Problem z funduszami UE - nie ufają, więc sprawdzają

Rozmawiała Lucyna Róg
25.07.2010 , aktualizacja: 23.07.2010 14:22
A A A Drukuj
- Większość problemów związanych z korzystaniem z unijnych pieniędzy wynika z braku zaufania społecznego. To dlatego mnożą się biurokratyczne procedury, a beneficjenci narzekają na nieprzyjaznych urzędników - mówi politolog dr Andrzej Ferens*
- Błędem są też konkursy, których beneficjenci dostają refundacje poniesionych kosztów, a nie zaliczki. W ten sposób ograniczamy dostęp do unijnych pieniędzy tym, dla których bariera finansowa może być nie do przejścia - uważa Andrzej Ferens
Fot. Krzysztof Gutkowski / Agenc
- Błędem są też konkursy, których beneficjenci dostają refundacje poniesionych kosztów, a nie zaliczki. W ten sposób ograniczamy dostęp do unijnych pieniędzy tym, dla których bariera finansowa może być nie do przejścia - uważa Andrzej Ferens
Rozmowa z dr. Andrzejem Ferensem

Lucyna Róg: Chyba nie wypada mówić o polskich patologiach w zarządzaniu unijnymi pieniędzmi, gdy spojrzy się na statystyki nieprawidłowości w rozliczaniu dotacji, które są zgłaszane do Komisji Europejskiej. Wyglądamy w nich bardzo dobrze.

Dr Andrzej Ferens: W tzw. pierwszym okresie programowania, gdy zaczęliśmy korzystać ze środków unijnych, a zatem w latach 2004-2007, średnia kwota tych nieprawidłowości dla krajów UE wynosiła od 1,5 do 2 proc. wartości dofinansowanych projektów. Dla Polski ten wskaźnik to zaledwie 0,21 proc. Ale statystyki nie wychwytują wszystkiego. Pod pojęciem nieprawidłowości rozumieją np. sfałszowanie dokumentów, nieprzestrzeganie warunków umowy czy realizowanie projektu niezgodnie z przepisami, czyli te kwestie, które pociągają czasami za sobą postępowania prokuratorskie. Nie mieszczą się tu np. sytuacje, w których pracownik urzędu lub agencji zajmujący się unijnymi projektami równocześnie po godzinach pracuje na zlecenie firmy, która takie projekty przygotowuje do konkursu. Sporo jest też podejrzeń o polityczną korupcję, bo zdarzają się sytuacje, w których dwa niemal identyczne projekty przygotowane przez dwie różne gminy są inaczej rozpatrywane. Jeden zyskuje pozytywną opinię i dofinansowanie, a drugi nie przechodzi. Takich patologii jest dużo i mówią o nich sami urzędnicy, gdy porozmawia się z nimi mniej oficjalnie.

Ze strony unijnych beneficjentów stale słyszy się narzekania na biurokrację. Niedawno rozmawiałam z właścicielami firmy, którzy kupili komputerowy monitor o kilka cali większy, niż wpisali w swojej aplikacji o dofinansowanie. Teraz składają pisemne wyjaśnienia i wstrzymano im transze dotacji, przez co muszą zaciągnąć kredyt, by ich biznes nie padł do czasu, gdy znów będą dostawać unijne pieniądze.

- Mamy do czynienia ze zjawiskiem, które Robert Merton, socjolog organizacji, nazwał przeniesieniem celu. Nie jest już ważne, do czego mamy użyć środki, które nam powierzono. Najważniejsze jest zachowanie wszystkich drobiazgowych reguł i zasad, które wiążą się z ich rozdzielaniem i rozliczaniem. To dlatego słyszy się o sytuacjach, w których beneficjent pomylił się o kilka groszy i z tego powodu kwestionowane jest całe rozliczenie jego projektu.

Oczywiście, z jednej strony powinniśmy cenić dbałość administracji o wykorzystywanie środków publicznych, z drugiej jednak dochodzimy do sytuacji irracjonalnych. Koszt biurokratycznej mitręgi włożony w starania o zdobycie unijnej pomocy czasem jest nierównomierny z korzyściami, jakie ta dotacja za sobą pociąga. Poza tym biurokracja powoduje przeciąganie się procedur i zniechęca do korzystania z szansy, jaką są unijne pieniądze.

Zajmuję się realizacją unijnego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich, w ramach którego dofinansowania dostają m.in. organizacje działające w programie Leader. To inicjatywa, której celem jest pobudzenie społeczności wiejskich do aktywności. Lokalne Grupy Działania, tzw. LGD, pomagają mniejszym podmiotom albo same starają się o pieniądze na projekty, które m.in. rozwiązują lokalne problemy albo uatrakcyjniają wieś. Może to być remont świetlicy, zorganizowanie imprezy, która przyciągnie turystów, czy wypromowanie jakiegoś lokalnego specjału.

