Wrocław: 83 zarzuty dla ginekologa. Pracował w klinice

Katarzyna Lubiniecka
12.07.2010 , aktualizacja: 11.07.2010 19:41
A A A Drukuj
Według wrocławskiej prokuratury dr Andrzej W. wielokrotnie oszukiwał swoje pacjentki, narażał ich życie i zdrowie na niebezpieczeństwo, a także wymuszał i brał od nich łapówki
Akta
Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Gazeta
Akta
Do sądu wpłynął właśnie akt oskarżenia przeciw lekarzowi, który w przeszłości był zatrudniony m.in. w klinice wrocławskiej Akademii Medycznej. Na liście 83 zarzutów najczęściej pojawiają się:

Narażanie zdrowia i życia pacjentek

Według prokuratury Andrzej W. dopuszczał się tego, stosując u nich znieczulenie ogólne w postaci dożylnego podawania leku Propofol. To lek, przez który zmarł Michael Jackson. Nie można go stosować bez uprawnień anestezjologa i odpowiedniego sprzętu potrzebnego w przypadku, gdyby zaszła konieczność ratowania życia. Propofol jest też niebezpieczny dla płodu. Bezwzględnie nie można go stosować u kobiet w ciąży, a zdaniem śledczych lekarz przed jego stosowaniem w ogóle nie przeprowadzał wywiadu lekarskiego. Nie prowadził też żadnej dokumentacji lekarskiej pacjentek.

Oszustwa

Zdaniem śledczych diagnozował u pacjentek schorzenia, których nie miały. Mówił, że może je wyleczyć, i umawiał się z nimi na kwotę, za jaką to zrobi. Podczas "leczenia" wprowadzał kobiety w znieczulenie ogólne i nic nie robił. A po "zabiegu" twierdził, że są wyleczone. Jednej z pacjentek powiedział na przykład, że wyleczył ją z guza, choć później okazało się, że ten wciąż jest w jej macicy. Prokuratorzy wyliczyli, że jedną z kobiet oszukał w ten sposób dziewięć razy. Tyle zabiegów usuwania zrostów w jamie macicy przeprowadził u niej w niecałe dwa lata. Kosztowało ją to 9 tys. zł.

W ten sposób miał próbować oszukać także inne pacjentki, ale mu się nie udało. Po tym, jak postawił diagnozę, kobiety konsultowały się bowiem z innymi ginekologami, którzy stwierdzali, że są zdrowe i zabiegów nie potrzebują. W 2006 roku dziennikarka TVN odwiedziła gabinet doktora W. z ukrytą kamerą. Zdiagnozował u niej chorobę i umówił się na leczenie. Inni lekarze stwierdzili, że jest zdrowa. Po reportażu wyemitowanym przez stację do prokuratury zaczęły zgłaszać się kolejne pacjentki ginekologa.

Korupcja

Według prokuratury doktor Andrzej W. popełnił 18 przestępstw korupcyjnych. Żądał i brał łapówki m.in. za wykonywanie cesarskich cięć (od 1-3 tys. zł za jedno). Niektóre zeznania dotyczące tych przestępstw są bardzo dramatyczne. Według jednego z małżeństw doktor W. przed porodem miał powiedzieć do ciężarnej kobiety: "Jeżeli chce pani, aby moje ręce były przy pani porodzie, musi pani zapłacić 2 tys. zł". Nie zapłaciła. Jednak kiedy zaczęła rodzić, nikt z personelu nie chciał jej pomóc, bo wiedziano, że to pacjentka doktora W. Dopiero gdy mąż pacjentki telefonicznie obiecał mu pieniądze, Andrzej W. przyjechał i zrobił cesarkę.

Doktor: jestem niewinny

Doktor W. nie przyznaje się do winy. Przekonuje, że ma drugi stopień specjalizacji z ginekologii, doktorat i nie musi mieć uprawnień do stosowania propofolu, gdyż lek ten wprowadza pacjentki tylko w tzw. płytką sedację (jak określał "pierwszą fazę snu"), czyli stan, który nie jest pełnym znieczuleniem ogólnym. Zapewnia też, że wykonywał wszystkie zabiegi, za które pacjentki mu płaciły.

Nowe ekspertyzy

To już drugi akt oskarżenia w tej sprawie. Pierwszy, z jesieni 2008 roku, sąd odesłał prokuraturze, uzasadniając, że niewystarczająco wyjaśniono w nim, czy "płytka sedacja", na którą powoływał się lekarz, jest rzeczywiście czymś innym niż znieczulenie ogólne.

Powołani nowi biegli potwierdzają jednak zarzuty wobec Andrzeja W. Anestezjolog z łódzkiej AM stwierdził m.in., że w anestezjologii nie stosuje się pojęcia "pierwszej fazy snu", i że doktor stosował znieczulenie ogólne przy całkiem bezbolesnych zabiegach, przy których znieczulenia w ogóle się nie stosuje.

Z kolei biegli ze Szczecina oceniają postępowanie lekarza jako karygodne. Twierdzą, że ginekolog wmawiał części pacjentek choroby. Generowało to u nich poczucie zagrożenia, które swoim postępowaniem wzmagał, zmuszając je do kolejnych wizyt i kosztów ponawianych zabiegów. Postępował więc w całkowitej sprzeczności z główną zasadą, jaka obowiązuje lekarza: aby cały czas swoim postępowaniem ulżyć cierpieniu. Wg nich doktor W. takie cierpienie generował.

Biegli potwierdzili też, że do stosowania propofolu trzeba mieć uprawnienia anestezjologa.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 37 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów