Dopiero proces oświęcimski otworzył Niemcom oczy

Beata Maciejewska
17.03.2010 , aktualizacja: 12.03.2010 11:09
A A A Drukuj
Rozmowa z prof. Krzysztofem Ruchniewiczem, dyrektorem Centrum im. Willy Brandta we Wrocławiu, o książce "Proces oświęcimski" Hermanna Langbeina, która trafi do Polski po prawie pół wieku od publikacji w Niemczech, o winie i karze oraz mechanizmach zbrodni
Prof. Krzysztof Ruchniewicz
Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Prof. Krzysztof Ruchniewicz
Wrocławskie wydawnictwo Via Nova przygotowuje pierwsze polskie tłumaczenie słynnej książki Hermanna Langbeina "Proces oświęcimski". Rozpoczęty w 1963 roku we Frankfurcie nad Menem był dla młodej Republiki Federalnej Niemiec jak trzęsienie ziemi, zmusił Niemców do konfrontacji z masowymi zbrodniami narodowego socjalizmu, a reszcie Europy pokazał, czym było Auschwitz: "masowym zabijaniem ludzi jak robactwo".

Przed sądem we Frankfurcie nad Menem stanęło w grudniu 1963 roku 20 członków załogi Auschwitz. Langbein, więzień Auschwitz, przez 20 miesięcy procesu spisywał zeznania zarówno oskarżonych, jak i świadków. Powstała wstrząsająca dokumentacja zasad funkcjonowania machiny zagłady. "Frankfurcki sąd przysięgłych, mając obowiązek zbadania zakresu indywidualnej winy każdego z oskarżonych, z konieczności zrekonstruował historię tego największego obozu zagłady" - napisał we wstępie do książki Langbein. Dokumentacja ta daje także odpowiedzi na pytania: w jaki sposób była możliwa zbrodnia o takich rozmiarach? Dlaczego tak niewielu opierało się temu terrorowi? Dlaczego zignorowano pierwsze sygnały zbliżającej się zagłady, choćby w postaci przepisów rasowych w 1935? "Jeśli w przyszłości pomoże historykom w badaniu tego niedającego się pojąć fenomenu ostatnich dziesięcioleci - a mianowicie faktu, że w Europie Środkowej ludzie niszczeni byli przez państwo jak robactwo, a tysiące bez sprzeciwu wykonywały rozkazy tej zbrodni - wtedy cały mój wysiłek nie poszedł na marne" - pisze Langbein.

Rozmowa z prof. Krzysztofem Ruchniewiczem

Beata Maciejewska: Ten proces został wywołany tak naprawdę przez przypadek. Były więzień Auschwitz, skazany po wojnie za przestępstwa kryminalne, napisał pod koniec lat 50. donos na Wilhelma Bogera, byłego SS-Oberscharführera z Politische Abteilung obozu koncentracyjnego Auschwitz. Boger był na liście zbrodniarzy wojennych, a jednak od 1949 roku mieszkał i pracował w RFN pod własnym nazwiskiem. Dlaczego nikogo to wcześniej nie obchodziło?

Prof. Krzysztof Ruchniewicz, dyrektor Centrum im. Willy'ego Brandta : W latach 50. problem winy i kary za zbrodnie popełnione w III Rzeszy został w RFN zepchnięty na margines. Sumienia politycznych przywódców uspokoił proces norymberski, w którym osądzono tych najbardziej winnych. Woleli zająć się rozwiązywaniem bieżących problemów: odbudową miast ze zniszczeń, integracją społeczeństwa niemieckiego, które w wyniku wojny i podziału na dwa państwa zostało niemal całkowicie rozbite, zagrożeniami zimnowojennymi. Panowało powszechne przekonanie, że należy już opuścić "zasłonę milczenia" na przeszłość.

Opuszczono bardzo skutecznie. Kanclerz Adenauer, jeden z ojców powojennej demokracji w Niemczech, mówił w 1951 roku: "Pora przestać węszyć za nazistami. Jeśli raz zaczniemy, nie wiadomo dokąd nas to zaprowadzi".

- Wśród historyków niemieckich do dziś jest spór, czy decyzje Adenauera były właściwie, czy z rozmysłem nie zamroziły na lata krytycznej rozprawy z epoką nazizmu.

A jednak Bogera aresztowano. Co się takiego wydarzyło, że niemiecki wymiar sprawiedliwości jednak puścił w ruch machinę sądową?

- Szczęśliwy zbieg okoliczności. Donos kryminalisty pewnie nie byłby zbyt wiarygodny, gdyby nie poparł go właśnie Hermann Langbein, Austriak, przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego. Langbein też był więźniem Auschwitz, trafił tam w 1942 roku przeniesiony z Dachau. Został osadzony za przynależność do Komunistycznej Partii Austrii. W obozie działał aktywnie w ruchu oporu, był członkiem kierownictwa Kampfgruppe Auschwitz. Langbein nie tylko oskarżył o zbrodnie Bogera, ale dał prokuratorom listę 18 innych członków Politische Abteilung w Auschwitz, którzy dotychczas nie odpowiadali przed żadnym sądem. Znalazły się na niej nazwiska Hansa Starka, Klausa Dylewskiego i Pery Broada, późniejszych współoskarżonych w procesie.

Prokuratorzy mogli to doniesienie zignorować.

- Ale nie zrobili tego, bo Langbein otrzymał wsparcie od Fritza Bauera, prokuratora generalnego Hesji. Bauer był Żydem, nazistowskie prześladowania jego też dotknęły, choć udało mu się wyemigrować w 1935 roku do Danii. Uważał, że winni zbrodni ludobójstwa muszą być osądzeni. To on w 1957 roku, na własną rękę, poinformował wywiad Izraela o argentyńskim śladzie Eichmanna, bo uważał, że jego kraj nie zrobi z tego właściwego użytku. Bauer dostał od zaprzyjaźnionego dziennikarza listę esesmanów z Auschwitz, którzy rozstrzeliwali więźniów w czasie ucieczki. Chciał zorganizować masowy proces.

Tylko że to nie byłby pierwszy proces oświęcimski. Zbrodniarze z Auschwitz byli już przecież wcześniej sądzeni. Dlaczego Bauer chciał powtórki?

- Bo ten pierwszy proces odbył się w Polsce (przed Najwyższym Trybunałem Narodowym, specjalnie powołanym do sądzenia zbrodniarzy wojennych, jego wyroki były ostateczne) i to na dodatek zaraz po wojnie, w 1947 roku. Relacje z rozpraw były oczywiście znane w Niemczech, ale społeczeństwo niemieckie żyło wtedy zupełnie innymi problemami. Losem wysiedlonych, poszukiwaniem członków rodzin, odbudową gospodarki. Polski proces nie miał wpływu na ich pamięć historyczną.

Jednak to właśnie w Polsce osądzono kierownictwo obozu. Wśród 40 oskarżonych był m.in. komendant obozu Arthur Liebehenschel, szef obozowego gestapo Max Grabner i kierowniczka obozu w Birkenau Maria Mandel. Proces we Frankfurcie był sądem nad ich podwładnymi.

- To prawda. Obserwatorzy zgodnie przyznawali, że nie oskarżono wtedy żadnej osobistości. Przed sądem stanęli "zwykli" wykonawcy poleceń. Było ich zaledwie dwudziestu. Różnili się wiekiem, wykształceniem, pochodzeniem. Wydawało się, że nic nie może łączyć uczonego doktora Lucasa, statecznego kupca Roberta Mulka i nastolatka Hansa Starka. A jednak jedno mieli wspólne: brak jakichkolwiek skrupułów przy wykonywaniu poleceń. Masowe zabijanie nie budziło w nich wyrzutów sumienia. Żadnych rozterek, refleksji, po prostu "banalizacja zła", jak to nazwała Hannah Arendt.

Nie chce Pan chyba powiedzieć, że to "zwyczajność" oskarżonych wstrząsnęła Niemcami? Podobnych im były przecież tysiące

- Nie. Bo to nie liczba zbrodniarzy osądzonych w tym procesie jest najważniejsza ani wysokość wyroków [nikt nie dostał kary śmierci], lecz to, że po raz pierwszy dopuszczono do głosu ofiary. Przesłuchano 248 świadków, w większości z Polski. Wyszukani z 1500 więźniów, którzy przeżyli, schorowani, z ogromną traumą, przyjechali do Niemiec i stanęli twarzą w twarz ze zbrodniarzami. Ich relacje, podobnie jak zeznania oskarżonych, to bezcenny materiał źródłowy dla historyków. Kto inny, poza sądem, byłby w stanie skonfrontować sprawców z ofiarami?

Zaskakująca jest też wizyta niemieckich prokuratorów i obrońców w Auschwitz. Był rok 1964, środek zimnej wojny, a jednak oni przyjechali

- a razem z nimi 300 dziennikarzy. I to było bardzo ważne, bo relacje z Auschwitz szły w świat. Prokuratorzy i obrońcy niemieccy przyjechali dokonać wizji lokalnej, oskarżeni byli sądzeni według prawa karnego, które tego wymagało. Nie mogli się już na przykład tłumaczyć, że świadkowie nie byli w stanie niczego zobaczyć przez szpary w barakach, prokuratorzy wszystko sprawdzali.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów