Obsadzanie cokołów zawsze było zajęciem dużego ryzyka
19.02.2010
, aktualizacja: 18.02.2010 18:52
Pomnik we Wrocławiu to monumentalny kłopot. Wzniesienie go dużo kosztuje, rozebranie bywa kłopotliwe, a obcowanie z tak wielką sztuką jest często trudne do zniesienia. Trzeba jednak przyznać, że obsadzanie cokołów było i w minionych wiekach zajęciem niewdzięcznym i ryzykownym.

Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Żołnierz Ludowego Wojska Polskiego (dzieło anonimowego żołnierza!) stanął na oryginalnym cokole po pomniku feldmarszałka Helmutha von Moltke

Fot. Łukasz Giza / AG
Pomnik Schillera po wojnie został zniszczony, a w roku 1995 - jako jedyny z przedwojennych pomników - zrekonstruowany
ZOBACZ TAKŻE
- Dlaczego król Bolesław Chrobry nie siedzi na arabie (06-03-10, 07:00)
- Na wrocławskich cokołach goście mają pierwszeństwo (25-02-10, 22:00)
- Jak przejąć kontrolę nad przestrzenią publiczną (20-02-10, 10:00)
- Czy będą konkursy na pomniki? Gorąca debata w ratuszu (18-02-10, 20:04)
Wrocławscy radni chcą sobie i swoim wyborcom tego kłopotu oszczędzić. Przygotowują uchwałę pomnikową, która ma utrudnić życie miłośnikom oddawania czci na cokołach. Monument ma być ideologicznie słuszny nie tylko dla inicjatorów jego wzniesienia, ale dla większości wrocławian. Mają święte prawo sami decydować, kogo chcą uwiecznić w granicie lub brązie. Pomnik musi też być piękny, bo wystawianie na widok publiczny szkarady to obraza dobrego gustu mieszkańców Wrocławia i wstyd dla miasta. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak przyznać, że obsadzanie cokołów zawsze było zajęciem wysokiego ryzyka.
Najpierw pieniądze, później honor
Po pierwsze, ryzyka finansowego. Sztuka kosztuje, a dobra jeszcze więcej. Można zamówić figurę z żywicy epoksydowej za 3-4 tysiące złotych, pomalować na złoto i udawać, że to brąz. Dość trwała, przetrwa kilkadziesiąt lat. Ta sama figura z prawdziwego brązu, ale odlewana seryjnie kosztuje już kilkanaście tysięcy złotych. Kto chce jednak dostać dzieło niepowtarzalne, musi przygotować kilkaset tysięcy. Teoretyczne bohaterom należy się miłość bez granic finansowych, w praktyce kończy się na deklaracjach uwielbienia oraz zamknięciu portfeli. I to w każdej epoce.
Na pomnik marszałka Gebhardta von Bluchera - stanął na placu Solnym w 1827 roku - zbierano pieniądze ponad 10 lat. Co z tego, że Blucher był pogromcą Napoleona, otoczonym patriotycznym kultem? Gdy opadł bitewny kurz, a cesarz Francuzów został osadzony na wyspie Świętej Heleny, wrocławscy mieszczanie uznali, że marszałek z brązu to bardzo kosztowna fanaberia. Nie chcieli płacić. Choć komitet pomnikowy zdecydował się na oszczędnościowe cięcia w sztuce - obniżenie cokołu i rezygnację ze zdobiących go reliefów przedstawiających m.in. triumfalny wjazd marszałka do Paryża - inwestycji nie udałoby się zakończyć, gdyby nie hojność hrabiego Henckel von Donnersmarcka. Wyłożył 2000 talarów, żeby Blucher po dwóch latach zamknięcia w szopie na placu Solnym mógł wreszcie objawić się światu jako zwycięzca.
"Ukochany śląski lud" nie chciał też płacić za pomnik króla Fryderyka II i gdyby ówcześnie panujący Fryderyk Wilhelm IV nie dał kilku ton metalu na odlew, Stary Fryc nie miałby szans stanąć na Rynku.
Polscy mieszkańcy Wrocławia wcale nie okazali się hojniejsi dla swojego władcy. Wprowadzanie Bolesława Chrobrego na cokół zajęło Fundacji Pro Vratislawia dziesięć lat. Kiedy zwolennikom monarchy udało się zebrać potrzebną kwotę, miedź zdrożała o 100 procent. A po wejściu do Unii Europejskiej VAT na usługi odlewnicze skoczył z 3 do 22 procent i znów mieli debet.
Kamień dla każdego
Niemieckiemu marszałkowi i polskiemu królowi problemy finansowe w końcu udało się pokonać, ale polsko-niemiecki astronom Mikołaj Kopernik wciąż musi cierpieć z powodu skąpstwa władz Wrocławia. W 1974 roku wystawiono mu (dla uczczenia 500-lecia urodzin) pomnik przy ul. Piotra Skargi. Leon Podsiadły umieścił na prostym cokole kilkumetrową postać Jubilata wykonaną ze sztucznego kamienia. Żeby nie było wątpliwości, dlaczego astronom wielkim był, Kopernik miał prezentować model Układu Słonecznego. Niestety, na model pieniędzy zabrakło i pomnik wciąż jest niedokończony. To poważny błąd, bo z wiedzą na temat odkryć uczonego kanonika różnie we Wrocławiu bywało. Gdy jedno z wrocławskich muzeów urządzało mu wystawę "ku czci", rozesłało zaproszenia, w których wydrukowano następujące zdanie: "Ruszył Słońce - wstrzymał Ziemię - tyle o wielkim astronomie wie niemal każdy".
Największego pecha ma jednak książę Bolesław Krzywousty, który - jak wymyślił to biskup Wincenty Kadłubek - złoił Niemców na Psim Polu, za co pomnik należy mu się od dawna. I od dawna, bo od ponad pół wieku, słyszy obietnice, że to już.... Ostatnia wersja uczczenia polskiego zwycięstwa przewiduje prezentację głowy Krzywoustego na cokole w otoczeniu kilku psów, ale ten podnoszący na duchu obrazek można na razie oglądać tylko na stronie internetowej "Gniazda Polskiego". Na razie władca musi się zadowolić wielkim głazem przywiezionym w 1959 roku na ul. Bierutowską.
Głazy to kryzysowa wersja pomnika i jest ich we Wrocławiu dostatek. Czczą harcerzy, poległych saperów, pracowników drogi wodnej, polskiego kosmonautę, niepodległość Polski, powrót Wrocławia do Macierzy, Solidarność Walczącą, a nawet Galla Anonima. Mają tę zaletę, że nie kosztują dużo. I tę wadę, że nie wyglądają najlepiej.
Pijus, flejtuch i grubas
A przecież pomnik powinien dobrze wyglądać. To inwestycja na wieki wieków, ma dodawać miastu prestiżu i urody. W 17-osobowym komitecie budowy pomnika Bluchera było aż siedmiu artystów, a do uwiecznienia marszałka w brązie przymierzali się najwybitniejsi rzeźbiarze tamtych czasów, m.in. Duńczyk Thordvalsen, autor pomnika księcia Poniatowskiego w Warszawie (notabene, wyklinany za to, że polskiego bohatera na półgołego światu pokazał). W końcu zdecydowano się na Christiana Raucha, najlepszego rzeźbiarza niemieckiego. Bo oprócz talentu miał pruskiego ducha (a pomnik narodowy zlecać należy swoim), a poza tym liczono, że mniej weźmie... Wziął więcej, ale marszałek robił wrażenie nawet na Polakach odwiedzających Wrocław.
Fryderyk Wielki miał już gorzej, bo w składzie komisji pomnikowej nie było ani jednego artysty. Radcy, dyrektorzy, burmistrz i przedstawiciele księdza biskupa uznali, że na sztuce znają się wystarczająco dobrze, a na tym, co się podoba władzy, jeszcze lepiej. Ale artystę wybrali drogiego - popularnego wówczas Augusta Kissa, ucznia Raucha, i wyszło nie najgorzej.
Niestety, nawet dobry artysta nie daje gwarancji, że jego dzieło będzie cieszyło oczy. O pomniku Bonhoeffera - autorstwa berlińskiego rzeźbiarza Karla Biedermanna - stojącym przed elżbietańską bazyliką taktowni mówią, że "kontrowersyjny", a weredycy - że to pomnik klamki. Z kolei "Ptaki" sławnej Magdaleny Abakanowicz, które przysiadły przed hotelem Monopol, zupełnie do tego miejsca nie pasują i co bardziej wrażliwi liczą, że w końcu odlecą do ciepłych krajów.
Inna sprawa, że widzowie obcujący z dziełami sztuki pomnikowej mają duże wymagania i chętnie krytykują pomysły artystów. Rauch, który Bluchera przedstawił z wyciągniętą ręką, musiał wysłuchiwać, że wódz - notabene sławny pijus - pokazuje kierunek marszu do najbliższej piwiarni. Kissowi zarzucano, że Fryderyk Wielki ma zniszczone buty, stary mundur, a w ogóle wygląda jak ofiara losu, a nie ofiara poświęcenia dla Narodu. Dorocie Korzeniewskiej, autorce Chrobrego, część wrocławian nie może wybaczyć, że król ma brzuch i socrealistyczną urodę pracownika PGR-u, a koń przypomina słonia.
Nieoczekiwana zmiana miejsc
Ostra krytyka jest zrozumiała, bo pomnik to inwestycja na wiele pokoleń. Teoretycznie do końca świata, praktycznie - do pierwszej burzy dziejowej. Taka miała miejsce we Wrocławiu w 1945 roku. Zmieniła się władza, zmienili mieszkańcy, to i na cokołach zaszły zmiany. Zwalano zarówno władców, jak i artystów oraz uczonych. Głównym kryterium była przynależność narodowa. Sławny botanik Ferdinand Cohn (stał w parku Południowym) i jeszcze sławniejszy poeta Fryderyk Schiller (w parku Szczytnickim) okazali się równie źle widziani jak cesarz Wilhelm I (ul. Świdnicka).
Bywali praktyczni burzyciele, tacy, co doceniali wysiłek finansowy niemieckich inwestorów i próbowali wprowadzić pomnikowy recykling. Dzięki temu żołnierz Ludowego Wojska Polskiego (dzieło anonimowego żołnierza!) dostał cokół po feldmarszałku Helmucie von Moltke, popiersie Schillera z Gimnazjum św. Macieja postanowiono przetopić na popiersie Mickiewicza, alegorię Walki i Zwycięstwa, będącą częścią pomnika Bismarcka, zamieniono na uroczą fontannę z lwami (pl. Jana Pawła II), a z fontanny Germanii zrobiono, po uprzednim usunięciu kompromitującej figury, doniczkę na kwiatki (ul. Leszczyńskiego). W tej sytuacji trudno zrozumieć surowe wyroki więzienia dla trzech polskich osadników, którzy w 1947 roku sprzedali Fryderyka Wielkiego (tego z Rynku, w zniszczonych butach) odlewni dzwonów za równowartość 1,5 tony cukru.
Większość monumentów niszczono zwykle do fundamentów, wywożono na gruzowiska i wszelki ślad po nich ginął. Taki los spotkał nawet najcenniejsze dzieła sztuki, jak pomnik generała Bogislava Friedricha von Tauentziena, który stał na środku dzisiejszego placu Kościuszki. Został zaprojektowany przez Karla Gottharda Langhansa (tego od berlińskiej Bramy Brandenburskiej) i ozdobiony rzeźbami Gottfrieda Schadowa. Nie wiadomo nawet, gdzie wywieziono szczątki fontanny z apolitycznym Neptunem zdobiącej od XVIII wieku Nowy Targ. Od czasu do czasu, zwykle przez przypadek, stare pomniki wychodzą na światło dzienne. To przypadek monumentu poświęconego poległym w czasie I wojny światowej uczniom i nauczycielom Gimnazjum św. Macieja zaprojektowanego przez Theodora von Gosena. Rozmontowano go - brązowa figura Chrystusa trafiła do kościoła, a postument zagrzebano na ossolińskim dziedzińcu. Trzy lata temu pomnik ponownie odsłonięto.
Burzyć już nie będziemy
Następny huragan historii, jaki nawiedził Wrocław, okazał się zbyt słaby, żeby porwać ze sobą pomniki. Koniec komunizmu uczciliśmy tylko zniszczeniem "ubelisku". Tak wrocławianie nazywali monument, który od 1964 roku stał na placu Powstańców Śląskich, zbudowany z piaskowca, w kształcie graniastosłupa, odsłonięty w ramach obchodów XX rocznicy powstania Milicji Obywatelskiej. Autorem był utalentowany rzeźbiarz Jerzy Boroń, uczeń Borysa Michałowskiego. Dzieło budziło kontrowersje głównie natury politycznej. Jeden ze studentów próbował nawet na początku stanu wojennego wysadzić "ubelisk" bombą własnej konstrukcji. Zamiar się jednak nie powiódł, a wróg władzy ludowej powędrował do więzienia. W 1991 roku pomnik próbowali spalić manifestanci spod znaku Solidarności Walczącej, ale kamień przetrwał ogniową próbę. Monument udało się rozebrać dopiero ekipie DZBM, która przyjechała z dźwigiem. Operację przeprowadzono 23 maja 1991 roku rankiem, "aby uniknąć sensacji".
Nie dość, że stare (i koszmarne) pomniki pozostały, to na dodatek pojawiły się nowe. Jeszcze brzydsze. Za to w dużych ilościach, głównie martyrologiczne i w czasach komuny zakazane. Będziemy z nimi mieszkać do końca życia, więc trzeba zacząć rozważniej obsadzać cokoły. Następnej figury papieża z wyciągniętymi rękami (na razie mamy tylko jedną, choć dużo mniejsza Oława chwali się dwoma) lub klocka ku czci Zalanych Pracowników Wodociągów lub Dziennikarzy (niesprawiedliwie uczczeni są tylko Zalani Artyści) możemy nie wytrzymać. Ponieważ jednak bohaterów godnych czczenia w kamieniu lub brązie jest cała armia, być może należałoby pomyśleć o wystawieniu monumentu według projektu Andrzeja Waligórskiego: "Rzućcie to wszystko w cholerę / I - by zaspokoić teren - / Rzecz bez precedensu czyńcie: / pomniki z głową na gwińcie".
Najpierw pieniądze, później honor
Po pierwsze, ryzyka finansowego. Sztuka kosztuje, a dobra jeszcze więcej. Można zamówić figurę z żywicy epoksydowej za 3-4 tysiące złotych, pomalować na złoto i udawać, że to brąz. Dość trwała, przetrwa kilkadziesiąt lat. Ta sama figura z prawdziwego brązu, ale odlewana seryjnie kosztuje już kilkanaście tysięcy złotych. Kto chce jednak dostać dzieło niepowtarzalne, musi przygotować kilkaset tysięcy. Teoretyczne bohaterom należy się miłość bez granic finansowych, w praktyce kończy się na deklaracjach uwielbienia oraz zamknięciu portfeli. I to w każdej epoce.
Na pomnik marszałka Gebhardta von Bluchera - stanął na placu Solnym w 1827 roku - zbierano pieniądze ponad 10 lat. Co z tego, że Blucher był pogromcą Napoleona, otoczonym patriotycznym kultem? Gdy opadł bitewny kurz, a cesarz Francuzów został osadzony na wyspie Świętej Heleny, wrocławscy mieszczanie uznali, że marszałek z brązu to bardzo kosztowna fanaberia. Nie chcieli płacić. Choć komitet pomnikowy zdecydował się na oszczędnościowe cięcia w sztuce - obniżenie cokołu i rezygnację ze zdobiących go reliefów przedstawiających m.in. triumfalny wjazd marszałka do Paryża - inwestycji nie udałoby się zakończyć, gdyby nie hojność hrabiego Henckel von Donnersmarcka. Wyłożył 2000 talarów, żeby Blucher po dwóch latach zamknięcia w szopie na placu Solnym mógł wreszcie objawić się światu jako zwycięzca.
"Ukochany śląski lud" nie chciał też płacić za pomnik króla Fryderyka II i gdyby ówcześnie panujący Fryderyk Wilhelm IV nie dał kilku ton metalu na odlew, Stary Fryc nie miałby szans stanąć na Rynku.
Polscy mieszkańcy Wrocławia wcale nie okazali się hojniejsi dla swojego władcy. Wprowadzanie Bolesława Chrobrego na cokół zajęło Fundacji Pro Vratislawia dziesięć lat. Kiedy zwolennikom monarchy udało się zebrać potrzebną kwotę, miedź zdrożała o 100 procent. A po wejściu do Unii Europejskiej VAT na usługi odlewnicze skoczył z 3 do 22 procent i znów mieli debet.
Kamień dla każdego
Niemieckiemu marszałkowi i polskiemu królowi problemy finansowe w końcu udało się pokonać, ale polsko-niemiecki astronom Mikołaj Kopernik wciąż musi cierpieć z powodu skąpstwa władz Wrocławia. W 1974 roku wystawiono mu (dla uczczenia 500-lecia urodzin) pomnik przy ul. Piotra Skargi. Leon Podsiadły umieścił na prostym cokole kilkumetrową postać Jubilata wykonaną ze sztucznego kamienia. Żeby nie było wątpliwości, dlaczego astronom wielkim był, Kopernik miał prezentować model Układu Słonecznego. Niestety, na model pieniędzy zabrakło i pomnik wciąż jest niedokończony. To poważny błąd, bo z wiedzą na temat odkryć uczonego kanonika różnie we Wrocławiu bywało. Gdy jedno z wrocławskich muzeów urządzało mu wystawę "ku czci", rozesłało zaproszenia, w których wydrukowano następujące zdanie: "Ruszył Słońce - wstrzymał Ziemię - tyle o wielkim astronomie wie niemal każdy".
Największego pecha ma jednak książę Bolesław Krzywousty, który - jak wymyślił to biskup Wincenty Kadłubek - złoił Niemców na Psim Polu, za co pomnik należy mu się od dawna. I od dawna, bo od ponad pół wieku, słyszy obietnice, że to już.... Ostatnia wersja uczczenia polskiego zwycięstwa przewiduje prezentację głowy Krzywoustego na cokole w otoczeniu kilku psów, ale ten podnoszący na duchu obrazek można na razie oglądać tylko na stronie internetowej "Gniazda Polskiego". Na razie władca musi się zadowolić wielkim głazem przywiezionym w 1959 roku na ul. Bierutowską.
Głazy to kryzysowa wersja pomnika i jest ich we Wrocławiu dostatek. Czczą harcerzy, poległych saperów, pracowników drogi wodnej, polskiego kosmonautę, niepodległość Polski, powrót Wrocławia do Macierzy, Solidarność Walczącą, a nawet Galla Anonima. Mają tę zaletę, że nie kosztują dużo. I tę wadę, że nie wyglądają najlepiej.
