Wademekum globtrotera: Z czarnym kamieniem w kieszeni

Not. Aneta Augustyn
05.07.2010 , aktualizacja: 04.07.2010 15:19
A A A Drukuj
Zawsze zabieram paszport, gotówkę zaszytą w spodniach i czarny kamień belgijskich misjonarzy. W przypadku ukąszeń przez jadowite zwierzęta skutecznie wyciąga jad - mówi Jurek Trawiński*
SERWISY
Najbardziej szalona podróż

W 2003 roku, po dwóch miesiącach pracy w Arizonie, kupiłem 25-letniego volkswagena za całe 200 dolarów. Od lat stal na łące, trawa rosła również w środku. Nie miał zamków w drzwiach, żadnych zegarów ani kontrolek, wszystkie kable wisiały luzem. Ruszyłem nim w stronę Peru. Nie wiedziałem, z jaką prędkością jadę i ile mam jeszcze paliwa w baku. Po prostu kiedy samochód zatrzymywał się, wysiadałem i dolewałem paliwa z kanistra, który zawsze miałem w bagażniku. Meksykański policjant, który zatrzymał mnie w nadziei wyłudzenia jakiegoś "mandatu", jedynie pogratulował mi tego złomu i poradził, żebym odkręcił amerykańską tablicę rejestracyjną. Tak też zrobiłem i żaden więcej patrol mnie nie zatrzymał. Tablicę przykręcałem jedynie na granicach. Któregoś dnia samochód z powodu braku paliwa stanął pośrodku wielkiego skrzyżowania w samym centrum Managui, stolicy Nikaragui. Na dobry kwadrans zablokowałem miasto. Jedni na mnie wrzeszczeli i trąbili, inni śmiali się z gringo, co jeździ takim gratem. W czwartym miesiącu podróży samochód zapalił się na bocznych drogach Kostaryki. Sprzedałem go wówczas za 100 dolarów i wróciłem do Polski.

Przygoda mrożąca krew w żyłach

Kiedyś w malutkiej wiosce zachodnim Iranie, przy granicy z Irakiem, siedziałem sobie spokojnie na łące z pasterzami, gdy podjechał terenowy samochód, z którego wysiadło kilku mężczyzn w cywilu, z krótkofalówkami. Pasterze wstali przestraszeni, a tamci na migi zapytali o paszport i kazali mi wsiadać do auta. To był kolejny rok wojny iracko-irańskiej i służby były wyczulone na ochotników z Afganistanu, Turkmenistanu, Pakistanu, którzy próbowali przedostać się nielegalnie przez granicę. Przyjechaliśmy do pobliskiego miasteczka i weszliśmy do okratowanego budynku, w którym natknąłem się na umundurowanych żołnierzy z długa bronią. Przeszliśmy w głąb budynku przez kolejne metalowe drzwi. Tam, otoczony żołnierzami, którzy mówili tylko po persku, spędziłem kilka długich godzin. Wyobraziłem sobie, że trafiam do aresztu, posądzony o nie wiadomo co i świat o mnie zapomni. W końcu przyszedł tłumacz w asyście kilku oficerów i zapytał o pozwolenie na robienie zdjęć. Odparłem, zgodnie z prawdą, że nic nie wiem o takich wymaganiach. Zapytał, czy jestem dziennikarzem. Pokręciłem przecząco. Okazało się, że skoro nim nie jestem, to nie muszę mieć pozwolenia. Po tym werdykcie wszyscy zaczęli się do mnie uśmiechać, a komendant policji zaprosił mnie do domu.

Co kraj to obyczaj

Również w Iranie trafiłem do skromnej noclegowni w niedużym mieście. Na migi okazałem gospodarzowi, że szukam spania. Wahał się chwilę, po czym ruszyliśmy w głąb budynku, w którym nocowali mężczyźni i kobiety. Weszliśmy do sali, gdzie siedziało na łóżkach pięciu mężczyzn. Jedno łóżko było wolne. Ukłoniłem się współlokatorom i usiadłem na nim. W pokoju zapanowała konsternacja. Pierwszy wstał najstarszy, około 80-letni - godny, wyprostowany, pełen dumy. Podszedł do mnie, podał mi kawałek chleba na powitanie i odszedł. Po nim wstał następny, nieco młodszy i znowu bez słów podszedł do mnie ze swoim skromnym darem - orzechami. Podchodzili tak wszyscy, z owocami, aż do najmłodszego, który dał mi cukierka. Cała ceremonia odbyła się w ciszy, bez jednego słowa. Następnego ranka, kiedy tylko podniosłem się z łóżka, najstarszy czekał już na mnie ze skromnym śniadaniem rozłożonym na ręczniku na jego łóżku... Tak było przez cały tydzień.

Top 5, czyli niezbędnik

Nie mam żadnej listy niezbędników. Zabieram paszport i gotówkę zaszytą w spodniach koszulach. Ograniczam rzeczy do minimum: w tym roku spędziłem kilka miesięcy w Afryce z sześciokilogramowym plecakiem. Na miejscu często szukam pracy, ale głównie po to, żeby poznać ludzi. Do krajów tropikalnych zabieram zawsze tzw. czarny kamień belgijskich misjonarzy. Nie mam pojęcia, co to za minerał, ale w przypadku ukąszeń przez jadowite zwierzęta skutecznie wyciąga jad. Trzeba naciąć ranę i przyłożyć kamień, a potem zneutralizować go wkładając do szklanki z mlekiem. Mój sąsiad, Belg, były komandos, potwierdził, że podczas inwazji w Kongo on i jego koledzy mieli te kamienie ze sobą.

Miejsce przeklęte, czyli nigdy tam nie wrócę

Długo przeklinałem pewien zakomarzony hotel w Bamako, stolicy Mali, położony nad rzeką Niger, gdzie złapałem malarię. Jednak już raz tam powróciłem i pewnie jeszcze wrócę, bo jest niedrogi i dużo tam się dzieje: koncerty, warsztaty. To właściwe dom młodzieży, choć napotkani tam Hiszpanie mówili, że powinien się nazywać domem komarów.

Pieszo, rowerem, na wielbłądzie

Po miastach zawsze chodzę pieszo, nawet jeżeli to metropolie. Po krajach podróżuję komunikacją publiczną, autobusami i pociągami oraz autostopem. W autobusach często można zająć miejsce na dachu i mieć świetny widok na mijane tereny. Kiedyś jechałem pociągiem przez Sudan. Byłem jedynym białym wśród 500 pasażerów i stałem się pupilkiem: na przystankach z lewa i prawa częstowali mnie jedzeniem, w końcu maszynista wziął mnie do lokomotywy i tak paradnie dojechałem do samego Chartumu.

Rady dla debiutanta

Najważniejsze żeby w końcu wyruszyć i kroczek po kroczku posuwać się dalej. Strach ma wielkie oczy, a to nieprawda, że wszyscy chcą nas okraść albo porwać. Zawsze lepiej dopytywać się ludzi spotkanych w podróży o zwyczaje i okoliczności, i balansować między roztropnością a bezkrytycznym zaufaniem.

* Jurek Trawiński - przewodnik górskiej turystyki konnej. Hoduje gdzie hoduje kozy i konie w gospodarstwie ekologicznym we wsi Nowina k/Henrykowa www.nowina5.pl Za komuny objeździł wszystkie demoludy, a po 1989 był kilkakrotnie w Afryce i Ameryce Płd. oraz na Alasce i w Mongolii.

** W naszym letnim cyklu „Wademekum globtrotera” ludzie, którzy kochają podróże, będą się dzielić swoimi doświadczeniami z wypraw na koniec świata. Zapraszamy naszych Czytelników do współtworzenia rubryki, czekamy na zgłoszenia: aneta.augustyn@wroclaw.agora.pl

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

  • Wademekum globtrotera: Z czarnym kamieniem w ki... kogowska 05.07.10, 07:31

    Ten "czarny kamień belgijskich misjonarzy" to hyraceum, nie minerał, a wysuszone na kość odchody góralka przylądkowego. To środek medycyny ludowej od stuleci używany w całej Afryce i część »