Dzieciaki robią w sieci, co im się żywnie podoba
19.05.2010
, aktualizacja: 18.05.2010 15:52
SZKOŁA 2.0. Jakie jest e-pokolenie w Pana szkole? - Mało dociekliwe. Jak im powiem, że przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej był spadek sprzedaży lodów, to tak zapiszą. Zreflektują się dopiero po czasie - mówi dyrektor gimnazjum w Dusznikach-Zdroju.
ZOBACZ TAKŻE
- Akcja "Szkoła 2.0": Przeczytałem tylko jedną książkę (07-06-10, 18:00)
- Książka z telefonu (18-05-10, 14:00)
- Dobry i zły internet (18-05-10, 13:58)
- Przyszłość szkoły jest w internecie (18-05-10, 13:54)
- Inny świat (18-05-10, 13:55)
- Dzieci o sieci: Nie wolno pisać głupot do nieznajomych (18-05-10, 07:00)
- Gra w ciuciubabkę (17-05-10, 15:05)
- Szkoła według Marka Twaina (16-05-10, 21:04)
- Byle nie korzystać z "trzech K" (16-05-10, 21:03)
- Jak działają szkoły, czyli małymi krokami do e-świata (16-05-10, 16:20)
- Szkoła 2.0: Fantastycznie i bez komputerów (14-05-10, 20:56)
Od kilkunastu dni dziennikarze "Gazety" przyglądają się swoim dawnym szkołom: jak funkcjonują one dziś, w epoce internetu? Czy nowe media są w szkole mile widziane, czy też wciąż obowiązują tradycyjne metody nauczania? Czy internet bardziej pomaga, czy też szkodzi?
Rozmowa z Wiktorem Kotarskim*
Aneta Augustyn: Zdarzyły się w szkole incydenty związane z korzystaniem z nowych mediów?
Wiktor Kotarski, dyrektor gimnazjum w Dusznikach-Zdroju: Kiedyś na Naszej-klasie pojawiły się obraźliwe wpisy, celują w tym zwłaszcza dziewczęta. Drukowaliśmy te zapisy, wzywaliśmy rodziców, sprawa została wyjaśniona.
Nauczyciele powinni kontrolować, co ich uczniowie robią w wirtualu?
- Cenzurowanie portali społecznościowych to zadanie rodziców, a nie nauczycieli. Szkoła nie jest w stanie wychować dziecka: u nas dziecko spędza cztery godziny, w domu - 20. Oczywiście, jeśli gdzieś w sieci natknę się np. na rozmowy nastolatków o samobójstwie, to zareaguję. Ale to jednak rodzice winni mieć dzieci pod kontrolą.
Nie mają?
- Próbują przerzucić to na nas - z bezsilności, z braku czasu, z nieobecności. Niektóre dzieci są zwyczajnie "niezaopiekowane". Przychodzą bez śniadań, dożywiamy je w szkole. Wywiadówki robię co dwa miesiące, a i tak pojawia się na nich mniej niż połowa rodziców. Nie ma ich w szkole i często nie ma również w domu. 20 procent moich uczniów to eurosieroty, zajmują się nimi dziadkowie. Prawie połowa jest z rozbitych domów, wychowywana tylko przez matki. Jak zabiorę któremuś komórkę, bo używał na lekcji, to potem tygodniami leży w sejfie - rodzic nie ma czasu po nią przyjść. Podejrzewam, że w sieci dzieci robią co chcą. A potem rodzice są zaskoczeni, że pojawiają się tam wyzwiska. Całe szczęście, że w rzeczywistym świecie uczniowie nie przejawiają tej agresji.
Myślał Pan o wprowadzeniu e-wywiadówek, e-dziennika?
- Przed dwoma laty zainteresowałem się e-dziennikiem, ale na jego obsługę trzeba wydać dwa tysiące zł rocznie, a w moim budżecie to jest dużo. Poza tym miałoby to sens, gdyby sami rodzice byli zainteresowani, a wielu z nich, w przeciwieństwie do ich dzieci, nie korzysta z netu. Natomiast ze zwykłych wywiadówek nie zrezygnuję, bo bywają jedyną okazją, żeby porozmawiać z rodzicami o problemach.
Jakie jest e-pokolenie w Pana szkole?
- Mało dociekliwe. Jak im powiem, że przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej był spadek sprzedaży lodów, to tak zapiszą. Zreflektują się dopiero po czasie. W natłoku informacji, które ich zalewają, także w sieci, nie potrafią wyłowić sedna. Problemem jest dla nich ocena rzeczywistości, komentowanie zjawisk, opisanie czegoś własnymi słowami. Czytają coraz wolniej, coraz słabiej. Przeczytanie dwóch stron tekstu w podręczniku, i to ze zdjęciami, które normalnie powinno zająć kilka minut, im zabiera 20. Z biblioteki nie korzystają, najwyżej dziewczęta, które sięgają po lekką obyczajową lekturę.
Może są biegli w technologicznych nowinkach?
- Też byłem o tym przekonany, ale to tylko pozory. Kiedy prowadzono nabór internetowy do szkół ponadgimnazjalnych na naszym terenie, okazało się, że nie mają kont e-mailowych. Internet interesuje ich tylko jako źródło gier, muzyki i filmów do ściągnięcia oraz miejsce, gdzie można wirtualnie spotkać znajomych, np. na Gadu-Gadu. Mam w szkole dziesięć komputerów w pracowni informatycznej i trzy w bibliotece. Nie wchodzą tam na fora związane z pasjami, np. fotografowaniem, nie szukają wiedzy. Komputer nie jest dla nich narzędziem pracy, tylko komunikowania się nawzajem. Wykorzystują sieć w bardziej ograniczonym stopniu niż nauczyciele.
Przydaje się do odrabiania lekcji?
- Są tak leniwi, że lecą po bandzie i wklejają żywcem kawałki z netu. Niestety, nie wszystko jesteśmy w stanie wytropić. Jak nauczyciel ma do sprawdzenia 40 zeszytów, to przecież nie wrzuci każdej frazy do internetu, żeby sprawdzić, czy to nie kopia. Postawiłem warunek: przyjmuję tylko prace pisane ręcznie. A nie wydruki.
Wyjątkiem jest dwóch uczniów, którzy w ogóle nie mają zeszytów, tylko laptopy. Orzeczono u nich dysgrafię, więc zamiast na papierze mogą notować sobie na monitorze.
Kartkówki też?
- To akurat piszą na kartkach, ale potem wołam ich, żeby mi odczytali.
Nauczyciele wykorzystują nowe media na lekcjach?
- Najczęściej robi to pani od fizyki, emerytowana nauczycielka, u której uczniowie zaliczają materiał, przygotowując prezentacje multimedialne. Poza tym z nowych mediów korzysta informatyk oraz ja, na lekcjach historii, średnio raz, dwa w tygodniu.
Biorę rzutnik, laptop i robię prezentację na przykład o komunizmie. Korzystam z gotowych programów albo sam kompiluję archiwalne zdjęcia, dokumenty, muzykę. Takie lekcje bardziej przykuwają uwagę gimnazjalistów, bo jest obraz, coś się dzieje. Lepiej je zapamiętują. Można na nich świetnie pokazać choćby to, jak zmieniały się granice, można je przesuwać, a nie dociekać w zawiłych, nakładających się zarysach w podręczniku. Drabinę feudalną w średniowieczu też lepiej jest pokazać z rzutnika.
Pozostali nauczyciele korzystają z mediów sporadycznie, to może pięć procent ich lekcji. Bo prezentacja jest bardziej pracochłonna, trzeba przygotować sprzęt. Nauczyciele przeszli szkolenia o tym, jak ściągać informacje z sieci, jak używać rzutników, ale najtrudniej jednak przełamać bariery w głowie. Siła przyzwyczajenia jest ogromna, wolą korzystać z tradycyjnych metod. A ja nie chcę im niczego narzucać, bo wtedy byłoby to odbębnianie na siłę.
Rozmowa z Wiktorem Kotarskim*
Aneta Augustyn: Zdarzyły się w szkole incydenty związane z korzystaniem z nowych mediów?
Wiktor Kotarski, dyrektor gimnazjum w Dusznikach-Zdroju: Kiedyś na Naszej-klasie pojawiły się obraźliwe wpisy, celują w tym zwłaszcza dziewczęta. Drukowaliśmy te zapisy, wzywaliśmy rodziców, sprawa została wyjaśniona.
Nauczyciele powinni kontrolować, co ich uczniowie robią w wirtualu?
- Cenzurowanie portali społecznościowych to zadanie rodziców, a nie nauczycieli. Szkoła nie jest w stanie wychować dziecka: u nas dziecko spędza cztery godziny, w domu - 20. Oczywiście, jeśli gdzieś w sieci natknę się np. na rozmowy nastolatków o samobójstwie, to zareaguję. Ale to jednak rodzice winni mieć dzieci pod kontrolą.
Nie mają?
- Próbują przerzucić to na nas - z bezsilności, z braku czasu, z nieobecności. Niektóre dzieci są zwyczajnie "niezaopiekowane". Przychodzą bez śniadań, dożywiamy je w szkole. Wywiadówki robię co dwa miesiące, a i tak pojawia się na nich mniej niż połowa rodziców. Nie ma ich w szkole i często nie ma również w domu. 20 procent moich uczniów to eurosieroty, zajmują się nimi dziadkowie. Prawie połowa jest z rozbitych domów, wychowywana tylko przez matki. Jak zabiorę któremuś komórkę, bo używał na lekcji, to potem tygodniami leży w sejfie - rodzic nie ma czasu po nią przyjść. Podejrzewam, że w sieci dzieci robią co chcą. A potem rodzice są zaskoczeni, że pojawiają się tam wyzwiska. Całe szczęście, że w rzeczywistym świecie uczniowie nie przejawiają tej agresji.
Myślał Pan o wprowadzeniu e-wywiadówek, e-dziennika?
- Przed dwoma laty zainteresowałem się e-dziennikiem, ale na jego obsługę trzeba wydać dwa tysiące zł rocznie, a w moim budżecie to jest dużo. Poza tym miałoby to sens, gdyby sami rodzice byli zainteresowani, a wielu z nich, w przeciwieństwie do ich dzieci, nie korzysta z netu. Natomiast ze zwykłych wywiadówek nie zrezygnuję, bo bywają jedyną okazją, żeby porozmawiać z rodzicami o problemach.
Jakie jest e-pokolenie w Pana szkole?
- Mało dociekliwe. Jak im powiem, że przyczyną wybuchu drugiej wojny światowej był spadek sprzedaży lodów, to tak zapiszą. Zreflektują się dopiero po czasie. W natłoku informacji, które ich zalewają, także w sieci, nie potrafią wyłowić sedna. Problemem jest dla nich ocena rzeczywistości, komentowanie zjawisk, opisanie czegoś własnymi słowami. Czytają coraz wolniej, coraz słabiej. Przeczytanie dwóch stron tekstu w podręczniku, i to ze zdjęciami, które normalnie powinno zająć kilka minut, im zabiera 20. Z biblioteki nie korzystają, najwyżej dziewczęta, które sięgają po lekką obyczajową lekturę.
Może są biegli w technologicznych nowinkach?
- Też byłem o tym przekonany, ale to tylko pozory. Kiedy prowadzono nabór internetowy do szkół ponadgimnazjalnych na naszym terenie, okazało się, że nie mają kont e-mailowych. Internet interesuje ich tylko jako źródło gier, muzyki i filmów do ściągnięcia oraz miejsce, gdzie można wirtualnie spotkać znajomych, np. na Gadu-Gadu. Mam w szkole dziesięć komputerów w pracowni informatycznej i trzy w bibliotece. Nie wchodzą tam na fora związane z pasjami, np. fotografowaniem, nie szukają wiedzy. Komputer nie jest dla nich narzędziem pracy, tylko komunikowania się nawzajem. Wykorzystują sieć w bardziej ograniczonym stopniu niż nauczyciele.
Przydaje się do odrabiania lekcji?
- Są tak leniwi, że lecą po bandzie i wklejają żywcem kawałki z netu. Niestety, nie wszystko jesteśmy w stanie wytropić. Jak nauczyciel ma do sprawdzenia 40 zeszytów, to przecież nie wrzuci każdej frazy do internetu, żeby sprawdzić, czy to nie kopia. Postawiłem warunek: przyjmuję tylko prace pisane ręcznie. A nie wydruki.
Wyjątkiem jest dwóch uczniów, którzy w ogóle nie mają zeszytów, tylko laptopy. Orzeczono u nich dysgrafię, więc zamiast na papierze mogą notować sobie na monitorze.
Kartkówki też?
- To akurat piszą na kartkach, ale potem wołam ich, żeby mi odczytali.
Nauczyciele wykorzystują nowe media na lekcjach?
- Najczęściej robi to pani od fizyki, emerytowana nauczycielka, u której uczniowie zaliczają materiał, przygotowując prezentacje multimedialne. Poza tym z nowych mediów korzysta informatyk oraz ja, na lekcjach historii, średnio raz, dwa w tygodniu.
Biorę rzutnik, laptop i robię prezentację na przykład o komunizmie. Korzystam z gotowych programów albo sam kompiluję archiwalne zdjęcia, dokumenty, muzykę. Takie lekcje bardziej przykuwają uwagę gimnazjalistów, bo jest obraz, coś się dzieje. Lepiej je zapamiętują. Można na nich świetnie pokazać choćby to, jak zmieniały się granice, można je przesuwać, a nie dociekać w zawiłych, nakładających się zarysach w podręczniku. Drabinę feudalną w średniowieczu też lepiej jest pokazać z rzutnika.
Pozostali nauczyciele korzystają z mediów sporadycznie, to może pięć procent ich lekcji. Bo prezentacja jest bardziej pracochłonna, trzeba przygotować sprzęt. Nauczyciele przeszli szkolenia o tym, jak ściągać informacje z sieci, jak używać rzutników, ale najtrudniej jednak przełamać bariery w głowie. Siła przyzwyczajenia jest ogromna, wolą korzystać z tradycyjnych metod. A ja nie chcę im niczego narzucać, bo wtedy byłoby to odbębnianie na siłę.
Najnowsze wiadomości
-
Czekają nas dwie premiery na wrocławskich scenach
-
Zobacz nowy dziecięcy szpital przy Koszarowej [FOTO]
-
Polscy projektanci w Sky Tower. Warto pooglądać
-
Dziecięcy szpital we wtorek przenosi się na Koszarową
-
Posłowie żądają dekomunizacji miast, a w Bogatyni...
-
Lotus, Lexus, Porsche - takie samochody zobaczysz w Hali Stulecia
-
Nie przegap! Masa imprez w weekend. Zobacz, co polecamy
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Dzieciaki robią w sieci, co im się żywnie podoba
narwik
19.05.10, 08:17
Mimo wszystko wychodzi zabawnie, że uczniowie ściągają swoje prace skądś z sieci, i to jest złe, ale nauczyciel "kompiluje" i "korzysta z gotowych" programów, bo to jest mniej pracochłonne :»
Najczęściej czytane24 htydzień




