Płot daje mieszkańcom osiedli ułudę bezpieczeństwa
06.03.2010
, aktualizacja: 05.03.2010 16:32
- Psia kupa urasta do rangi symbolu tego wszystkiego, od czego chce się uciec za ogrodzenie: brudu, braku kultury czy wręcz chamstwa. Ludzie mają dość funkcjonowania w scenerii osiedlowej znanej z filmu "Dzień świra". Ale stawianie płotu to ostateczność, która wcale nie stanowi wyjścia z sytuacji - uważa dr Jacek Gądecki*
ZOBACZ TAKŻE
- Grodzone osiedla. Na zewnątrz syf (22-02-10, 17:00)
- To właściciel terenu musi go sprzątać - stąd płoty (08-03-10, 10:23)
- Płot w spółdzielni Energetyk podzielił osiedle i ludzi (01-03-10, 08:00)
- Miejska enklawa w chmurach (17-01-08, 15:26)
SERWISY
SONDAŻ
W tym tygodniu pisaliśmy o mieszkańcach Jantarowej i Łączności, którzy odgrodzili się płotem od reszty świata. Okoliczni mieszkańcy protestują, bo chodniki, które były dla wszystkich, teraz kończą się przed zamkniętymi bramami. Odgrodzeni mieszkańcy tłumaczą, że tylko w ten sposób są w stanie utrzymać porządek.
Czytaj więcej o konflikcie na wrocławskim osiedlu
Specjaliści alarmują, że miejskiej przestrzeni tak dzielić nie można. O tym, dlaczego Polacy - najbardziej ze wszystkich narodów Europy - lubią stawiać płoty - rozmawiamy z socjologiem, autorem książki o osiedlach grodzonych w Polsce.
Rozmowa z dr. Jackiem Gądeckim
Marzena Żuchowicz: W polskich miastach wyrastają płoty. Dlaczego?
Dr Jacek Gądecki: Bo dają ludziom poczucie prestiżu i bezpieczeństwa.
Stare bloki też ogradza się dla prestiżu?
- Tak. Jednym z jego wyznaczników jest mieszkanie w czystej i zadbanej okolicy. Tego w naszych miastach brakuje. Jest brudno, panuje architektoniczny nieład. Ogrodzenie daje namiastkę porządku.
Mieszkańcom ul. Jantarowej i Łączności we Wrocławiu, którzy po kilkudziesięciu latach wspólnego użytkowania chodnika i trawnika odgrodzili się od swoich sąsiadów, najbardziej przeszkadzały psie kupy. Twierdzą, że to głównie dlatego postawili płot.
Pojawia się tutaj coś, co nazywam nieco żartobliwie "dyskursem psiej kupy". Niby to nie do końca poważne, ale to właśnie psia kupa urasta do rangi symbolu tego wszystkiego, od czego chce się uciec za ogrodzenie: brudu, braku kultury czy wręcz chamstwa. Ludzie mają dość funkcjonowania w scenerii osiedlowej znanej z filmu "Dzień świra".
Na drugim miejscu były względy bezpieczeństwa.
- Ale żadne badania nie potwierdzają, że zamknięte osiedla są bezpieczniejsze od otwartych. Jest to więc poczucie subiektywne, które wcale nie wiąże się z realnym wzrostem bezpieczeństwa. Ludziom z zamkniętych osiedli wydaje się, że mogą czuć się bezpieczni. To usypia ich czujność. Jedna z moich respondentek opowiadała, że jej znajomy uczestniczył w okradaniu własnego mieszkania, bo myślał, że pomaga sąsiadowi się przeprowadzać. Dopiero kiedy władował telewizor do furgonetki, zorientował się, że to jego własność. Badacze potwierdzają, im więcej pieniędzy zaangażujemy w ochronę mieszkania na osiedlu grodzonym, tym mniej uwagi poświęcamy tradycyjnej sąsiedzkiej kontroli. Nie pytamy, nie sprawdzamy, nawet się nie pozdrawiamy, więc trudno ustalić, kto i po co wszedł do budynku. Zresztą jeśli przyjrzeć się uważnie ofercie mieszkaniowej, to najczęściej oferowany jest wyłącznie płot oraz możliwość ochrony i monitoringu. Najczęściej poprzestajemy tylko na płocie, który sam w sobie bezpieczeństwa nie gwarantuje. Niektóre szajki wyspecjalizowały się w napadach właśnie na grodzone osiedla.
Stawianie płotu to działanie irracjonalne?
- W krótkiej i indywidualnej perspektywie nie, ale jeśli przyjrzeć się temu uważniej, to zdecydowanie tak. Ludzie starają się je sobie racjonalizować względami bezpieczeństwa czy demonizowaniem tych, którzy zostali za płotem. Tamci to chuligani, brudasy, męty, pijacy. Wmawiają też sobie, że wykorzystali już wszelkie inne sposoby rozwiązania problemów. Ale wcale tak nie jest. Gdy w bloku, gdzie kiedyś mieszkałem, zdewastowano klatkę schodową, nikt nie pomyślał, żeby wezwać policję. Ludzie woleli wyłożyć po 3 tys. zł, żeby się odgrodzić.
A płot to ostateczność, która wcale nie stanowi wyjścia z sytuacji. W jego obrębie rzeczywiście dba się o czystość, ale z psami wychodzi poza ogrodzenie. W ten sposób rodzą się nowe konflikty. Czasami sąsiednie ogrodzone wspólnoty dodatkowo zamykają przejścia w dzielących je ogrodzeniach, co powoduje kompletny chaos i trudności - nagle okazuje się, że wszyscy mamy dwa razy dalej do przystanku czy do sklepu. I że nie ma już przestrzeni, z której możemy korzystać za darmo, "na gapę". Patrząc z perspektywy socjologicznej, problem jest związany właśnie z problemem gapowicza, czyli kwestią korzystania z dóbr publicznych.
Nie umiemy się nimi dzielić?
- W społeczeństwie powszechna jest tendencja do uchylania się jednostek od świadczeń na rzecz grupy przy jednoczesnej chęci zachowania wszystkich przywilejów wynikających z członkostwa w grupie. Takie małe grupy interesu jak wspólnoty mieszkaniowe nie mają powodów, żeby pracować na rzecz wspólnego społecznego dobra, jakim w tym przypadku jest miasto. Chętnie natomiast angażują się w kosztowne i niejednokrotnie nieskuteczne poszerzanie własnych wpływów. Oczywiście z punktu widzenia tej wspólnoty jest to działanie racjonalne, ale z perspektywy społeczeństwa, np. wszystkich mieszkańców Wrocławia, racjonalność ta prowadzi do destrukcji przestrzeni publicznej.
Taka przyszłość czeka nasze miasta?
- Trudno prognozować, ale jeśli przyjrzymy się obecnym trendom, w tym właśnie grodzeniu, i dodamy do tego słabe przepisy dotyczące miejscowego zagospodarowania oraz brak zdecydowanej polityki miejskiej, to być może tak wyglądać będzie przyszłość naszych miast. Prof. Bohdan Jałowiecki, socjolog miasta, kilka lat temu zorganizował konferencję pod prowokacyjnym tytułem „ Warszawa stolicą Trzeciego Świata”. Władze miasta strasznie się oburzyły, ale wydaje mi się, że ten tytuł dobrze oddaje sytuację przestrzenną w większości naszych miast. Z jednej strony władze chętnie decydują się na projekty miejskiej odnowy, bo na nie stosunkowo łatwo pozyskać pieniądze. Ale z drugiej strony te projekty rewitalizacyjne często rozumiane są wąsko: obejmują niewielkie obszary i, niestety, niejednokrotnie ograniczają się wyłącznie do odnowy fasad. Zapomina się o społeczności, a konsultacje społeczne traktuje jako jeszcze jeden formalny wymóg, a nie faktyczną potrzebę i źródło informacji czy pomysłów.
Czytaj więcej o konflikcie na wrocławskim osiedlu
Specjaliści alarmują, że miejskiej przestrzeni tak dzielić nie można. O tym, dlaczego Polacy - najbardziej ze wszystkich narodów Europy - lubią stawiać płoty - rozmawiamy z socjologiem, autorem książki o osiedlach grodzonych w Polsce.
Rozmowa z dr. Jackiem Gądeckim
Marzena Żuchowicz: W polskich miastach wyrastają płoty. Dlaczego?
Dr Jacek Gądecki: Bo dają ludziom poczucie prestiżu i bezpieczeństwa.
Stare bloki też ogradza się dla prestiżu?
- Tak. Jednym z jego wyznaczników jest mieszkanie w czystej i zadbanej okolicy. Tego w naszych miastach brakuje. Jest brudno, panuje architektoniczny nieład. Ogrodzenie daje namiastkę porządku.
Mieszkańcom ul. Jantarowej i Łączności we Wrocławiu, którzy po kilkudziesięciu latach wspólnego użytkowania chodnika i trawnika odgrodzili się od swoich sąsiadów, najbardziej przeszkadzały psie kupy. Twierdzą, że to głównie dlatego postawili płot.
Pojawia się tutaj coś, co nazywam nieco żartobliwie "dyskursem psiej kupy". Niby to nie do końca poważne, ale to właśnie psia kupa urasta do rangi symbolu tego wszystkiego, od czego chce się uciec za ogrodzenie: brudu, braku kultury czy wręcz chamstwa. Ludzie mają dość funkcjonowania w scenerii osiedlowej znanej z filmu "Dzień świra".
Na drugim miejscu były względy bezpieczeństwa.
- Ale żadne badania nie potwierdzają, że zamknięte osiedla są bezpieczniejsze od otwartych. Jest to więc poczucie subiektywne, które wcale nie wiąże się z realnym wzrostem bezpieczeństwa. Ludziom z zamkniętych osiedli wydaje się, że mogą czuć się bezpieczni. To usypia ich czujność. Jedna z moich respondentek opowiadała, że jej znajomy uczestniczył w okradaniu własnego mieszkania, bo myślał, że pomaga sąsiadowi się przeprowadzać. Dopiero kiedy władował telewizor do furgonetki, zorientował się, że to jego własność. Badacze potwierdzają, im więcej pieniędzy zaangażujemy w ochronę mieszkania na osiedlu grodzonym, tym mniej uwagi poświęcamy tradycyjnej sąsiedzkiej kontroli. Nie pytamy, nie sprawdzamy, nawet się nie pozdrawiamy, więc trudno ustalić, kto i po co wszedł do budynku. Zresztą jeśli przyjrzeć się uważnie ofercie mieszkaniowej, to najczęściej oferowany jest wyłącznie płot oraz możliwość ochrony i monitoringu. Najczęściej poprzestajemy tylko na płocie, który sam w sobie bezpieczeństwa nie gwarantuje. Niektóre szajki wyspecjalizowały się w napadach właśnie na grodzone osiedla.
Stawianie płotu to działanie irracjonalne?
- W krótkiej i indywidualnej perspektywie nie, ale jeśli przyjrzeć się temu uważniej, to zdecydowanie tak. Ludzie starają się je sobie racjonalizować względami bezpieczeństwa czy demonizowaniem tych, którzy zostali za płotem. Tamci to chuligani, brudasy, męty, pijacy. Wmawiają też sobie, że wykorzystali już wszelkie inne sposoby rozwiązania problemów. Ale wcale tak nie jest. Gdy w bloku, gdzie kiedyś mieszkałem, zdewastowano klatkę schodową, nikt nie pomyślał, żeby wezwać policję. Ludzie woleli wyłożyć po 3 tys. zł, żeby się odgrodzić.
A płot to ostateczność, która wcale nie stanowi wyjścia z sytuacji. W jego obrębie rzeczywiście dba się o czystość, ale z psami wychodzi poza ogrodzenie. W ten sposób rodzą się nowe konflikty. Czasami sąsiednie ogrodzone wspólnoty dodatkowo zamykają przejścia w dzielących je ogrodzeniach, co powoduje kompletny chaos i trudności - nagle okazuje się, że wszyscy mamy dwa razy dalej do przystanku czy do sklepu. I że nie ma już przestrzeni, z której możemy korzystać za darmo, "na gapę". Patrząc z perspektywy socjologicznej, problem jest związany właśnie z problemem gapowicza, czyli kwestią korzystania z dóbr publicznych.
Nie umiemy się nimi dzielić?
- W społeczeństwie powszechna jest tendencja do uchylania się jednostek od świadczeń na rzecz grupy przy jednoczesnej chęci zachowania wszystkich przywilejów wynikających z członkostwa w grupie. Takie małe grupy interesu jak wspólnoty mieszkaniowe nie mają powodów, żeby pracować na rzecz wspólnego społecznego dobra, jakim w tym przypadku jest miasto. Chętnie natomiast angażują się w kosztowne i niejednokrotnie nieskuteczne poszerzanie własnych wpływów. Oczywiście z punktu widzenia tej wspólnoty jest to działanie racjonalne, ale z perspektywy społeczeństwa, np. wszystkich mieszkańców Wrocławia, racjonalność ta prowadzi do destrukcji przestrzeni publicznej.
Taka przyszłość czeka nasze miasta?
- Trudno prognozować, ale jeśli przyjrzymy się obecnym trendom, w tym właśnie grodzeniu, i dodamy do tego słabe przepisy dotyczące miejscowego zagospodarowania oraz brak zdecydowanej polityki miejskiej, to być może tak wyglądać będzie przyszłość naszych miast. Prof. Bohdan Jałowiecki, socjolog miasta, kilka lat temu zorganizował konferencję pod prowokacyjnym tytułem „ Warszawa stolicą Trzeciego Świata”. Władze miasta strasznie się oburzyły, ale wydaje mi się, że ten tytuł dobrze oddaje sytuację przestrzenną w większości naszych miast. Z jednej strony władze chętnie decydują się na projekty miejskiej odnowy, bo na nie stosunkowo łatwo pozyskać pieniądze. Ale z drugiej strony te projekty rewitalizacyjne często rozumiane są wąsko: obejmują niewielkie obszary i, niestety, niejednokrotnie ograniczają się wyłącznie do odnowy fasad. Zapomina się o społeczności, a konsultacje społeczne traktuje jako jeszcze jeden formalny wymóg, a nie faktyczną potrzebę i źródło informacji czy pomysłów.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości
-
Zanussi o ESK: Są karty w ręku, jest czym grać
-
Na Kosmonautów tramwaj zderzył się z samochodem
-
Pasażer MPK czekając na autobus, marzy o własnym aucie
-
Smaki świata kuszą we Wrocławiu. Przegląd restauracji
-
Reklamą w dziurę - nowy pomysł na staw przy stadionie
-
Niecodzienne znalezisko na dworcu na Brochowie
-
Spotkania Niezwykłości w ten weekend w Hali Stulecia
- 92 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
30 głosów
-
Płot daje mieszkańcom osiedli ułudę bezpieczeństwa
blackmmmm
06.03.10, 11:53
O ludziach z zamkniętych osiedliZamknięte osiedla nie służą do zapewnienia bezpieczeństwa. To tylko sposób na podbudowanie swojego poczucia wartości.»
-
Jedno proste pytanko
trombozuh
06.03.10, 19:21
Na jakich osiedlach mieszkają dziennikarze Gazetki W.? Stawiam 10:1, że nastrzeżonych i ogrodzonych.»
-
Ciekawe spostrzeżenia
nstemi
08.03.10, 22:24
I nie chodzi mi o te kwestie bezpieczeństwa mniej lub bardziej złudne. Tylkozobaczcie-przestajemy być społeczeństwem, boimy się nawzajem i coraz bardziejnie lubimy. Grodzimy się od tych »
Najczęściej czytane24 htydzień