Gdy dziś porozmawia się z jakąkolwiek grupą liderską w całym kraju, usłyszy się ogromny żal. Liderzy namawiali ludzi do działania, zachęcali organizacje, stowarzyszenia i prywatnych przedsiębiorców, by pisali wnioski i starali się o unijne pieniądze. Teraz ci ludzie mają do nich pretensje i czują się oszukani, bo okazało się, że między ogłoszonym konkursem a momentem, gdy jego zwycięzcy dostaną pieniądze na realizacje zaplanowanych przedsięwzięć, upływa rok, półtora, a nawet dwa lata. W taki sposób tylko marnuje się kapitał społeczny.

Urzędnicy tłumaczą się procedurami i winę za np. przeciągające się rozliczenia projektów zrzucają na beneficjentów, którzy popełniają mnóstwo błędów. Może to faktycznie nie jest tylko kwestia urzędniczej niechęci?

- Oczywiście, że beneficjenci też przyczyniają się do takiego stanu rzeczy. Jednak moim zdaniem problemem jest przede wszystkim brak zaufania społecznego. Przy każdym konkursie unijnym wymagamy setek dokumentów i załączników, obudowujemy się tysiącami dodatkowych przepisów i warunków, wymagamy szczegółowych wyjaśnień, kolejnych dokumentów i modyfikowania sprawozdań nawet przy najmniejszej zmianie. Dlaczego? Bo nie wierzymy w szczerość swoich intencji. Urzędnik chce więc zabezpieczyć się przed każdą ewentualnością posądzenia o defraudację unijnych pieniędzy. Lepiej kurczowo trzymać się przepisów, niż wyciągnąć pomocną dłoń do beneficjenta.

Nie namawiam tutaj do omijania procedur, ale do ich racjonalnego poukładania. Chodzi przecież o to, by pieniądze unijne faktycznie nam pomagały, a nie tylko, by wszystko zostało odpowiednio zaksięgowane.

A może to nie jest tylko kwestia braku zaufania społecznego, ale także tego, że chcemy być w Unii prymusem? Chcemy, by wszystko było idealnie, więc każdy papierek musi się zgadzać.

- Gdyby tylko to było przyczyną tej całej sytuacji, to przekładalibyśmy unijne rozwiązania dokładnie w takim samym kształcie, w jakim są one realizowane w krajach Unii. A tak nie jest, bo my dokładamy do nich jeszcze setki dodatkowych przepisów. Posłużę się znów przykładem Leadera, bo jest mi najbliższy. Nic nie stało na przeszkodzie, by podobnie jak w Irlandii, Niemczech czy Francji pieniądze na realizację oddolnych inicjatyw dostawały bezpośrednio Lokalne Grupy Działania i to one, zgodnie z określonymi standardami i przepisami, rozdzielały je pomiędzy inicjatorów różnych lokalnych przedsięwzięć. Na Zachodzie takie rozwiązania są już przećwiczone i działają dobrze. U nas jednak zadecydowano, że pieniądze będą rozdzielały tylko urzędy marszałkowskie.

Powtórzę: nie ufamy sobie. Wydaje nam się, że lepiej dołożyć urzędowi nowych obowiązków i zalać go falą dokumentów i załączników, z którymi będzie zmagał się przez kilka czy kilkanaście miesięcy, niż narazić się na to, że może trafić się jedna LGD, która nie poradzi sobie z rozdzielaniem pieniędzy.

Czyli popełniamy błędy już na początku drogi, jaką przechodzą unijne pieniądze, zanim trafią tam, gdzie powinny?

- Niestety. A to niejedyny przykład. Błędem są też konkursy, których beneficjenci dostają refundacje poniesionych kosztów, a nie zaliczki. W ten sposób ograniczamy dostęp do unijnych pieniędzy tym, dla których bariera finansowa może być nie do przejścia.

Albo inny przykład: jeśli minimalna kwota dofinansowania jest zbyt wysoka, wyklucza mniejszych beneficjentów, którzy nie mają szans w starciu z większymi podmiotami zgłaszającymi duże projekty. Nawet jeśli projekty tych mniejszych beneficjentów są ciekawe i potrzebne, to i tak nie będą brane pod uwagę. Dla urzędnika to wygodne, bo im większe projekty, tym mniej beneficjentów. Wszystko załatwi się szybciej, bo do obsługi zostanie kilka firm czy samorządów, a nie 20 czy 30. Taka polityka rozdziału środków unijnych jest już, niestety, widoczna w naszym regionie. Większe ośrodki i podmioty kumulują dofinansowania, co prowadzi do zjawiska "wrocławskocentryzmu". Wystarczy tylko spojrzeć na konkursy przeznaczone dla wyższych uczelni, by zauważyć, że większość dotacji zdobywa kilka uczelni z Wrocławia.

Nie jest to raczej kwestia sprawności tych uczelni w zdobywaniu unijnych środków, powołania tam osobnych komórek odpowiedzialnych za zdobywanie dotacji itd.?

- To część prawdy. Ale należy tu sobie zadać pytanie, czy chcemy wspierać wyłącznie tych, którzy już dobrze sobie radzą? Czy raczej równomiernie rozdzielać środki, pomagając także tym, którzy mogliby zrealizować interesujący projekt, ale nie mogą pozwolić sobie na zatrudnienie sztabu ludzi, którzy napiszą świetny wniosek.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 8 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy