Era Nowe Horyzonty według Gutka: Twardy chów kinowy
30.07.2010
, aktualizacja: 30.07.2010 18:26
O swoim licznym potomstwie, spodziewanych porodach i wrocławskich narodzinach, planach stworzenia we Wrocławiu najnowocześniejszego kina studyjnego w Polsce i emeryturze w roli biletera kina Warszawa w rozmowie z Magdą Piekarską - opowiada Roman Gutek, szef Międzynarodowego Festiwalu "Era Nowe Horyzonty"
ZOBACZ TAKŻE
- Amerykańskie kino zasługuje na festiwal (30-07-10, 16:00)
- "Zwyczajna historia" nagrodzona Grand Prix Era Nowe Horyzonty (01-08-10, 21:02)
- Łączy ich miłość do kina (31-07-10, 19:00)
- Dyskretnie dotknięty kinem (29-07-10, 14:00)
SERWISY
Magda Piekarska: Czy Pan wie, ile Pan ma dzieci?
Roman Gutek*: No pewnie, że wiem!
Ile w takim razie?
- O ile mi wiadomo, mam dwóch synów.
To w takim razie coś mi się tu nie zgadza. Ja słyszałam przynajmniej o 2 tys., i to płci obojga.
- ?
Chodzi mi o pokolenie Ery Nowych Horyzontów, o którym mówi się też "dzieci Romana Gutka".
- Trochę ich jest rzeczywiście. Wydaje mi się, że nawet więcej, niż Pani wspomniała. Przecież przez festiwal przewinęły się dwa pokolenia. Wyrosły na naszym festiwalu. To będzie ładnych kilkanaście tysięcy.
Czy takie ojcostwo łączy się z jakąś szczególną odpowiedzialnością?
- Pewnie tak. To, jakie filmy proponujemy, wpływa na kształtowanie gustów tych "dzieci", z których wyrasta elitarna, wymagająca publiczność. Ale wydaje mi się, że w takim zarażaniu kinem nie ma nic szczególnie niebezpiecznego. Wręcz przeciwnie - to dobrze, że kino staje się dla nich ważne. Rozmawiam o tym często z żoną, która czasem ogląda ze mną filmy i powtarza: "Pamiętaj, że to są młodzi ludzie, jeszcze nieukształtowani, bardzo delikatni, wrażliwi, których łatwo zranić". Ostatnio nie porozumieliśmy się do końca i żona zabrała naszego 17-letniego syna na pokaz "Wkraczając w pustkę" Gaspara Noego. Później musiała odbyć z Kubą długą rozmowę, bo film mocno nim tąpnął. Ostrzegałem przed tym, może jednak za cicho. Więc to jest odpowiedzialność.
Zdarzają się reklamacje?
- Miałem parę takich sytuacji. Kilka osób miało do mnie żal, że niektórych filmów nie oznaczam siekierkami, podobnie jak gwiazdkuje się filmy. Ale myślę, że to osiągnęłoby odwrotny skutek. Taki film stałby się sensacją, a ja nie chcę na siłę przyciągać ludzi do kina skandalem, brutalnością, ostrym seksem. Chociaż zdaję sobie sprawę, że festiwalowa młodzież często po raz pierwszy właśnie na Erze ma kontakt z takim kinem. Bo gdzie można spotkać się z tak radykalnymi propozycjami? W telewizji nie, w kinach też, więc pozostają Nowe Horyzonty, gdzie się pokazuje rzeczy kontrowersyjne, szokujące. Ale to czemuś służy. Wydaje mi się, że potrafię wyczuć intencję twórcy i ocenić, kto próbuje mnie oszukać, żeby ściągnąć widzów do kina, a kto robi to z głębokiej potrzeby powiedzenia czegoś ważnego, chce nas wybić z bezpiecznego, kształtowanego przez media świata, w którym żyjemy. Kiedy instalacja, film czy spektakl wybijają nas z tego poczucia, czujemy się niekomfortowo. I ja właśnie chciałbym z tego komfortu publiczność wybijać prezentowanymi filmami.
Czyli stosuje Pan twardy chów. Nie boi się Pan, że publiczność się wystraszy?
- Nic na to nie wskazuje. Teraz mamy liczniejszą widownię niż podczas pierwszych pięciu edycji. Ostatni Cieszyn miał 96 tys. widzów. Tutaj rekordowa pod względem frekwencji edycja sprzed dwóch lat miała 127 tys. Ale z całą pewnością kierujemy naszą propozycję do elity. To jest kilka tysięcy osób otwartych, gotowych na wyzwania. W tym roku pokazaliśmy w kinach sześć filmów, które wybraliśmy z ubiegłorocznej edycji, zobaczyło je po kilka tysięcy widzów. Tylko "Tlen" i "Głód" obejrzało kilkanaście tysięcy. Ale już na "Plaże Agnes", na które na festiwalu nie można było się dostać, później przyszło około 4 tys. widzów. 10 lat temu widzów było z pewnością więcej. "Dym" Wanga czy "Przełamując fale" Von Triera gromadziły po 100 tys., ale nawet "Manneken Pis", mały belgijski film, miał prawie 15-tysięczną widownię. Dziś ludzie oglądają filmy w internecie, na komputerze. Dla młodych pokoleń kino to jest zabytek z XX wieku. Ciągną ich nowości. Mogą zobaczyć "Avatora", przepraszam, "Avatara"...
... którego Pan z premedytacją nie obejrzał...
- Nie obejrzałem, bo boję się sytuacji, w której nowoczesna technologia sprawia, że film staje się tylko zabawką pozbawioną głębszej myśli. Ale wiem, że dla młodych to kino wykreowane przez komputer jest fascynującą nowością. Najważniejsze jednak, że ludzie mają wybór. To tak jak z książkami - jedni czytają romanse, inni powieści iberoamerykańskie czy poezję, która wychodzi w małych nakładach. Nie płaczę, że publiczność u mnie jest mniejsza niż na komercyjnych pokazach. Cieszę się, że mogę jej pokazać inne kino.
Czy wrocławianie tworzą już silną grupę na festiwalu?
- Widzę, że otwierają się na Nowe Horyzonty. Na początku było w nich dużo nieufności. Wielu miało wyobrażenie festiwalu bardzo trudnych filmów dla garstki snobów. Mówiło się, że przyjeżdżają tu wyłącznie hardcorowcy. W ubiegłym roku zrobiliśmy badania, z których wynika, że na festiwalu wrocławianie stanowią 35 proc. publiczności. Ale imponująca kolejka, która ustawiła się przed Mediateką w poniedziałek, na cztery dni przed początkiem tegorocznej Ery, kiedy ruszyła sprzedaż biletów, świadczy o tym, że mamy tu już swoich widzów.
Tyle że po zakończeniu Ery mogą czuć się nieco osieroceni, bo brakuje we Wrocławiu instytucji, która potrafiłaby ten ich obudzony festiwalem zapał dla filmowej awangardy podtrzymać.
- Staramy się to robić. Przez Stowarzyszenie "Nowe Horyzonty", które organizuje zajęcia edukacyjne na Dolnym Śląsku, we Wrocławiu do niedawna w kinie Warszawa, teraz w sali NOT-u. Dwa miesiące temu rozpoczęła się przebudowa Warszawy. Już za dziewięć miesięcy Wrocław będzie miał najnowocześniejsze kino studyjne w Polsce - Dolnośląskie Centrum Filmowe.
Roman Gutek*: No pewnie, że wiem!
Ile w takim razie?
- O ile mi wiadomo, mam dwóch synów.
To w takim razie coś mi się tu nie zgadza. Ja słyszałam przynajmniej o 2 tys., i to płci obojga.
- ?
Chodzi mi o pokolenie Ery Nowych Horyzontów, o którym mówi się też "dzieci Romana Gutka".
- Trochę ich jest rzeczywiście. Wydaje mi się, że nawet więcej, niż Pani wspomniała. Przecież przez festiwal przewinęły się dwa pokolenia. Wyrosły na naszym festiwalu. To będzie ładnych kilkanaście tysięcy.
Czy takie ojcostwo łączy się z jakąś szczególną odpowiedzialnością?
- Pewnie tak. To, jakie filmy proponujemy, wpływa na kształtowanie gustów tych "dzieci", z których wyrasta elitarna, wymagająca publiczność. Ale wydaje mi się, że w takim zarażaniu kinem nie ma nic szczególnie niebezpiecznego. Wręcz przeciwnie - to dobrze, że kino staje się dla nich ważne. Rozmawiam o tym często z żoną, która czasem ogląda ze mną filmy i powtarza: "Pamiętaj, że to są młodzi ludzie, jeszcze nieukształtowani, bardzo delikatni, wrażliwi, których łatwo zranić". Ostatnio nie porozumieliśmy się do końca i żona zabrała naszego 17-letniego syna na pokaz "Wkraczając w pustkę" Gaspara Noego. Później musiała odbyć z Kubą długą rozmowę, bo film mocno nim tąpnął. Ostrzegałem przed tym, może jednak za cicho. Więc to jest odpowiedzialność.
Zdarzają się reklamacje?
- Miałem parę takich sytuacji. Kilka osób miało do mnie żal, że niektórych filmów nie oznaczam siekierkami, podobnie jak gwiazdkuje się filmy. Ale myślę, że to osiągnęłoby odwrotny skutek. Taki film stałby się sensacją, a ja nie chcę na siłę przyciągać ludzi do kina skandalem, brutalnością, ostrym seksem. Chociaż zdaję sobie sprawę, że festiwalowa młodzież często po raz pierwszy właśnie na Erze ma kontakt z takim kinem. Bo gdzie można spotkać się z tak radykalnymi propozycjami? W telewizji nie, w kinach też, więc pozostają Nowe Horyzonty, gdzie się pokazuje rzeczy kontrowersyjne, szokujące. Ale to czemuś służy. Wydaje mi się, że potrafię wyczuć intencję twórcy i ocenić, kto próbuje mnie oszukać, żeby ściągnąć widzów do kina, a kto robi to z głębokiej potrzeby powiedzenia czegoś ważnego, chce nas wybić z bezpiecznego, kształtowanego przez media świata, w którym żyjemy. Kiedy instalacja, film czy spektakl wybijają nas z tego poczucia, czujemy się niekomfortowo. I ja właśnie chciałbym z tego komfortu publiczność wybijać prezentowanymi filmami.
Czyli stosuje Pan twardy chów. Nie boi się Pan, że publiczność się wystraszy?
- Nic na to nie wskazuje. Teraz mamy liczniejszą widownię niż podczas pierwszych pięciu edycji. Ostatni Cieszyn miał 96 tys. widzów. Tutaj rekordowa pod względem frekwencji edycja sprzed dwóch lat miała 127 tys. Ale z całą pewnością kierujemy naszą propozycję do elity. To jest kilka tysięcy osób otwartych, gotowych na wyzwania. W tym roku pokazaliśmy w kinach sześć filmów, które wybraliśmy z ubiegłorocznej edycji, zobaczyło je po kilka tysięcy widzów. Tylko "Tlen" i "Głód" obejrzało kilkanaście tysięcy. Ale już na "Plaże Agnes", na które na festiwalu nie można było się dostać, później przyszło około 4 tys. widzów. 10 lat temu widzów było z pewnością więcej. "Dym" Wanga czy "Przełamując fale" Von Triera gromadziły po 100 tys., ale nawet "Manneken Pis", mały belgijski film, miał prawie 15-tysięczną widownię. Dziś ludzie oglądają filmy w internecie, na komputerze. Dla młodych pokoleń kino to jest zabytek z XX wieku. Ciągną ich nowości. Mogą zobaczyć "Avatora", przepraszam, "Avatara"...
... którego Pan z premedytacją nie obejrzał...
- Nie obejrzałem, bo boję się sytuacji, w której nowoczesna technologia sprawia, że film staje się tylko zabawką pozbawioną głębszej myśli. Ale wiem, że dla młodych to kino wykreowane przez komputer jest fascynującą nowością. Najważniejsze jednak, że ludzie mają wybór. To tak jak z książkami - jedni czytają romanse, inni powieści iberoamerykańskie czy poezję, która wychodzi w małych nakładach. Nie płaczę, że publiczność u mnie jest mniejsza niż na komercyjnych pokazach. Cieszę się, że mogę jej pokazać inne kino.
Czy wrocławianie tworzą już silną grupę na festiwalu?
- Widzę, że otwierają się na Nowe Horyzonty. Na początku było w nich dużo nieufności. Wielu miało wyobrażenie festiwalu bardzo trudnych filmów dla garstki snobów. Mówiło się, że przyjeżdżają tu wyłącznie hardcorowcy. W ubiegłym roku zrobiliśmy badania, z których wynika, że na festiwalu wrocławianie stanowią 35 proc. publiczności. Ale imponująca kolejka, która ustawiła się przed Mediateką w poniedziałek, na cztery dni przed początkiem tegorocznej Ery, kiedy ruszyła sprzedaż biletów, świadczy o tym, że mamy tu już swoich widzów.
Tyle że po zakończeniu Ery mogą czuć się nieco osieroceni, bo brakuje we Wrocławiu instytucji, która potrafiłaby ten ich obudzony festiwalem zapał dla filmowej awangardy podtrzymać.
- Staramy się to robić. Przez Stowarzyszenie "Nowe Horyzonty", które organizuje zajęcia edukacyjne na Dolnym Śląsku, we Wrocławiu do niedawna w kinie Warszawa, teraz w sali NOT-u. Dwa miesiące temu rozpoczęła się przebudowa Warszawy. Już za dziewięć miesięcy Wrocław będzie miał najnowocześniejsze kino studyjne w Polsce - Dolnośląskie Centrum Filmowe.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości
-
Gintrowski i młodzi artyści zaśpiewają o AK [WIDEO]
-
Best in show: najpiękniejsze spojrzenia naszych kotów
-
Miłobędzka zawsze stała z boku. To będzie jej rok
-
Historyczne wizerunki Dolnego Śląska [STARE RYCINY]
-
Maja Włoszczowska gwiazdą filmową? Wybrała igrzyska
-
Zbadaj sobie aurę. Targi niezwykłości w Hali Stulecia
-
Jeśli taksówki żółte, to pan prezydent na niebiesko
- 8 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
-
Era Nowe Horyzonty według Gutka: Twardy chów ki...
mia2006
30.07.10, 22:38
Kocham Pana, Panie Gutku :) Dziękuję za ENH we Wro, czekam na amerykański festiwal i odnowioną "Warszawę"- będzie się działo!»
-
Brawo Panie Romanie!
szymanez
31.07.10, 21:01
Gdyby nie Pana działalność umarlibyśmy od multipleksowej papki. Odliczam minuty do otwarcia "nowej Warszawy"»
Najczęściej czytane24 htydzień





