy, można powiedzieć, że zryw 1980 roku nie był zrywem wolnościowym, ale walką o wprowadzenie prawdziwego, oddolnego socjalizmu, w którym ludzie mieliby rzeczywisty wpływ na to, co się dzieje w gospodarce, wpływ na własne zakłady pracy. Osiągnięciem tamtego okresu nie była zmiana ustroju państwa, a jedynie rejestracja sprawnie działającego, niezależnego związku zawodowego, a ten z definicji walczy o cele ekonomiczne.

To był jednak fenomen społeczny. Po raz pierwszy od zakończenia II wojny Polacy się zjednoczyli, nawet jeśli przyjąć, że nie za czymś, lecz przeciwko czemuś - w tym przypadku przeciwko władzy. Przecież po 1980 roku "Solidarność" liczyła 10 milionów członków.

- Ruch rzeczywiście powstał, ale jeśli chodzi o jego masowość i powszechność, to już bym polemizował. To wprawdzie 10 milionów, ale przecież z ponad 35 mln mieszkańców kraju. Myślę również, że większość przystępowała do związku z powodów konformistycznych, dlatego, że wszyscy tak robili. Nie wiązała się z tym jakaś szczególna aktywność. A już na pewno nie mieli ochoty obalać systemu czy nawet walczyć z nim.

10 milionów z 35, wliczając dzieci, starców i działaczy PZPR. A Pana zdaniem to tylko - jak wyraził się kiedyś Aleksander Kwaśniewski - owczy pęd?

- Może nie określiłbym tego aż tak brutalnie, ale coś jest w tym porównaniu. Społeczeństwo ani przed, ani po 1980 roku wcale nie było jednolite. Wręcz odwrotnie, istniała spora grupa beneficjentów władzy i partii, i nie byli to tylko członkowie PZPR oraz ich rodziny. Ludzie "Solidarności" też mieli różne światopoglądy, poglądy polityczne, gospodarcze itd. Gdy zapisywali się do związku, kierowały nimi różne motywy. Wśród nich byli i tacy, którzy naprawdę wierzyli w tę walkę, ale nie była to większość społeczeństwa. Większość Polaków, podobnie jak i teraz, była bierna i nie angażowała się w politykę czy działalność związkową.

A jednak przez całe lata 80. "Solidarność" trwała: zróżnicowana, tworzona przez ludzi o często odmiennych poglądach czy wyznawanych wartościach, ale jednocześnie potrafiących ze sobą współpracować w imię wspólnego dobra. To nie fenomen?

- To opinia bardzo obiegowa. Pamięć o tamtych czasach zachowujemy dzięki archiwalnym zdjęciom czy filmom. Na nich rzeczywiście widzimy tłumy idące w demonstracjach, razem śpiewające niepodległościowe pieśni, ale to tylko chwile uniesień. Czy z tym wiązało się zjednoczenie? Poczucie wspólnoty w tym jednym, konkretnym momencie - tak. Zjednoczenie 10 milionów ludzi, którzy mieliby stać się wspólnotą - nie. To nadinterpretacja taka sama jak ta, że Polacy są społeczeństwem katolickim. Nawet jeśli ponad 40 procent deklaruje się jako osoby wierzące i chodzące do kościoła, to jeśli zapytać je o wiarę w niepokalane poczęcie czy w istnienie diabła - czyli tak naprawdę dogmaty wiary - trudno uzbierać choćby kilka procent.

Bardzo ostre słowa i powiem szczerze: nie przekonują mnie. Ja pamiętam - choć miałem wtedy pięć lat - szczęście rodziców, wiwatujących sąsiadów. A potem zawsze uczono mnie, że w 1980 roku stało się coś wielkiego, coś, co dało początek wolnej Polsce.

- Ja nie chcę mówić źle o "Solidarności" z roku 1980. Sam jako młody człowiek byłem bardzo emocjonalnie zaangażowany po jej stronie, cieszyłem się z sukcesów. I nie polemizuję z tym, że wydarzenia roku 1980 były czymś wyjątkowym. Zwracam jedynie uwagę, że one nie były tak masowe i wszechogarniające, jak dziś się to przedstawia. I gdy na tamtą "Solidarność" patrzę z dystansu, to widzę, że niemal żadnego z postulatów sierpniowych nie udało się zrealizować.

Bez przesady. Mamy wolność słowa, organizacji, nikt nie karze za poglądy polityczne.

- No tak, mamy też wolne soboty, kartki na mięso wprawdzie już dawno zniesiono, ale ich wprowadzenie było postulatem tamtych czasów. A co z całą resztą? Na przykład był taki postulat, żeby zwiększyć dostępność żłobków i przedszkoli. A przecież dziś się je zamyka, i robi to władza postsolidarnościowa.

Członkowie pierwszej "Solidarności" odeszli od swoich postulatów. To, co się stało ze związkiem po roku 1989, było analizowane wielokrotnie - pisał o tym Karol Modzelewski, pisał David Ost, wskazujący, jak liderzy związku zawodowego stawiającego lewicowe postulaty doprowadzili do wprowadzenia w Polsce dzikiego kapitalizmu. Ale i wcześniej nie ustrzegli się błędów.

W 1980 roku można było naprawdę wiele rzeczy wynegocjować, jednak "Solidarność" wybierała rozwiązania konfrontacyjne. Używanie strajku jako elementu szantażu wobec władzy ograniczyło pole do rozmów i doprowadziło ostatecznie do wprowadzenia w Polsce stanu wojennego.

To, niestety, przejaw naszej mentalności. Współczesne badania psychologiczne wykazują, że ci z nas, którzy nie akceptują zastanego porządku społecznego, częściej przejawiają wiarę w życie jako grę o sumie zerowej: jeśli my wygrywamy, to nasz rywal musi przegrać, jeśli nam się coś nie udaje, to dlatego, że ktoś zyskuje naszym kosztem. Porozumienie, współpraca, wspólne szukanie rozwiązań obustronnie korzystnych przy takim podejściu nie jest możliwe. I jeśli w ten sposób myślimy również o życiu publicznym, to konfrontacja musi być naturalnym sposobem rozwiązywania wszelkich sporów. Tak też zapewne było przez 16 miesięcy między sierpniem 1980 a grudniem 1981 roku.

Czy ja dobrze rozumiem, że według Pana to strona solidarnościowa była w 1981 roku nastawiona konfrontacyjnie i odpowiada za to, co stało się 13 grudnia 1981 roku?

- Być może będę tu adwokatem diabła, ale uważam, że w okresie tzw. karnawału "Solidarności" państwo miało aparat wystarczający do stłumienia tego ruchu bardzo szybko. Najpierw jednak bardzo długo się powstrzymywało, a kiedy już wprowadzono stan wojenny, to - inaczej niż w innych krajach - odbyło się to bez tysięcy ofiar. Dziś, choć kiedy wprowadzał stan wojenny, nienawidziłem go tak jak prawdopodobnie większość Polaków, wierzę w to, co mówi generał Jaruzelski - że uchroniło nas to od interwencji wojsk radzieckich. A tak kilka lat później mieliśmy Okrągły Stół i bezkrwawe przekazanie władzy. Ale niektórym tego było mało. Ta część członków starej "Solidarności", którzy usiedli do rozmów, bardzo szybko została uznana za zdrajców układających się z władzą. I to przez własne koleżanki i kolegów z opozycji. Niektórzy do dziś mają o to do nich pretensje. A co mieli zrobić w 1989 roku przywódcy "Solidarności"? Według swoich krytyków właściwie nie powinni się zgodzić na rozmowy, kolejny raz wyjść na ulice i dążyć do konfrontacji. A nuż wybuchłaby jakaś możliwa do wygrania wojna domowa.

Ale przecież nic takiego się nie działo! "Solidarność" nie była organizacją terrorystyczną. Nie sprowadzała z zagranicy broni, tylko powielacze, nie organizowała zamachów, tylko edukowała robotników.

