Jak Polacy uruchamiali kolej ze Szklarskiej do Czech
15.07.2010
, aktualizacja: 04.08.2010 12:00
Na początku lipca z wielką pompą po 65 latach przerwy uruchomiono stałe połączenie kolejowe ze Szklarskiej Poręby do Czech. Specjalny szynobus pojechał po nowo wyremontowanych torach tylko raz. Więcej nie może, bo linia nie spełnia wymogów bezpieczeństwa. Czesi w wiadomościach nadawanych w publicznej telewizji akcję nazwali "wielkim kolejowym blamażem"
2 lipca władze samorządu województwa dolnośląskiego zorganizowały w Szklarskiej Porębie wielką fetę z okazji otwarcia nowego, polsko-czeskiego połączenia na linii Szklarska Poręba - Korenov. Pociągi przestały tam jeździć tuż po wojnie, a samorząd przejął linię dwa lata temu. O godz. 13 ze stacji Szklarska Poręba Górna przy dźwięku fanfar odjechał nowy szynobus, który zabrał pierwszych turystów i całą grupę Polskich oficjeli, w tym m.in. wicemarszałka, posłankę, starostę, ambasadora RP w Czechach, dyrektora PKP Nieruchomości, i opiekuna projektu- dyrektora Dolnośląskiej Służby Dróg i Kolei. Po drodze dosiadł się też dolnośląski europoseł.
Przejeżdżającym pasażerom machały przyprowadzone w pobliże trasy dzieci z pobliskiego przedszkola. Dziwnie zrobiło się po dojeździe do Korenova, gdzie nie czekał żaden czeski VIP. Nie było też zapowiedzianej wstęgi, którą miał przerwać nadjeżdżający pociąg. Jednak niewzruszeni Polacy wrócili tą samą trasą do Szklarskiej, tam wypili szampana i czerwone wino, zjedli kiełbaski. Rozpoczęły się przemówienia dolnośląskich władz, wychwalające walory nowego połączenia. W tym czasie wśród części zgromadzonych rozeszła się wiadomość: "Już do Czech nie pojedziemy".
I rzeczywiście. Od 3 lipca pociąg kursuje tylko do przygranicznych Jakuszyc. Tam na turystów czeka autokar, który zabiera ich 7 km dalej do pierwszego za granicą Harrachova. Dalej ludzie radzą sobie sami. Dlaczego? Bo nie ustalono połączenia między maszynistą w Polsce i w Czechach.
Jak to było z tą łącznością
Zarządzający nową linią Ryszard Bakuń, dyrektor wałbrzyskiego zakładu Polskich Linii Kolejowych, tłumaczy, że niezawodna łączność jest niezbędna po to, by stacje wiedziały, kiedy maszynista wyruszył, czy na drodze nie ma innych pociągów i czy bezpiecznie dojechał. - Jest to absolutnie konieczne z punktu widzenia obowiązujących przepisów o prowadzeniu ruchu kolejowego.
Oficjalny przejazd z VIP-ami i pierwszymi turystami mógł się odbyć dzięki opracowaniu jednorazowego regulaminu uwzględniającego nadzwyczajne środki ostrożności.
Roman Głowaczewski, dyrektor DSDiK, myśląc, że sprawę łączności załatwi szybko, chciał dogadać się z Czechami już po inauguracji, jednak zapomniał, że sąsiedzi z południa mieli wtedy długi weekend i nikt nie pracował: - W poniedziałek i wtorek obchodzili narodowe święto i przez cztery dni mieli wolne. Po prostu nie było z kim rozmawiać - tłumaczył.
W urzędzie marszałkowskim mówią, że imprezy nie można było przesunąć, bo remont torów był dofinansowany z pieniędzy unijnych i dzień promocji trzeba było ustalić dużo wcześniej. Tylko dlaczego tak ważnej sprawy jak łączność nie ustalono podczas trwającego 14 miesięcy remontu torów?
Marek Łapiński, dolnośląski marszałek, winą obarcza Czechów: - To oni mieli być przewoźnikiem na tej trasie. Zrezygnowali prawie przed otwarciem. A u nich łączność nie jest problemem, bo porozumiewają się przez komórki.
Według Polskich Linii Kolejowych aby trasa była bezpieczna, połączenie musi być stałe, przez światłowód.
Pytam więc Czechów, co z tym pociągiem, a oni odpowiadają, bardzo zdziwieni: - O tym, że my mamy zorganizować pociąg, dowiedzieliśmy się na miesiąc przed otwarciem, po tym jak wasze województwo unieważniło przetarg na szynobusy. Zgodziliśmy się dać swój pociąg, jednak okazało się, że w Polsce musi on przejść szereg dodatkowych, skomplikowanych testów i jazd próbnych, żeby sprawdzić, czy się nadaje. Nie ważne było, że stale jeździ on po naszych torach, choć u nas to się liczy. A testy, nie dość, że trwałyby nawet kilka miesięcy, to jeszcze zapłacilibyśmy za nie dużo pieniędzy. Musieliśmy się wycofać - mówi Tomás Hádek, od lat zaangażowany w reaktywację Kolei Izerskiej.
Dlaczego dolnośląski samorząd w niemal ostatniej chwili odwołał przetarg? Za wyjaśnienie można uznać majową wypowiedź Jerzego Łuźniaka za antenie Radia Wrocław. Obliczył on, że ta linia będzie przynosić same straty i że z Wrocławia i tak nikt nie będzie z niej korzystać, bo przejazd z Wrocławia do granicy będzie trwał aż sześć godzin (choć to niecałe 150 km). Turystów i mieszkańców Szklarskiej i okolic nie wziął pod uwagę.
Czesi się z nas śmieją, turyści narzekają
Choć polscy oficjele do końca utrzymywali, że inwestycja to sukces, Czesi już dzień przed wielką inauguracyjną klapą postanowili powiadomić ludzi o tym, że pociąg jeszcze przez jakiś czas do nich nie dojedzie. Na swojej stronie internetowej informację zamieścił Martin Sepp, wicehetman Kraju Libereckiego (odpowiednik naszego wicemarszałka): "Wznowienie przewozów na linii Korenov- Szklarska jest niepewne. (...) Polska strona nie zabezpieczyła wszystkich norm technicznych (...). W piątek ma być zorganizowany przejazd honorowy, jednak ponieważ zwykli ludzie nie będą mogli korzystać z tego połączenie i termin wznowienia nie jest jeszcze znany, nie wezmę udziału w tym przejeździe".
Tuż po imprezie w wieczornych wiadomościach czeskiej regionalnej telewizji publicznej, oraz na stronie telewizji informacyjnej Ct24 pojawiły ironiczne informacje o nieudanej inwestycji. - Wielki kolejowy blamaż - zapowiadała materiał spikerka. W podobnym tonie pisały o nas czeskie gazety.
- Nie mogliśmy uwierzyć, że po tylu latach znów się nie udało. Najpierw przejazdy miały się rozpocząć w grudniu, potem w maju. W końcu już niby ostatecznie w lipcu i znów się nie udało. Wasze władze czekały do ostatniej chwili, żeby załatwić tak ważne sprawy. Polska biurokracja to droga przez mękę. U nas też nie jest łatwo, ale w Polsce procedury są wyjątkowo skomplikowane - komentuje Tomás Hádek
Na zastępcze połączenie autobusowe narzekali też pasażerowie szynobusu, których spotkałam w drodze do Jakuszyc. Andrzej Orłowski, opiekun grupy obozowej w Szklarskiej Porębie: - Tory są gotowe, a dojechać nie można. Do Czech idę więc na piechotę. Gdyby kolej działała, byłaby dużym ułatwieniem dla turystów przyjeżdżających do Szklarskiej.
Beata Rynkiewicz, mieszkanka Szklarskiej Poręby: - Bardzo długo czekaliśmy na to połączenie. Miało ożywić ruch turystyczny. Za każdym razem, kiedy w Szklarskiej zmieniały się władze, liczyliśmy że w końcu będą nam robić Kolej Izerską. W przeszłości dwa razy były niby uroczyste otwarcia. Przyjeżdżała kolejka, wszyscy przychodzili i cieszyli się, że wreszcie jest połączenie. Ale już następnego dnia było odwoływane. Teraz znów falstart.
Jak trudno dogadać się z Polakami
Choć ostatnie miesiące pracy przy uruchomieniu połączenia były najważniejsze, to starania o pociąg rozpoczęły się już 19 lat temu. Od początku uczestniczył w nich Wojciech Grzybowski, prezes powstałego w międzyczasie Towarzystwa Kolei Izerskiej. Wspomina: - Do mojego mieszkania w Szklarskiej Porębie przyjechali czescy zieloni, żeby negocjować uruchomienie kolei. Chcieli za moim pośrednictwem nawiązać współpracę z Polakami. Sam byłem wtedy szefem naszych regionalnych zielonych. Ani ja ani nikt w Szklarskiej nie miał pojęcia, że oni już rozpoczęli prace. Wyrwali wszystkie zarośla ze swojej części torów, aż do samej granicy.
Pokazuje nagrany w 1991 roku filmik, na którym stara, czeska lokomotywa, cofa się i zbliża się do stojącego na torach znaku "Granica państwa", najeżdża na niego i niemal łamie go wpół. Akcja zostaje nagrodzona gromkimi brawami.
Grzybowski: - Potem już razem zabraliśmy się za oczyszczanie części trasy po polskiej stronie. Pierwszy po wojnie pociąg z Liberca do Jeleniej Góry wyjechał po roku prac. Było tylu chętnych, że kiedy dosiadałem się w Szklarskiej, wpychano ludzi do środka, bo nie dało się zamknąć drzwi.
Pociąg już następnego dnia stanął. - Choć oficjalna przyczyna nie jest znana, to wiadomo, że zaprotestowali hotelarze i restauratorzy. Burzyli się, że kolej wywiezie ich turystów do Czech i że już do nas nie wrócą. Zarzucali mi działanie na szkodę miasta.
Od tego czasu czeski pociąg wjechał do Szklarskiej jeszcze dwa razy, w tym w 1998 roku, z czeskim wiceministrem infrastruktury na pokładzie. Na stacji witały go władze miasteczka, którym wręczył symboliczny kawałek szyny. Ksiądz pokropił ją kropidłem, padły deklaracje, że kolej lada chwila ruszy na stałe. Po spotkaniu nic się nie zmieniło. Grzybowski wspomina, że zdesperowany hetman Kraju Libereckiego prosił go o pomoc w kontakcie z prezydentem Jeleniej Góry bądź z wojewodą, bo jego próby rozpoczęcia rozmów były przez nasze władze cięgle ignorowane.
Kiedy 30 czerwca tego roku zakończyły się prace przy torach, kilka godzin później, w nocy, na odcinku pół kilometra ktoś rozrzucił tony śmieci i starego sprzętu AGD. Ich sprzątanie zabrało kilka godzin.
Przejeżdżającym pasażerom machały przyprowadzone w pobliże trasy dzieci z pobliskiego przedszkola. Dziwnie zrobiło się po dojeździe do Korenova, gdzie nie czekał żaden czeski VIP. Nie było też zapowiedzianej wstęgi, którą miał przerwać nadjeżdżający pociąg. Jednak niewzruszeni Polacy wrócili tą samą trasą do Szklarskiej, tam wypili szampana i czerwone wino, zjedli kiełbaski. Rozpoczęły się przemówienia dolnośląskich władz, wychwalające walory nowego połączenia. W tym czasie wśród części zgromadzonych rozeszła się wiadomość: "Już do Czech nie pojedziemy".
I rzeczywiście. Od 3 lipca pociąg kursuje tylko do przygranicznych Jakuszyc. Tam na turystów czeka autokar, który zabiera ich 7 km dalej do pierwszego za granicą Harrachova. Dalej ludzie radzą sobie sami. Dlaczego? Bo nie ustalono połączenia między maszynistą w Polsce i w Czechach.
Jak to było z tą łącznością
Zarządzający nową linią Ryszard Bakuń, dyrektor wałbrzyskiego zakładu Polskich Linii Kolejowych, tłumaczy, że niezawodna łączność jest niezbędna po to, by stacje wiedziały, kiedy maszynista wyruszył, czy na drodze nie ma innych pociągów i czy bezpiecznie dojechał. - Jest to absolutnie konieczne z punktu widzenia obowiązujących przepisów o prowadzeniu ruchu kolejowego.
Oficjalny przejazd z VIP-ami i pierwszymi turystami mógł się odbyć dzięki opracowaniu jednorazowego regulaminu uwzględniającego nadzwyczajne środki ostrożności.
Roman Głowaczewski, dyrektor DSDiK, myśląc, że sprawę łączności załatwi szybko, chciał dogadać się z Czechami już po inauguracji, jednak zapomniał, że sąsiedzi z południa mieli wtedy długi weekend i nikt nie pracował: - W poniedziałek i wtorek obchodzili narodowe święto i przez cztery dni mieli wolne. Po prostu nie było z kim rozmawiać - tłumaczył.
W urzędzie marszałkowskim mówią, że imprezy nie można było przesunąć, bo remont torów był dofinansowany z pieniędzy unijnych i dzień promocji trzeba było ustalić dużo wcześniej. Tylko dlaczego tak ważnej sprawy jak łączność nie ustalono podczas trwającego 14 miesięcy remontu torów?
Marek Łapiński, dolnośląski marszałek, winą obarcza Czechów: - To oni mieli być przewoźnikiem na tej trasie. Zrezygnowali prawie przed otwarciem. A u nich łączność nie jest problemem, bo porozumiewają się przez komórki.
Według Polskich Linii Kolejowych aby trasa była bezpieczna, połączenie musi być stałe, przez światłowód.
Pytam więc Czechów, co z tym pociągiem, a oni odpowiadają, bardzo zdziwieni: - O tym, że my mamy zorganizować pociąg, dowiedzieliśmy się na miesiąc przed otwarciem, po tym jak wasze województwo unieważniło przetarg na szynobusy. Zgodziliśmy się dać swój pociąg, jednak okazało się, że w Polsce musi on przejść szereg dodatkowych, skomplikowanych testów i jazd próbnych, żeby sprawdzić, czy się nadaje. Nie ważne było, że stale jeździ on po naszych torach, choć u nas to się liczy. A testy, nie dość, że trwałyby nawet kilka miesięcy, to jeszcze zapłacilibyśmy za nie dużo pieniędzy. Musieliśmy się wycofać - mówi Tomás Hádek, od lat zaangażowany w reaktywację Kolei Izerskiej.
Dlaczego dolnośląski samorząd w niemal ostatniej chwili odwołał przetarg? Za wyjaśnienie można uznać majową wypowiedź Jerzego Łuźniaka za antenie Radia Wrocław. Obliczył on, że ta linia będzie przynosić same straty i że z Wrocławia i tak nikt nie będzie z niej korzystać, bo przejazd z Wrocławia do granicy będzie trwał aż sześć godzin (choć to niecałe 150 km). Turystów i mieszkańców Szklarskiej i okolic nie wziął pod uwagę.
Czesi się z nas śmieją, turyści narzekają
Choć polscy oficjele do końca utrzymywali, że inwestycja to sukces, Czesi już dzień przed wielką inauguracyjną klapą postanowili powiadomić ludzi o tym, że pociąg jeszcze przez jakiś czas do nich nie dojedzie. Na swojej stronie internetowej informację zamieścił Martin Sepp, wicehetman Kraju Libereckiego (odpowiednik naszego wicemarszałka): "Wznowienie przewozów na linii Korenov- Szklarska jest niepewne. (...) Polska strona nie zabezpieczyła wszystkich norm technicznych (...). W piątek ma być zorganizowany przejazd honorowy, jednak ponieważ zwykli ludzie nie będą mogli korzystać z tego połączenie i termin wznowienia nie jest jeszcze znany, nie wezmę udziału w tym przejeździe".
Tuż po imprezie w wieczornych wiadomościach czeskiej regionalnej telewizji publicznej, oraz na stronie telewizji informacyjnej Ct24 pojawiły ironiczne informacje o nieudanej inwestycji. - Wielki kolejowy blamaż - zapowiadała materiał spikerka. W podobnym tonie pisały o nas czeskie gazety.
- Nie mogliśmy uwierzyć, że po tylu latach znów się nie udało. Najpierw przejazdy miały się rozpocząć w grudniu, potem w maju. W końcu już niby ostatecznie w lipcu i znów się nie udało. Wasze władze czekały do ostatniej chwili, żeby załatwić tak ważne sprawy. Polska biurokracja to droga przez mękę. U nas też nie jest łatwo, ale w Polsce procedury są wyjątkowo skomplikowane - komentuje Tomás Hádek
Na zastępcze połączenie autobusowe narzekali też pasażerowie szynobusu, których spotkałam w drodze do Jakuszyc. Andrzej Orłowski, opiekun grupy obozowej w Szklarskiej Porębie: - Tory są gotowe, a dojechać nie można. Do Czech idę więc na piechotę. Gdyby kolej działała, byłaby dużym ułatwieniem dla turystów przyjeżdżających do Szklarskiej.
Beata Rynkiewicz, mieszkanka Szklarskiej Poręby: - Bardzo długo czekaliśmy na to połączenie. Miało ożywić ruch turystyczny. Za każdym razem, kiedy w Szklarskiej zmieniały się władze, liczyliśmy że w końcu będą nam robić Kolej Izerską. W przeszłości dwa razy były niby uroczyste otwarcia. Przyjeżdżała kolejka, wszyscy przychodzili i cieszyli się, że wreszcie jest połączenie. Ale już następnego dnia było odwoływane. Teraz znów falstart.
Jak trudno dogadać się z Polakami
Choć ostatnie miesiące pracy przy uruchomieniu połączenia były najważniejsze, to starania o pociąg rozpoczęły się już 19 lat temu. Od początku uczestniczył w nich Wojciech Grzybowski, prezes powstałego w międzyczasie Towarzystwa Kolei Izerskiej. Wspomina: - Do mojego mieszkania w Szklarskiej Porębie przyjechali czescy zieloni, żeby negocjować uruchomienie kolei. Chcieli za moim pośrednictwem nawiązać współpracę z Polakami. Sam byłem wtedy szefem naszych regionalnych zielonych. Ani ja ani nikt w Szklarskiej nie miał pojęcia, że oni już rozpoczęli prace. Wyrwali wszystkie zarośla ze swojej części torów, aż do samej granicy.
Pokazuje nagrany w 1991 roku filmik, na którym stara, czeska lokomotywa, cofa się i zbliża się do stojącego na torach znaku "Granica państwa", najeżdża na niego i niemal łamie go wpół. Akcja zostaje nagrodzona gromkimi brawami.
Grzybowski: - Potem już razem zabraliśmy się za oczyszczanie części trasy po polskiej stronie. Pierwszy po wojnie pociąg z Liberca do Jeleniej Góry wyjechał po roku prac. Było tylu chętnych, że kiedy dosiadałem się w Szklarskiej, wpychano ludzi do środka, bo nie dało się zamknąć drzwi.
Pociąg już następnego dnia stanął. - Choć oficjalna przyczyna nie jest znana, to wiadomo, że zaprotestowali hotelarze i restauratorzy. Burzyli się, że kolej wywiezie ich turystów do Czech i że już do nas nie wrócą. Zarzucali mi działanie na szkodę miasta.
Od tego czasu czeski pociąg wjechał do Szklarskiej jeszcze dwa razy, w tym w 1998 roku, z czeskim wiceministrem infrastruktury na pokładzie. Na stacji witały go władze miasteczka, którym wręczył symboliczny kawałek szyny. Ksiądz pokropił ją kropidłem, padły deklaracje, że kolej lada chwila ruszy na stałe. Po spotkaniu nic się nie zmieniło. Grzybowski wspomina, że zdesperowany hetman Kraju Libereckiego prosił go o pomoc w kontakcie z prezydentem Jeleniej Góry bądź z wojewodą, bo jego próby rozpoczęcia rozmów były przez nasze władze cięgle ignorowane.
Kiedy 30 czerwca tego roku zakończyły się prace przy torach, kilka godzin później, w nocy, na odcinku pół kilometra ktoś rozrzucił tony śmieci i starego sprzętu AGD. Ich sprzątanie zabrało kilka godzin.
Najnowsze wiadomości
-
Paralotniarz omal się nie utopił, uratowali go wędkarze
-
Dzisiaj Kuchar, jutro Hołowczyc i Koksu. Trwa Auto Show
-
Wygraj wejściówkę i spotkaj się z Agnieszką Holland
-
Takie auta zobaczysz na targach motoryzacyjnych [FOTO]
-
Euroszpitale dla eurovipów. Mają w czym wybierać
-
Grupa działaczy Ruchu Palikota przechodzi do SLD
-
Ponad 160 firm walczy o unijne dotacje, a budżet mały
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




