Proces w sprawie wypadków lubińskich z 1982 r.

Małgorzata Porada
16.04.2002 , aktualizacja: 16.04.2002 00:00
A A A Drukuj
Od prawie dwóch i pół roku przed wrocławskim Sądem Okręgowym toczy się trzeci już proces dotyczący śmierci manifestantów podczas solidarnościowej demonstracji w Lubinie w 1982 roku. We wtorek przesłuchiwany był m.in. jeden z prokuratorów wojskowych, który brał udział w dochodzeniu prowadzonym tuż po wypadkach
Żaden z milicjantów nie przyznał się do strzelania z ostrej amunicji, ale miasto wyglądało jak po wojnie. Z prokuratorem Milanem S. naliczyliśmy nazajutrz około 900 śladów po kulach - mówił we wtorek Krzysztof H.

Proces w sprawie śmierci manifestantów podczas solidarnościowej demonstracji w Lubinie w 1982 roku toczy się po raz trzeci od nowa. Oskarżeni to: Jan M. - ówczesny zastępca komendanta MO w Lubinie, Bogdan G. - zastępca komendanta wojewódzkiego z Legnicy, i Tadeusz J. - dowódca plutonu ZOMO, który krytycznego dnia poprowadził tyralierę w ulicę, gdzie zginęło dwóch manifestantów.

Pocisk w lodówce

Wczoraj okazało się, że dwóch z wezwanych na rozprawę świadków zmarło w ubiegłym roku. Ci, co się stawili przed sądem, zaczynali swe zeznania od słów: niewiele już pamiętam. Sąd wysłuchał m.in. prokuratora wojskowego

Krzysztofa H., który przyjechał do Lubina 31 sierpnia 1982 roku wieczorem, aby pomóc w czynnościach śledczych prok. Milanowi S.

- Przesłuchiwałem i tych, którzy strzelali. Wszyscy zaprzeczali, aby użyli ostrej amunicji. To byli nieetatowi pracownicy MO, pościągani z wiosek, ludzka zbieranina - mówił wczoraj. Prokuratorzy mieli kłopot z dotarciem do świadków spoza milicji. Ludzie bali się zgłaszać, gdyż w tym samym czasie zatrzymywano uczestników manifestacji. Krzysztof H. przypomina sobie jednak zeznania kobiety, w której lodówce w mieszkaniu na drugim piętrze utkwił pocisk. - Opowiadała, że ulicą szedł wąsaty, potężny policjant z karabinem. Spojrzał do góry i zaczął strzelać w jej okno - relacjonował sądowi Krzysztof H.

Ostrzelany kiosk

Nazajutrz poszli z prok. Milanem S. oglądać miasto. - Widziałem ostrzelany kiosk. Jeden z murów przypominał tarczę strzelniczą. Naliczyłem w nim około 100 przestrzelin. Podziurawione były też drzwi do kościoła - około 80 przestrzelin. Nie znaleźliśmy jednak ani jednej łuski. Dowiedziałem się, że ludzie je wyzbierali. Zwróciłem się więc o pomoc do księdza. Na apel z ambony wierni przynieśli mu kilkanaście łusek, które nam przekazał. Miałem potem przykrości. Zarzucano mi, że upoważniłem kościół do prowadzenia śledztwa - wyjawił.

To nie były jedyne kłopoty prokuratora. Raport, który sporządził wraz z prok. Milanem S., zawierał jasno sformułowany wniosek: użycie broni przez milicję było całkowicie nieuzasadnione.

- Moim zdaniem nie było żadnego zagrożenia dla życia. Milicja szła tyralierą i strzelała przed siebie, po ścianach, po jezdni, a rykoszety odbijały się we wszystkich kierunkach - mówił świadek.

Prokurator Milan S. planował postawienie dowodzącym akcją zarzutów niedopełnienia obowiązków. Raport prokuratorów nie spodobał się ich przełożonym. Płk M. zdecydował, że konkluzje wyciągnięto przedwcześnie, i nakazał część stron wyeliminować. Okrojony dokument powędrował do Warszawy. Usunięte fragmenty opublikowała jednak prasa podziemna i wyemitowało Radio Wolna Europa. W stosunku do prokuratorów wszczęto postępowanie dyscyplinarne o ujawnienie tajemnicy służbowej.

Śledztwo prowadzone pod nadzorem Naczelnej Prokuratury Wojskowej umorzono w 1983 roku. Nim zostało zakończone, gen. Kiszczak przesądził o rozstrzygnięciu sprawy. Z trybuny sejmowej ogłosił, że w Lubinie milicja użyła broni w sytuacji zagrożenia życia i wyższej konieczności.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów