Żyję drugim życiem dzięki przeszczepowi wątroby

Rozmawiała Aneta Augustyn
21.03.2010 , aktualizacja: 10.03.2010 15:41
A A A Drukuj
Ta książka to coś więcej niż tylko szczęśliwa historia dyrektora banku, któremu Bóg przeszczepem wątroby przedłużył ziemską delegację.

Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
Aneta Augustyn: Czym jeszcze jest "Drugie życie"?

Janusz Zierkiewicz*: Spłatą długu. Wobec lekarzy, bliskich, przyjaciół i wobec tego 27-latka z Wałbrzycha, którego wątrobę noszę od kilku lat. Był moment, że chciałem odnaleźć jego rodzinę i podziękować, ale potem pomyślałem, że może jego rodzice sobie tego nie życzą? Może wywołam w nich żal, powrót do tego, o czym wolą zapomnieć? Wycofałem się. Modlę się codziennie za tego chłopca, dzięki któremu dostałem drugie życie.

Jakie było pierwsze?

Bycie szefem Banku Ochrony Środowiska w regionie to setka ludzi pod nadzorem, ciągłe podróże i praca po dziesięć godzin dziennie. Wieczorami zamykałem się w domowym gabinecie i przygotowywałem do weekendowych wykładów z prawa i bankowości na dwóch uczelniach. Wcześniej byłem adwokatem oraz dyrektorem firm budowlanych, które stawiały m.in. kino Warszawa, dworzec PKS, Akademię Medyczną, Kredkę i Ołówek. Uwielbiam to tempo, chyba trzeba się urodzić do bycia menedżerem. Podejmowanie szybkich, często ryzykownych decyzji to był mój żywioł.

Tak, jak napisałem w książce, mołojeckie życie na tym polega, że nie dotyczy nas zwykły porządek rzeczy. Wydaje nam się, że mamy zdolność zaklinania rzeczywistości. W każdym z kolejnych gabinetów wieszałem napis: "Nie ma spraw niemożliwych, są tylko trudne". Mocno w to wierzyłem.

Do pierwszego krwotoku?

Nie miałem wcześniej problemów ze zdrowiem, więc guz w wątrobie wielkości śliwki był kompletnym zaskoczeniem. Przyczajony, długo nie dawał sygnałów. Podszedłem do sprawy zadaniowo: spisałem testament, porozmawiałem z bliskimi i najpierw zdecydowałem się na zaleconą operację żylaków przełyku. Po zabiegu, wbrew kategorycznym nakazom lekarzy, nie przeleżałem ani dnia. Zadzwoniłem po kierowcę i cichcem wróciłem do firmy. No i wszystko popękało. Dostałem krwotoku i wolę już nie pamiętać tych siedemnastu gastroskopii, które mi zrobiono w dwa dni, żeby to połatać.

Chirurg wyraźnie powiedział mi, że następny krwotok może już być śmiertelny. Oraz że wątroba jest uszkodzona nieodwracalnie i nie ma już innego ratunku niż przeszczep. Jestem mu wdzięczny za tę męską rozmowę; wolę wiedzieć jasno i wprost. Także i to, że ta operacja jest jedną z trudniejszych. Pomyślałem: "No dobra, trzeba aneksować ten biznesplan".

Zaczął Pan od audytu wewnętrznego?

Jak się ma 57 lat i nagle staje na krawędzi życia, to pytania przychodzą same. Co mi się udało? Kto jest ze mną? Kogo obchodzę? Co pogubiłem?

Szukałem też błędów, które spowodowały nowotwór. Zacząłem przewijać film: może za dużo pracowałem, jadłem nieregularnie, spinałem się, ciągle w pędzie... W końcu znajomy lekarz powiedział mi: "Stary, gdyby ktoś wiedział, skąd bierze się rak, dostałby Nobla". Dałem więc sobie spokój z grzebaniem w przeszłości i zabrałem się za przyszłość.

Mocno niepewną.

Decydować się na przeszczep czy podpisać na siebie wyrok? Zrobiłem ten błąd, że szukałem informacji w internecie, który tylko wniósł niepokój, a niczego nie wyjaśnił. Naszpikował mnie pesymizmem, że po przeszczepie będę niesprawny, wyłączony z życia zawodowego, co było dla mnie nie do pomyślenia. Ja, Janusz Zierkiewicz, miałbym być wyrzucony poza świat biznesu? Byłem wciąż aktywny, chodziłem do firmy.

W końcu znajomy kardiochirurg w USA przekonał mnie, że nie ma się nad czym zastanawiać. Inaczej zostaną mi najwyżej dwa lata z możliwymi przerzutami, cierpieniem. Zdecydowałem się na Warszawę, choć tu, we Wrocławiu, znam wielu lekarzy i byłbym jak u siebie. Jednak liczby były przeciw miłości własnej: Wrocław jest dobry w nerkach, ale to stolica ma wyniki w wątrobie. Rachunek prawdopodobieństwa przemówił do finansisty: skoro warszawska klinika ma wskaźnik 99 procent udanych przeszczepów wątroby, to przecież mało możliwe, żebym akurat ja miał być tym ostatnim punktem procentowym albo żebym zawalił statystykę. Przecież nigdy niczego nie zawalałem.

Wątpliwości i lęki scedował Pan na Drugiego, który pojawia się w książce rozpisanej na kilka głosów. To alter ego?

Przewija się tam cały korowód postaci: Przyjaciel, Transplantolog, Onkolog, Kardynał, Filozof, Psycholog, którzy mówią o przeszczepach wedle swoich punktów widzenia. Kryją się za nimi znani wrocławianie: prof. Wojciech Witkiewicz, szef Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego, prof. Dariusz Patrzałek, regionalny konsultant ds. transplantologii, prof. Alicja Chybicka, kierownik Katedry i Kliniki Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej, ks. kardynał Henryk Gulbinowicz i inni.

Jest też Drugi - czyli ta część mnie, która wątpiła, która nocami wsłuchiwała się w tykanie zegara jak w odliczanie do godziny wyroku.

Dyrektor we mnie mówił: cwaniaku, skoro innych przekonujesz, że nie ma spraw niemożliwych, to teraz sam sobie udowodnij. Po pierwsze: nie panikuj, po drugie: zbieraj informacje, analizuj szanse i zagrożenia. To musi się udać. A potem włączał się Drugi - że jak już położę się w szpitalu, to z niego nie wyjdę. Mierzyliśmy się na argumenty. Najgorsze rozwiązanie to nie podjąć żadnej decyzji, więc w końcu pojechałem do warszawskiej kliniki, z której już nie chcieli mnie wypuścić. Wymusiłem, żeby jeszcze wypuścili mnie na Wielkanoc. Wróciłem po świętach i zaczęła się karuzela badań.

Z dyrektora stał się Pan anonimowym "panem Januszem" w szpitalnej koszulce.

Panie Januszku to, panie Januszku tamto. Nie podobała mi się ta pobłażliwość i zbytnie spoufalanie. Takich jak ja taka forma kontaktu nokautuje. Nie o próżność tu chodzi, tylko o zachowanie dystansu. Jak na sali leży profesor, to należy zwracać się do niego "panie profesorze". Wystarczy trochę bezinwestycyjnego zachowania, personel mógłby się tego nauczyć. Szpitalne procedury do tego stopnia odzierają z godności, że ta odrobina szacunku nie zaszkodzi. Tak, odezwała się sponiewierana natura dyrektora (śmiech ). Ale to tylko drobna uwaga, generalnie było OK, warszawscy lekarze to naprawdę świetni specjaliści. Konsylium orzekło, że ze względu na zagrożenie życia jestem zakwalifikowany do przeszczepu. Od tego dnia musiałem być spakowany i - jak żołnierz w czasie mobilizacji - gotowy, żeby przyjechać na wezwanie do kliniki w ciągu pięciu godzin.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos