Blady Niko czyli wielbiciel Godarda i błyszczących ciź
20.06.2010
, aktualizacja: 20.06.2010 16:09
Najnowsza powieść Tomka Tryzny "Blady Niko" zaczyna się jak dobry thriller - od trzęsienia ziemi. Ale później napięcie spada. Książka, zapowiadana jako kontynuacja trylogii dziecięcej, której poprzednie części tworzą "Panna Nikt" i "Idź, kochaj", jest kompletnie pozbawiona zalet tych powieści
5 stycznia 1967 wali się w gruzy ratuszowa wieża w Świdnicy. Matka tytułowego bohatera cudem uchodzi z życiem. Główna intryga nie dotyczy jednak bynajmniej poszukiwania winowajcy tej katastrofy, a przygód Romka, tytułowego Bladego Niko, dziewiętnastoletniego "chorego na oryginalność popaprańca", filmowca amatora, który po porzuceniu szkoły zarabia na sztukę, pikując ortaliony w domowym zakładzie krawieckim. Chłopak, dysponując skromną kamerką Kwarc 3, marzy o nowocześniejszym arrifleksie - z jego pomocą chce zdobyć laury na włoskim festiwalu dla amatorów w Pesaro. Oto nadarza się szansa - widzem lokalnego przeglądu jest Niemiec, który tak się zachwycił pięknymi kadrami Świdnicy w jednej z amatorskich produkcji, że postanawia zafundować miejscowemu klubowi filmowemu profesjonalny sprzęt. Ale na kamerę, jakiej nie ma nikt w okolicy, ostrzy sobie zęby prezes klubu Oczko, urodzony działacz, członek SD i instruktor w domu kultury, który zamierza zadebiutować jako reżyser historycznej superprodukcji o Jakubie Tau, średniowiecznym błaźnie, zabójcy książęcego syna. Z drugiej strony redaktor Orski, wałbrzyski korespondent Telewizji Wrocław, któremu towarzyszy nieodłączny asystent Urbanek, jest zdania, że oddawać taki sprzęt w ręce amatorów zwyczajnie się nie godzi. Tymczasem Blady Niko szuka tematu do swojego filmu. Waha się między układem z Oczką, szlifowaniem własnego pomysłu i realizacją obrazu według twórczości swojego rówieśnika, młodego literata Filipa Kapuścika. Wielbiciel Godarda i błyszczących ciź, czuje się też uczuciowo rozdarty między Bożenką o ustach jak skąpany w oleju sztandar ZSRR, zazdrosną o kamerę Andzią o azjatyckich rysach i licealistką Brygidą, która brak wdzięku nadrabia zaletami ducha. Jednak jeśli chcemy potraktować "Bladego Niko" jako powieść o dojrzewaniu do kina i do miłości, zawiedziemy się - w trakcie lektury okaże się, że na drodze do obu tych celów Niko posunął się niewiele naprzód.
Nie są to zresztą szarpiące duszę dylematy i nie one przede wszystkim, ale kalejdoskopowe tempo powieściowej akcji podtrzymuje czytelniczą uwagę. Trzeba przyznać, że Tryzna zgrabnie snuje swoją dygresyjną opowieść, w której jak w szkatułce jedna anegdota rodzi następną. Sęk w tym, że książka, zapowiadana przez wydawcę jako ostatni akord trylogii dziecięcej, której poprzednie części tworzą "Panna Nikt" i "Idź, kochaj", jest kompletnie pozbawiona zalet tamtych powieści, mimo że z poprzedniczką łączy ją bohater - starszy o kilka lat Romek Stratos. Momentami zabawna, napisana lekko, więc łyka się ją łatwo i bezboleśnie - ale na tym kończą się jej zalety. Bo już tempo, w jakim wyparowuje z pamięci, jest wprost proporcjonalne do czasu spędzonego na jej lekturze. Nie ma w niej głębszej refleksji nad dojrzewaniem, które - inaczej niż w poprzednich książkach - tutaj wydaje się kompletnie pozbawione swojego nieznośnego ciężaru. Nie do końca też wiadomo, do kogo jest skierowana. Notorycznie upijający się i sypiający z kim popadnie bohater może wzbudzić nieufność rodziców nastolatków, z kolei dla nich samych przez swoją miałkość ta lektura będzie stratą czasu. Bo choć narrator zaznacza, że snuje swoją historię z oddalenia, w domyśle - z dorosłego dystansu, to śladów tej dojrzałości próżno w książce szukać.
Tomek Tryzna, "Blady Niko", wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2010
Nie są to zresztą szarpiące duszę dylematy i nie one przede wszystkim, ale kalejdoskopowe tempo powieściowej akcji podtrzymuje czytelniczą uwagę. Trzeba przyznać, że Tryzna zgrabnie snuje swoją dygresyjną opowieść, w której jak w szkatułce jedna anegdota rodzi następną. Sęk w tym, że książka, zapowiadana przez wydawcę jako ostatni akord trylogii dziecięcej, której poprzednie części tworzą "Panna Nikt" i "Idź, kochaj", jest kompletnie pozbawiona zalet tamtych powieści, mimo że z poprzedniczką łączy ją bohater - starszy o kilka lat Romek Stratos. Momentami zabawna, napisana lekko, więc łyka się ją łatwo i bezboleśnie - ale na tym kończą się jej zalety. Bo już tempo, w jakim wyparowuje z pamięci, jest wprost proporcjonalne do czasu spędzonego na jej lekturze. Nie ma w niej głębszej refleksji nad dojrzewaniem, które - inaczej niż w poprzednich książkach - tutaj wydaje się kompletnie pozbawione swojego nieznośnego ciężaru. Nie do końca też wiadomo, do kogo jest skierowana. Notorycznie upijający się i sypiający z kim popadnie bohater może wzbudzić nieufność rodziców nastolatków, z kolei dla nich samych przez swoją miałkość ta lektura będzie stratą czasu. Bo choć narrator zaznacza, że snuje swoją historię z oddalenia, w domyśle - z dorosłego dystansu, to śladów tej dojrzałości próżno w książce szukać.
Tomek Tryzna, "Blady Niko", wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2010
Najnowsze wiadomości
-
Próby iluminacji wrocławskiego stadionu na Euro [FOTO]
-
Dobre Strony czytania najmłodszym poznacie na Solnym
-
Awangarda elektroniki na festiwalu Avant. Przyjadą gwiazdy
-
Piątek we Wrocławiu. Zobacz miasto na zdjęciach
-
Wypadek na Legnickiej: ciężarówka potrąciła kilkulatka
-
Iran, Tajlandia, Wenezuela w jeden wieczór? To możliwe
-
Pojawiła się szansa na rozejm we wrocławskim MPK
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć