Działajmy, zanim politycy znów nie zapomną o powodzi
21.05.2010
, aktualizacja: 21.05.2010 16:39
Dlaczego Wrocław nie ma nowej infrastruktury przeciwpowodziowej, a Opole ma? Bo władzom Wrocławia zabrakło determinacji w forsowaniu inwestycji przeciwpowodziowych na szczeblu rządowym. A determinacja prezydentów Opola oraz kolejnych wojewodów była ogromna - twierdzi hydrolog dr hab. inż. Czesław Szczegielniak
ZOBACZ TAKŻE
- Już zapomnieli, że mają walczyć o ustawę powodziową (21-01-11, 08:00)
- Byli urzędnicy oskarżeni w sprawie Programu dla Odry (12-01-11, 08:00)
- Nie ma sporu o wał przeciwpowodziowy na Kozanowie (28-12-10, 18:30)
- Z takimi katastrofami musimy się liczyć w przyszłości (09-08-10, 06:00)
- Za cztery lata Wrocław ma mieć ochronę przed powodzią (19-06-10, 09:00)
- Na walkę z powodzią potrzebne są aż cztery miliardy (18-06-10, 08:00)
- Głupi Polak po wodzie: jak tracić czas i pieniądze (29-05-10, 12:00)
- Kozanów: projekt wałów jest gotowy, ale działkowcy... (23-05-10, 20:22)
- Woda się podnosi, ale nie będzie powtórki z 1997 roku (20-05-10, 21:03)
- Powódź idzie, a program dla Odry tylko na papierze (19-05-10, 08:00)
- Nadal grozi nam taka powódź jak w 1997 roku (25-06-09, 11:35)
- Lech Poprawski: Pieniądze na zabezpieczenia przeciwpowodziowe są, ale nikt się o nie nie stara (14-08-06, 00:00)
- Wielka woda znów zaatakowała Wrocław (20-05-10, 14:47)
- Bogatynię zniszczył kataklizm wywołany siłami natury (10-08-10, 05:00)
Michał Kokot: Wyciągnęliśmy wnioski z powodzi w 1997 roku? Z aktualizacji Programu dla Odry 2006 wynika, że od tego czasu nie powstała żadna nowa inwestycja chroniąca nas przed kataklizmem. Kluczowe obiekty mają potężne opóźnienia, zbiornik Racibórz - czteroletnie, a modernizacja Wrocławskiego Węzła Wodnego już siedmioletnie.
Czesław Szczegielniak: Ubolewam nad tym i wyrażam wielki niepokój z tego powodu. Nie ma nowych, solidnych bulwarów, nie powiększyliśmy przepustowości kory Odry ani kanału powodziowego do takiego stopnia, aby bezpiecznie przeprowadzić falę przez system hydrologiczny. Modernizacja Wrocławskiego Węzła Wodnego, który wraz ze zbiornikiem Racibórz stanowi całość, to wciąż jedynie projekt. A przecież wszystkie prace dokumentacyjne z nim związane zostały wykonane już w 2004 roku. Sporządzono dziesiątki symulacji komputerowych fali powodziowej, zrobiono też projekty budowlane dla części zadań.
Cała ta praca jest teraz powtarzana od nowa. Dlaczego?
- Bo zabrakło determinacji, by inwestycję przeprowadzić, i przez lata studium straciło na aktualności. Teraz realizuje je inne grono specjalistów. Muszą najpierw poznać specyfikę Wrocławskiego Węzła Wodnego, wykonać nowe obliczenia, które potwierdzą te, które zostały do tej pory zrobione. Argumentem za sporządzeniem nowej dokumentacji jest fakt, że po wejściu Polski do Unii Europejskiej obowiązują nas inne procedury realizowania inwestycji. Podobne wymagania narzucił Bank Światowy, z którego kredytu inwestycja będzie współfinansowana. Śmiem twierdzić, że obecna koncepcja będzie wielokrotnie droższa.
Z budową Wrocławskiego Węzła Wodnego oraz zbiornika Racibórz musimy jednak zdążyć do 2015 roku, inaczej przepadną nam środki unijne. Uważa Pan, że to realne?
- Trudno powiedzieć. Technicznie rzecz biorąc, wykonanie tych inwestycji w ciągu pięciu lat jest możliwe. Pieniądze na ten cel przecież są zagwarantowane. Przeszkodą nie będą też procedury przetargowe. Problem leży na etapie przygotowania dokumentacji pod inwestycję. W przypadku budowy zbiornika Racibórz kłopot pojawił się na etapie wystąpienia o pozwolenia na budowę. Tu również musi po raz kolejny zostać wydana opinia oddziaływania na środowisko naturalne. Dawna dokumentacja, która została wydana na podstawie polskiego prawodawstwa, straciła ważność. Po wejściu do Unii obowiązują nas inne przepisy. Teraz ta ocena musi zostać wykonana znacznie szerzej. Wymaga zasięgnięcia opinii organizacji ekologicznych, które mają bardzo poważny udział w ocenie takich projektów. Odniosły już one znaczący sukces w przypadku zbiornika Racibórz. I spowodowały, że ta inwestycja w świetle ekonomicznym straciła sens.
Dlaczego?
- Organizacje doprowadziły do tego, że będzie to zbiornik suchy. Czyli taki, który jest wykorzystywany tylko raz na kilkadziesiąt lat w przypadku wielkich kataklizmów. Natomiast w przypadku nieco mniejszych powodzi, np. takiej jak obecnie, ta woda ma cały czas płynąć i zbiornik jej nie będzie przyjmować. Organizacje ekologiczne twierdzą, że dzięki temu ta woda będzie naturalnie rozlewać się w lasach i łęgach, które wymagają podlewania co jakiś czas, i dzięki temu nie zostanie zaburzony ekosystem. Tyle że poza lasami i łęgami na drodze rzeki są gospodarstwa i zabudowania, które będą podtapiane. To oznacza realne straty.
Wybudowanie zbiornika będzie kosztować ponad miliard złotych. Straty, które zostaną dzięki niemu powstrzymane raz na te kilkadziesiąt lat, nie będą równe kosztom jego wybudowania. Jednak gdyby na stałe przyjmował wodę, dodatkowo również w przypadku susz, i jeszcze im zapobiegał, wówczas miałoby to ekonomiczne uzasadnienie.
W przypadku zbiornika Racibórz nie została wykupiona nawet połowa gruntów pod jego budowę.
- To kolejny problem. Nie wszyscy mieszkańcy z terenu wsi Nieboczowa chcą zgodzić się na wysiedlenie i wykupienie ich nieruchomości przez państwo. Oznacza to poważny konflikt społeczny. Zakładam, że po doświadczeniach tej powodzi przyspieszone zostaną działania formalne, ustawowe, prowadzące do wywłaszczenia właścicieli gruntów pod budowę obiektów przeciwpowodziowych.
Marszałek Bronisław Komorowski zapowiedział kilka dni temu, że poprosi rząd o przygotowanie takiej ustawy.
- Ten moment trzeba koniecznie wykorzystać. Za dwa-trzy lata będzie już za późno. O sprawie zapomną mieszkańcy, a politycy zaczną zajmować się innymi sprawami i kwestia powodzi zejdzie znowu na plan dalszy, wysuwając na pierwszy np. suszę.
Wywłaszczanie właścicieli pod inwestycje przeciwpowodziowe powinno odbyć się na podobnych zasadach jak w przypadku autostrad. Inaczej nie poradzimy sobie z budową takich obiektów. W Małopolsce jest jeszcze gorzej - problem potęguje chaos urbanistyczny. Tam każdy budował się, gdzie chciał. Koncepcja, że należy tych wszystkich ludzi przenieść poza tereny zalewowe, jest utopią. Taki program potrwa sto lat, a nie maksymalnie 10-20, czyli tyle, ile powinien.
A czy w ogóle mamy skuteczny plan, który jest w stanie zapobiec powodziom i suszom?
- Najlepszy program przeciwpowodziowy dla Dolnego Śląska, jaki znam, powstał w 1910 roku, po powodzi, która zalała Breslau siedem lat wcześniej. Przewidywał budowę 300 zbiorników retencyjnych o pojemności 2,8 mld m sześc. Obecnie przyjmuje się, że system przeciwpowodziowy powinien przyjąć 30 proc. wody przepływającej w ciągu roku przez rzekę. I ta wartość 2,8 mld m sześc. mniej więcej temu odpowiada. My do tej pory zrealizowaliśmy niespełna jedną trzecią tego programu, choć przecież skala potrzeb była już przewidywana sto lat temu!
W skali kraju potrzeba zbiorników retencyjnych, które będą zdolne przyjąć ok. 15 mld m sześc. Dzięki temu będziemy je w stanie wykorzystywać również w okresie niedoboru wody. Ale zrealizowanie takiego programu jest niemal nieosiągalne. Nawet jeśli założymy, że potrzeba "tylko" 10 mld m sześc., będzie to kosztowało dziesiątki miliardów złotych. A przecież mówimy tylko o systemie retencji. A gdzie obwałowania, poldery?
Być może zaniedbanie tego problemu wynika z niewiedzy. W świadomości społecznej walka z żywiołem polega na wysadzaniu wałów przeciwpowodziowych, a nie budowaniu zbiorników czy polderów.
- To ostateczność i takie działanie może tylko w nadzwyczajnych wypadkach znaleźć uzasadnienie. Jest to metoda wynikająca z braku dobrych planów przeciwpowodziowych. Powinniśmy więcej planować i określić tereny, które woda może zalewać w okresie nikłego ich wykorzystania. Woda nie powinna przerywać wałów w środku Krakowa czy Wrocławia, ale wylewać się powyżej lub poniżej tych miast.
Wrocław nie ma nowej infrastruktury przeciwpowodziowej, ale Opole szczyci się taką już od kilku lat. Dzięki temu w tym roku fala przeszła przez miasto, nie powodując tam większych strat. Dlaczego opolanom udało się stworzyć ochronę przed wodą, a Wrocławiowi nie?
- Władzom Wrocławia zabrakło zaangażowania w forsowaniu inwestycji przeciwpowodziowych na szczeblu rządowym. A determinacja prezydentów Opola oraz kolejnych wojewodów, by te inwestycje tam powstały, była ogromna. Nie ma drugiego takiego przykładu w Polsce, gdzie na taką skalę i w tak krótkim czasie udałoby się przeprowadzić z powodzeniem tyle inwestycji przeciwpowodziowych. Zaczęły powstawać już od 1999 roku, w czasie, gdy nie został jeszcze nawet do końca opracowany i uchwalony Program dla Odry.
Złożyło się na to kilka czynników. Po powodzi w 1997 roku do Polski zaczęły płynąć środki z Unii Europejskiej i Banku Światowego na odbudowę zniszczeń. Ale Opole wydało je nie tylko na remont ulic czy zabudowań, ale na konkretne inwestycje hydrotechniczne, warte wtedy ok. 500 mln zł, a według obecnych cen - 1,1 mld - czyli tyle, ile warta jest modernizacja Wrocławskiego Węzła Wodnego. Cały etap zakończono w 2004 roku. Tak ekspresowe tempo Opole wykorzystało dzięki wprowadzeniu przez państwo uproszczonych przepisów, dotyczących dokumentacji budowlanej dla obiektów przeciwpowodziowych. Taka szybka ścieżka obowiązywała tylko przez 3-4 lata po 1997 roku. Ale skoro istniała, to miasto postanowiło nie wahać się i budować. W Opolu właściwie nie zrobiono tylko jednej rzeczy - nie wybudowano estakady dla obwodnicy Opola. Nie chciał jej ani prezydent miasta, ani inwestor, czyli Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Z naszych symulacji wynikało, że ta obwodnica zostanie zatopiona podczas powodzi. Ale obliczono, że taniej i szybciej będzie ją jednak wybudować na gruncie. I teraz mamy tego efekt w postaci zalania tej obwodnicy, gdy samochody muszą jeździć przez centrum miasta.
A we Wrocławiu być może skala tych inwestycji była bardziej złożona. Poza tym następowały zbyt częste roszady personalne na stanowiskach osób odpowiedzialnych za realizację tych programów. Dolny Śląsk miał zbyt wielu wojewodów i dyrektorów biura Programu dla Odry.
Odpowiedniej ochrony przed powodzią nie ma nie tylko Wrocław, ale też miejscowości położone w Kotlinie Kłodzkiej, które co kilka lat są zalewane. Samorządowcy piszą petycje do premiera z prośbą o rozpoczęcie koniecznych inwestycji. Pozostają bez echa.
- W programie ochrony Kotliny Kłodzkiej planowaliśmy budowę ośmiu małych i średnich zbiorników retencji. Teraz w aktualizacji programu dla Odry wybrano tylko cztery. To zły kierunek działania, zwłaszcza jeśli popatrzymy na to, co wydarzyło się kilka dni temu wokół Wisły. W Kotlinie trzeba wybudować liczne zbiorniki na dopływach rzek. Jeśli tak się nie stanie, to nigdy nie opanujemy powodzi. W tym roku możemy mówić o wielkim szczęściu. Bo nad Kotliną Kłodzką nie ma takich opadów jak w 1997 roku. Gdyby były, to mielibyśmy we Wrocławiu powtórkę sprzed 13 lat.
Dlaczego w całym kraju tak opornie postępuje budowa zabezpieczeń przeciwpowodziowych?
- Po powodziach w miarę upływu czasu słabnie determinacja polityków w tym kierunku i pojawiają się nowe cele. Nadzieję, że tak nie będzie, wiązano z powstaniem Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej. To ta instytucja miała przygotowywać strategiczne plany niezbędne do racjonalnego gospodarowania wodą oraz nadzorować proces realizacji wszystkich inwestycji. KZGW miało również zapewnić ścieżkę finansowania tych inwestycji. Ale tak się nie stało i dlatego cały ten proces tak długo trwa.
* Dr hab. inż. Czesław Szczegielniak jest wykładowcą ochrony przed powodzią w Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu i współtwórcą programu przeciwpowodziowego dla Opola, Kędzierzyna-Koźla i Raciborza oraz współautorem studium wykonalności dla Wrocławskiego Węzła Wodnego.
Czesław Szczegielniak: Ubolewam nad tym i wyrażam wielki niepokój z tego powodu. Nie ma nowych, solidnych bulwarów, nie powiększyliśmy przepustowości kory Odry ani kanału powodziowego do takiego stopnia, aby bezpiecznie przeprowadzić falę przez system hydrologiczny. Modernizacja Wrocławskiego Węzła Wodnego, który wraz ze zbiornikiem Racibórz stanowi całość, to wciąż jedynie projekt. A przecież wszystkie prace dokumentacyjne z nim związane zostały wykonane już w 2004 roku. Sporządzono dziesiątki symulacji komputerowych fali powodziowej, zrobiono też projekty budowlane dla części zadań.
Cała ta praca jest teraz powtarzana od nowa. Dlaczego?
- Bo zabrakło determinacji, by inwestycję przeprowadzić, i przez lata studium straciło na aktualności. Teraz realizuje je inne grono specjalistów. Muszą najpierw poznać specyfikę Wrocławskiego Węzła Wodnego, wykonać nowe obliczenia, które potwierdzą te, które zostały do tej pory zrobione. Argumentem za sporządzeniem nowej dokumentacji jest fakt, że po wejściu Polski do Unii Europejskiej obowiązują nas inne procedury realizowania inwestycji. Podobne wymagania narzucił Bank Światowy, z którego kredytu inwestycja będzie współfinansowana. Śmiem twierdzić, że obecna koncepcja będzie wielokrotnie droższa.
Z budową Wrocławskiego Węzła Wodnego oraz zbiornika Racibórz musimy jednak zdążyć do 2015 roku, inaczej przepadną nam środki unijne. Uważa Pan, że to realne?
- Trudno powiedzieć. Technicznie rzecz biorąc, wykonanie tych inwestycji w ciągu pięciu lat jest możliwe. Pieniądze na ten cel przecież są zagwarantowane. Przeszkodą nie będą też procedury przetargowe. Problem leży na etapie przygotowania dokumentacji pod inwestycję. W przypadku budowy zbiornika Racibórz kłopot pojawił się na etapie wystąpienia o pozwolenia na budowę. Tu również musi po raz kolejny zostać wydana opinia oddziaływania na środowisko naturalne. Dawna dokumentacja, która została wydana na podstawie polskiego prawodawstwa, straciła ważność. Po wejściu do Unii obowiązują nas inne przepisy. Teraz ta ocena musi zostać wykonana znacznie szerzej. Wymaga zasięgnięcia opinii organizacji ekologicznych, które mają bardzo poważny udział w ocenie takich projektów. Odniosły już one znaczący sukces w przypadku zbiornika Racibórz. I spowodowały, że ta inwestycja w świetle ekonomicznym straciła sens.
Dlaczego?
- Organizacje doprowadziły do tego, że będzie to zbiornik suchy. Czyli taki, który jest wykorzystywany tylko raz na kilkadziesiąt lat w przypadku wielkich kataklizmów. Natomiast w przypadku nieco mniejszych powodzi, np. takiej jak obecnie, ta woda ma cały czas płynąć i zbiornik jej nie będzie przyjmować. Organizacje ekologiczne twierdzą, że dzięki temu ta woda będzie naturalnie rozlewać się w lasach i łęgach, które wymagają podlewania co jakiś czas, i dzięki temu nie zostanie zaburzony ekosystem. Tyle że poza lasami i łęgami na drodze rzeki są gospodarstwa i zabudowania, które będą podtapiane. To oznacza realne straty.
Wybudowanie zbiornika będzie kosztować ponad miliard złotych. Straty, które zostaną dzięki niemu powstrzymane raz na te kilkadziesiąt lat, nie będą równe kosztom jego wybudowania. Jednak gdyby na stałe przyjmował wodę, dodatkowo również w przypadku susz, i jeszcze im zapobiegał, wówczas miałoby to ekonomiczne uzasadnienie.
W przypadku zbiornika Racibórz nie została wykupiona nawet połowa gruntów pod jego budowę.
- To kolejny problem. Nie wszyscy mieszkańcy z terenu wsi Nieboczowa chcą zgodzić się na wysiedlenie i wykupienie ich nieruchomości przez państwo. Oznacza to poważny konflikt społeczny. Zakładam, że po doświadczeniach tej powodzi przyspieszone zostaną działania formalne, ustawowe, prowadzące do wywłaszczenia właścicieli gruntów pod budowę obiektów przeciwpowodziowych.
Marszałek Bronisław Komorowski zapowiedział kilka dni temu, że poprosi rząd o przygotowanie takiej ustawy.
- Ten moment trzeba koniecznie wykorzystać. Za dwa-trzy lata będzie już za późno. O sprawie zapomną mieszkańcy, a politycy zaczną zajmować się innymi sprawami i kwestia powodzi zejdzie znowu na plan dalszy, wysuwając na pierwszy np. suszę.
Wywłaszczanie właścicieli pod inwestycje przeciwpowodziowe powinno odbyć się na podobnych zasadach jak w przypadku autostrad. Inaczej nie poradzimy sobie z budową takich obiektów. W Małopolsce jest jeszcze gorzej - problem potęguje chaos urbanistyczny. Tam każdy budował się, gdzie chciał. Koncepcja, że należy tych wszystkich ludzi przenieść poza tereny zalewowe, jest utopią. Taki program potrwa sto lat, a nie maksymalnie 10-20, czyli tyle, ile powinien.
A czy w ogóle mamy skuteczny plan, który jest w stanie zapobiec powodziom i suszom?
- Najlepszy program przeciwpowodziowy dla Dolnego Śląska, jaki znam, powstał w 1910 roku, po powodzi, która zalała Breslau siedem lat wcześniej. Przewidywał budowę 300 zbiorników retencyjnych o pojemności 2,8 mld m sześc. Obecnie przyjmuje się, że system przeciwpowodziowy powinien przyjąć 30 proc. wody przepływającej w ciągu roku przez rzekę. I ta wartość 2,8 mld m sześc. mniej więcej temu odpowiada. My do tej pory zrealizowaliśmy niespełna jedną trzecią tego programu, choć przecież skala potrzeb była już przewidywana sto lat temu!
W skali kraju potrzeba zbiorników retencyjnych, które będą zdolne przyjąć ok. 15 mld m sześc. Dzięki temu będziemy je w stanie wykorzystywać również w okresie niedoboru wody. Ale zrealizowanie takiego programu jest niemal nieosiągalne. Nawet jeśli założymy, że potrzeba "tylko" 10 mld m sześc., będzie to kosztowało dziesiątki miliardów złotych. A przecież mówimy tylko o systemie retencji. A gdzie obwałowania, poldery?
Być może zaniedbanie tego problemu wynika z niewiedzy. W świadomości społecznej walka z żywiołem polega na wysadzaniu wałów przeciwpowodziowych, a nie budowaniu zbiorników czy polderów.
- To ostateczność i takie działanie może tylko w nadzwyczajnych wypadkach znaleźć uzasadnienie. Jest to metoda wynikająca z braku dobrych planów przeciwpowodziowych. Powinniśmy więcej planować i określić tereny, które woda może zalewać w okresie nikłego ich wykorzystania. Woda nie powinna przerywać wałów w środku Krakowa czy Wrocławia, ale wylewać się powyżej lub poniżej tych miast.
Wrocław nie ma nowej infrastruktury przeciwpowodziowej, ale Opole szczyci się taką już od kilku lat. Dzięki temu w tym roku fala przeszła przez miasto, nie powodując tam większych strat. Dlaczego opolanom udało się stworzyć ochronę przed wodą, a Wrocławiowi nie?
- Władzom Wrocławia zabrakło zaangażowania w forsowaniu inwestycji przeciwpowodziowych na szczeblu rządowym. A determinacja prezydentów Opola oraz kolejnych wojewodów, by te inwestycje tam powstały, była ogromna. Nie ma drugiego takiego przykładu w Polsce, gdzie na taką skalę i w tak krótkim czasie udałoby się przeprowadzić z powodzeniem tyle inwestycji przeciwpowodziowych. Zaczęły powstawać już od 1999 roku, w czasie, gdy nie został jeszcze nawet do końca opracowany i uchwalony Program dla Odry.
Złożyło się na to kilka czynników. Po powodzi w 1997 roku do Polski zaczęły płynąć środki z Unii Europejskiej i Banku Światowego na odbudowę zniszczeń. Ale Opole wydało je nie tylko na remont ulic czy zabudowań, ale na konkretne inwestycje hydrotechniczne, warte wtedy ok. 500 mln zł, a według obecnych cen - 1,1 mld - czyli tyle, ile warta jest modernizacja Wrocławskiego Węzła Wodnego. Cały etap zakończono w 2004 roku. Tak ekspresowe tempo Opole wykorzystało dzięki wprowadzeniu przez państwo uproszczonych przepisów, dotyczących dokumentacji budowlanej dla obiektów przeciwpowodziowych. Taka szybka ścieżka obowiązywała tylko przez 3-4 lata po 1997 roku. Ale skoro istniała, to miasto postanowiło nie wahać się i budować. W Opolu właściwie nie zrobiono tylko jednej rzeczy - nie wybudowano estakady dla obwodnicy Opola. Nie chciał jej ani prezydent miasta, ani inwestor, czyli Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Z naszych symulacji wynikało, że ta obwodnica zostanie zatopiona podczas powodzi. Ale obliczono, że taniej i szybciej będzie ją jednak wybudować na gruncie. I teraz mamy tego efekt w postaci zalania tej obwodnicy, gdy samochody muszą jeździć przez centrum miasta.
A we Wrocławiu być może skala tych inwestycji była bardziej złożona. Poza tym następowały zbyt częste roszady personalne na stanowiskach osób odpowiedzialnych za realizację tych programów. Dolny Śląsk miał zbyt wielu wojewodów i dyrektorów biura Programu dla Odry.
Odpowiedniej ochrony przed powodzią nie ma nie tylko Wrocław, ale też miejscowości położone w Kotlinie Kłodzkiej, które co kilka lat są zalewane. Samorządowcy piszą petycje do premiera z prośbą o rozpoczęcie koniecznych inwestycji. Pozostają bez echa.
- W programie ochrony Kotliny Kłodzkiej planowaliśmy budowę ośmiu małych i średnich zbiorników retencji. Teraz w aktualizacji programu dla Odry wybrano tylko cztery. To zły kierunek działania, zwłaszcza jeśli popatrzymy na to, co wydarzyło się kilka dni temu wokół Wisły. W Kotlinie trzeba wybudować liczne zbiorniki na dopływach rzek. Jeśli tak się nie stanie, to nigdy nie opanujemy powodzi. W tym roku możemy mówić o wielkim szczęściu. Bo nad Kotliną Kłodzką nie ma takich opadów jak w 1997 roku. Gdyby były, to mielibyśmy we Wrocławiu powtórkę sprzed 13 lat.
Dlaczego w całym kraju tak opornie postępuje budowa zabezpieczeń przeciwpowodziowych?
- Po powodziach w miarę upływu czasu słabnie determinacja polityków w tym kierunku i pojawiają się nowe cele. Nadzieję, że tak nie będzie, wiązano z powstaniem Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej. To ta instytucja miała przygotowywać strategiczne plany niezbędne do racjonalnego gospodarowania wodą oraz nadzorować proces realizacji wszystkich inwestycji. KZGW miało również zapewnić ścieżkę finansowania tych inwestycji. Ale tak się nie stało i dlatego cały ten proces tak długo trwa.
* Dr hab. inż. Czesław Szczegielniak jest wykładowcą ochrony przed powodzią w Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu i współtwórcą programu przeciwpowodziowego dla Opola, Kędzierzyna-Koźla i Raciborza oraz współautorem studium wykonalności dla Wrocławskiego Węzła Wodnego.
Najnowsze wiadomości
-
Dzień Matki już w sobotę. Czekamy na życzenia dla mam
-
Żołnierze ostro strzelali. Na wirtualnej strzelnicy
-
Zbigniew Zamachowski: Wszystko jest w rękach ucznia
-
Kot Bobik kontra kot Dante: Pojedynek na ul. Szewskiej
-
Na zakupy do galerii z prezydentem Wałęsą [FELIETON]
-
Pod zderzeniu busa z cysterną droga nr 5 odblokowana
-
"To nie kwestia ego". Czarnecki na otwarciu Sky Tower [FOTO]
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Działajmy, zanim politycy znów nie zapomną o po...
czarnymak
21.05.10, 17:23
Dosyć mam już terroryzmu organizacji (pseudo)ekologicznych, które blokują jakiekolwiek inwestycje. to są zrzeszenia ekofili nic naukowo nie wnoszących w dział wiedzy, jaką jest ekologia. »
Najczęściej czytane24 htydzień




