Pokażę Ci moje miejsce: skansen pszczelarza
04.08.2010
, aktualizacja: 05.08.2010 13:39
- Zbierałem powoli te ule. We wszystkich hodowałem kiedyś pszczoły - mówi Wacław Ratyński. Ma pasiekę i skansen ze starymi ulami, a w dziupli bartnika miejsce do inhalacji
ZOBACZ TAKŻE
- Pokażę ci moje miejsce: Western City - kraina kowbojów (18-08-10, 20:00)
- Pokażę Ci moje miejsce: Miasto wewnątrz góry (28-07-10, 21:07)
- Pokażę ci moje miejsce: Dolny Śląsk w miniaturze (21-07-10, 18:02)
- Pokażę ci moje miejsce: zapraszamy do Doliny Baryczy (07-07-10, 20:06)
SERWISY
Wacław Ratyński jest pszczelarzem i mieszka w Kuźnicy Czeszyckiej. Przyjechał z Podlasia 45 lat temu. Razem z nim żona, troje dzieci i 30 uli. Pszczoły jechały za nimi dwa tygodnie pociągiem towarowym.
Bramę wejściową strzeże bartnik z szablą i stanowczym napisem: "Miód jest mój". Wita nas pan Wacław, który ma na sobie koszulkę z nadrukiem "Jestem pszczelarzem", obowiązkowo w kolorze żółtym. Oprowadza po skansenie, opowiada o pszczołach.
Skansen to kilkadziesiąt uli, stare barcie, czyli też ule, tyle że wydrążone w pniach drzew. Nad wejściem szyld: "Zamiast viagry łyknij miodu, będziesz bzykał jak za młodu". - Emeryci, jak przyjeżdżają, zdjęcia sobie pod tym robią - tłumaczy pan Wacław. - Żona mówi: "Zawsze się wygłupiasz, ludzie się z ciebie śmieją". A ja na to, niech się śmieją, śmiech to zdrowie.
Po drugiej stronie tabliczki z viagrą cytat z Wergiliusza: "W pszczołach boskiej jest duszy iskierka".
Nad całością ciąży korona najgrubszego na Dolnym Śląsku jesionu, dziś już pomnika przyrody. Dziupli bartnika pilnuje św. Ambroży, patron pszczelarzy. Przez dziurę u jego stóp wlatują i wylatują pszczoły. W dziupli można wdychać olejki eteryczne, które ulatniają się podczas produkcji miodu. Mieści się w niej dwoje ludzi. Przymykamy drzwi, zdejmujemy osłony z uli i możemy zacząć inhalację. - Najlepiej działa w maju i czerwcu, kiedy jest najwięcej kwiatów. Pszczoły przynoszą do ula wodnisty nektar. Nadmiar wody musi odparować, więc te olejki eteryczne ulatniają się i działają kojąco na drogi oddechowe - twierdzi pan Wacław. - Przychodzą tu ludzie z problemami gardłowymi, z katarem, nawet astmatycy. Inhalacja na pewno nikomu nie szkodzi, a może pomóc, szczególnie tym, którzy dużo gadają - żartuje.
Kolekcja uli jest imponująca - ule stojące, leżące, ze strzechą albo blaszanym dachem, wydrążone w pniu drzewa lub misternie wykonane domki jak Małgosia. Każdy w jakiś sposób ozdobiony - to malunkiem, to rzeźbieniem, niektóre mają twarze, innych pilnują gigantyczne owady.
- Zbierałem powoli te ule. We wszystkich hodowałem kiedyś pszczoły, w niektórych jeszcze do końca ubiegłego wieku. Mam tu barcie stojące, tak zwaną kłodę stojak, tam dalej jest kłoda leżak - zrobiona przeze mnie chyba 30 lat temu. Ale najstarszą barć znalazłem w lesie, pochodzi chyba z XVIII w. - opowiada pszczelarz. - Wtedy jeszcze bartnicy uważali, że ule mogą być tylko wysoko na drzewach. Opasywali się powrozami i wspinali powolutku. Nieraz nawet na wysokość 18 metrów. Przy pasie mieli cebrzyk i tak zbierali miód. Ciężka praca, dziennie obrabiali pięć barci.
- Mam też pień drzewa podciętego przez bobry, żeby dzieciom [skansen odwiedzają również szkolne wycieczki - przyp. red.] pokazać, jak inteligentne są to zwierzęta - mówi Ratyński.
- Miód był kiedyś bardzo dużo wart - ciągnie opowieść pan Wacław. - Jak szlachcic zastrzelił człowieka, to musiał wypłacić jego właścicielowi dziewięć skór kun. Jeżeli jednak zniszczył barć - 30 skór.
Pokazuje czynną pasiekę i magazyn, ściąga ramkę z plastrem miodu i poucza: - Już Arystoteles i Pitagoras głowili się nad tym, dlaczego pszczoły wybrały do budowy swoich plastrów sześciokąty. Dopiero Miraldi w XVIII w. odkrył, że komórka sześciokątna ma najmniejszy obwód w stosunku do objętości. Zmieści się w niej najwięcej miodu. W plastrze nie ma niewykorzystanej przestrzeni.
Miałem kiedyś 100 uli, teraz mam około 60. Zaczynałem od małego. Mój dziadek był cieślą, ale miał kawałek sadu. Jako berbeć chodziłem za nim i dawał mi czasem polizać kawałek plastra. Później jeździłem rowerem do sąsiada, który miał ule, i przez szparę w płocie podglądałem, co tam robi. W takiej sukmanie jeszcze chodził, jak kosmonauta.
Kiedy siedzieliśmy z pszczelarzem, przyszło kilka osób, które chciały posłuchać jego gawędy. On sam, choć potrafi długo i ciekawie opowiadać, skromnie uważa, że ciągle mało wie o pszczołach.
Skansen Wacława Ratyńskiego
Kuźnica Czeszycka położona jest w dolinie Baryczy. Można dojechać do niej przez Milicz, skręcając w ul. Wojska Polskiego i kierując się na wieś Duchowo. Druga trasa prowadzi przez Twardogórę. W Kuźnicy Czeszyckiej skansen wskażą nam znaki, a w razie trudności z jego znalezieniem chętnie pokierują nas mieszkańcy wsi.
Skansen pszczelarza. Kliknij na zdjęcie, aby obejrzeć galerię:
Bramę wejściową strzeże bartnik z szablą i stanowczym napisem: "Miód jest mój". Wita nas pan Wacław, który ma na sobie koszulkę z nadrukiem "Jestem pszczelarzem", obowiązkowo w kolorze żółtym. Oprowadza po skansenie, opowiada o pszczołach.
Skansen to kilkadziesiąt uli, stare barcie, czyli też ule, tyle że wydrążone w pniach drzew. Nad wejściem szyld: "Zamiast viagry łyknij miodu, będziesz bzykał jak za młodu". - Emeryci, jak przyjeżdżają, zdjęcia sobie pod tym robią - tłumaczy pan Wacław. - Żona mówi: "Zawsze się wygłupiasz, ludzie się z ciebie śmieją". A ja na to, niech się śmieją, śmiech to zdrowie.
Po drugiej stronie tabliczki z viagrą cytat z Wergiliusza: "W pszczołach boskiej jest duszy iskierka".
Nad całością ciąży korona najgrubszego na Dolnym Śląsku jesionu, dziś już pomnika przyrody. Dziupli bartnika pilnuje św. Ambroży, patron pszczelarzy. Przez dziurę u jego stóp wlatują i wylatują pszczoły. W dziupli można wdychać olejki eteryczne, które ulatniają się podczas produkcji miodu. Mieści się w niej dwoje ludzi. Przymykamy drzwi, zdejmujemy osłony z uli i możemy zacząć inhalację. - Najlepiej działa w maju i czerwcu, kiedy jest najwięcej kwiatów. Pszczoły przynoszą do ula wodnisty nektar. Nadmiar wody musi odparować, więc te olejki eteryczne ulatniają się i działają kojąco na drogi oddechowe - twierdzi pan Wacław. - Przychodzą tu ludzie z problemami gardłowymi, z katarem, nawet astmatycy. Inhalacja na pewno nikomu nie szkodzi, a może pomóc, szczególnie tym, którzy dużo gadają - żartuje.
Kolekcja uli jest imponująca - ule stojące, leżące, ze strzechą albo blaszanym dachem, wydrążone w pniu drzewa lub misternie wykonane domki jak Małgosia. Każdy w jakiś sposób ozdobiony - to malunkiem, to rzeźbieniem, niektóre mają twarze, innych pilnują gigantyczne owady.
- Zbierałem powoli te ule. We wszystkich hodowałem kiedyś pszczoły, w niektórych jeszcze do końca ubiegłego wieku. Mam tu barcie stojące, tak zwaną kłodę stojak, tam dalej jest kłoda leżak - zrobiona przeze mnie chyba 30 lat temu. Ale najstarszą barć znalazłem w lesie, pochodzi chyba z XVIII w. - opowiada pszczelarz. - Wtedy jeszcze bartnicy uważali, że ule mogą być tylko wysoko na drzewach. Opasywali się powrozami i wspinali powolutku. Nieraz nawet na wysokość 18 metrów. Przy pasie mieli cebrzyk i tak zbierali miód. Ciężka praca, dziennie obrabiali pięć barci.
- Mam też pień drzewa podciętego przez bobry, żeby dzieciom [skansen odwiedzają również szkolne wycieczki - przyp. red.] pokazać, jak inteligentne są to zwierzęta - mówi Ratyński.
- Miód był kiedyś bardzo dużo wart - ciągnie opowieść pan Wacław. - Jak szlachcic zastrzelił człowieka, to musiał wypłacić jego właścicielowi dziewięć skór kun. Jeżeli jednak zniszczył barć - 30 skór.
Pokazuje czynną pasiekę i magazyn, ściąga ramkę z plastrem miodu i poucza: - Już Arystoteles i Pitagoras głowili się nad tym, dlaczego pszczoły wybrały do budowy swoich plastrów sześciokąty. Dopiero Miraldi w XVIII w. odkrył, że komórka sześciokątna ma najmniejszy obwód w stosunku do objętości. Zmieści się w niej najwięcej miodu. W plastrze nie ma niewykorzystanej przestrzeni.
Miałem kiedyś 100 uli, teraz mam około 60. Zaczynałem od małego. Mój dziadek był cieślą, ale miał kawałek sadu. Jako berbeć chodziłem za nim i dawał mi czasem polizać kawałek plastra. Później jeździłem rowerem do sąsiada, który miał ule, i przez szparę w płocie podglądałem, co tam robi. W takiej sukmanie jeszcze chodził, jak kosmonauta.
Kiedy siedzieliśmy z pszczelarzem, przyszło kilka osób, które chciały posłuchać jego gawędy. On sam, choć potrafi długo i ciekawie opowiadać, skromnie uważa, że ciągle mało wie o pszczołach.
Skansen Wacława Ratyńskiego
Kuźnica Czeszycka położona jest w dolinie Baryczy. Można dojechać do niej przez Milicz, skręcając w ul. Wojska Polskiego i kierując się na wieś Duchowo. Druga trasa prowadzi przez Twardogórę. W Kuźnicy Czeszyckiej skansen wskażą nam znaki, a w razie trudności z jego znalezieniem chętnie pokierują nas mieszkańcy wsi.
Skansen pszczelarza. Kliknij na zdjęcie, aby obejrzeć galerię:
Najnowsze wiadomości
-
Paralotniarz omal się nie utopił, uratowali go wędkarze
-
Dzisiaj Kuchar, jutro Hołowczyc i Koksu. Trwa Auto Show
-
Wygraj wejściówkę i spotkaj się z Agnieszką Holland
-
Takie auta zobaczysz na targach motoryzacyjnych [FOTO]
-
Euroszpitale dla eurovipów. Mają w czym wybierać
-
Grupa działaczy Ruchu Palikota przechodzi do SLD
-
Ponad 160 firm walczy o unijne dotacje, a budżet mały
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień






więcej zdjęć