- To prawda, ale upieram się, że działając spokojniej, można było ugrać więcej. Nie zapominajmy, że Okrągły Stół był inicjatywą rządową. To nie było tak, że to "Solidarność" wyciągnęła rękę do negocjacji. To osoby wierzące w porozumienie i potrafiące rozwiązywać sytuacje konfliktowe, takie jak prof. Janusz Reykowski, odegrały zasadniczą rolę w doprowadzeniu Okrągłego Stołu do szczęśliwego finału. Wydaje mi się, że "Solidarność" miała piękny początek w 1980 roku, a potem zbyt dużą rolę zaczęły odgrywać ambicje polityczne jej liderów. Może na ich postawie zaważyła zbytnia pewność siebie wynikająca z tego, że w sierpniu 1980 roku rząd tak łatwo ustąpił? Potrzeba było dziewięciu lat i zmiany sytuacji międzynarodowej, żeby - już nie z pozycji siły - liderzy "Solidarności" mogli odegrać znaczącą rolę.

"Solidarność" nie jest już ruchem masowym. Nie jednoczy. To przeczyłoby Pańskiej tezie, że siła związku w 1980 roku wzięła się z potrzeb ekonomicznych społeczeństwa. Dziś też jest przecież wielu niezadowolonych. A związek jest cieniem samego siebie sprzed 30 lat.

- Sięgając po władzę w roku 1989, przywódcy "S" zapomnieli o tym, o co walczyli dziewięć czy osiem lat wcześniej. Szokowe wprowadzenie kapitalizmu i bierna postawa działaczy związkowych, którzy mało skutecznie bronili pracowników, także w zakładach pracy, sprawiły, że szeregi związku zaczęły topnieć. Dziś, w 20 lat po transformacji, Polska znacznie bardziej niż w 1980 r. jest krajem, w którym obserwujemy narastające rozwarstwienie społeczne. Ale ludzie przestali wierzyć w skuteczność związków zawodowych. Nie wierzą, że to właśnie one są w stanie im pomóc. Jeśli dodamy do tego fakt, iż w wielu zakładach pracy jest problem z zarejestrowaniem związku, to mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego są one dzisiaj słabe. Jest również cechą kapitalizmu, że związki zawodowe działają dobrze tam, gdzie panuje egalitaryzm, większa równość warunków życia. A z tym nie jest u nas za dobrze.

Co zatem pozostało z - będę się upierał - fenomenu społecznego, wielkiego ruchu zrzeszającego co trzeciego Polaka?

- Legenda. Związek działa, ale jest podzielony na kilka organizacji, niekoniecznie współpracujących z sobą. Zapewne najbliżej ideałów i celów sprzed 30 lat jest dzisiaj Sierpień '80. "Solidarność" jest organizacją coraz bardziej marginalną. Wprawdzie podejmuje lokalne działania, ale o niewielkim stopniu skuteczności. Pozostały szyld i aparat.

* Dr Jarosław Klebaniuk jest adiunktem w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się m.in. badaniem uwarunkowań i konsekwencji poglądów i orientacji politycznych. Jest autorem ponad 50 artykułów naukowych z zakresu psychologii politycznej i psychologii mediów. Współtworzy portal Lewica.pl. Bezpartyjny.

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 47 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

  • Z dawnej "Solidarności" pozostał tylko szyld i ... stoneborn 28.08.10, 15:09

    Trudno sie dziwic, ze mlodzi ludzie nie maja rzetelnej wiedzy o najnowszej historii. Jesli mamy takich "naukowcow"...»

  • Z dawnej "Solidarności" pozostał tylko szyld i ... jabir 29.08.10, 08:15

    Pan Klebaniuk przeprowadził wnikliwe badania , z których jednoznacznie wynika, że w państwotworach totalnych 10 milionowe ruchy społeczne powstają raz zarazem . W przypadku Solidarności - z »

  • Nie rozumiem Pana profesora boobooo 29.08.10, 16:59

    Zgadzam sie z tym ze Solidarnosc byla i minela, ale to ze udzial 10 milionow z39-milionowego spoleczenistwa jest "owczym pedem" to nie. Oczywiscie ze niewszyscy byli zgodni i jednomyslni - »