Pijus, flejtuch i grubas
A przecież pomnik powinien dobrze wyglądać. To inwestycja na wieki wieków, ma dodawać miastu prestiżu i urody. W 17-osobowym komitecie budowy pomnika Bluchera było aż siedmiu artystów, a do uwiecznienia marszałka w brązie przymierzali się najwybitniejsi rzeźbiarze tamtych czasów, m.in. Duńczyk Thordvalsen, autor pomnika księcia Poniatowskiego w Warszawie (notabene, wyklinany za to, że polskiego bohatera na półgołego światu pokazał). W końcu zdecydowano się na Christiana Raucha, najlepszego rzeźbiarza niemieckiego. Bo oprócz talentu miał pruskiego ducha (a pomnik narodowy zlecać należy swoim), a poza tym liczono, że mniej weźmie... Wziął więcej, ale marszałek robił wrażenie nawet na Polakach odwiedzających Wrocław.
Fryderyk Wielki miał już gorzej, bo w składzie komisji pomnikowej nie było ani jednego artysty. Radcy, dyrektorzy, burmistrz i przedstawiciele księdza biskupa uznali, że na sztuce znają się wystarczająco dobrze, a na tym, co się podoba władzy, jeszcze lepiej. Ale artystę wybrali drogiego - popularnego wówczas Augusta Kissa, ucznia Raucha, i wyszło nie najgorzej.
Niestety, nawet dobry artysta nie daje gwarancji, że jego dzieło będzie cieszyło oczy. O pomniku Bonhoeffera - autorstwa berlińskiego rzeźbiarza Karla Biedermanna - stojącym przed elżbietańską bazyliką taktowni mówią, że "kontrowersyjny", a weredycy - że to pomnik klamki. Z kolei "Ptaki" sławnej Magdaleny Abakanowicz, które przysiadły przed hotelem Monopol, zupełnie do tego miejsca nie pasują i co bardziej wrażliwi liczą, że w końcu odlecą do ciepłych krajów.
Inna sprawa, że widzowie obcujący z dziełami sztuki pomnikowej mają duże wymagania i chętnie krytykują pomysły artystów. Rauch, który Bluchera przedstawił z wyciągniętą ręką, musiał wysłuchiwać, że wódz - notabene sławny pijus - pokazuje kierunek marszu do najbliższej piwiarni. Kissowi zarzucano, że Fryderyk Wielki ma zniszczone buty, stary mundur, a w ogóle wygląda jak ofiara losu, a nie ofiara poświęcenia dla Narodu. Dorocie Korzeniewskiej, autorce Chrobrego, część wrocławian nie może wybaczyć, że król ma brzuch i socrealistyczną urodę pracownika PGR-u, a koń przypomina słonia.
Nieoczekiwana zmiana miejsc
Ostra krytyka jest zrozumiała, bo pomnik to inwestycja na wiele pokoleń. Teoretycznie do końca świata, praktycznie - do pierwszej burzy dziejowej. Taka miała miejsce we Wrocławiu w 1945 roku. Zmieniła się władza, zmienili mieszkańcy, to i na cokołach zaszły zmiany. Zwalano zarówno władców, jak i artystów oraz uczonych. Głównym kryterium była przynależność narodowa. Sławny botanik Ferdinand Cohn (stał w parku Południowym) i jeszcze sławniejszy poeta Fryderyk Schiller (w parku Szczytnickim) okazali się równie źle widziani jak cesarz Wilhelm I (ul. Świdnicka).
Bywali praktyczni burzyciele, tacy, co doceniali wysiłek finansowy niemieckich inwestorów i próbowali wprowadzić pomnikowy recykling. Dzięki temu żołnierz Ludowego Wojska Polskiego (dzieło anonimowego żołnierza!) dostał cokół po feldmarszałku Helmucie von Moltke, popiersie Schillera z Gimnazjum św. Macieja postanowiono przetopić na popiersie Mickiewicza, alegorię Walki i Zwycięstwa, będącą częścią pomnika Bismarcka, zamieniono na uroczą fontannę z lwami (pl. Jana Pawła II), a z fontanny Germanii zrobiono, po uprzednim usunięciu kompromitującej figury, doniczkę na kwiatki (ul. Leszczyńskiego). W tej sytuacji trudno zrozumieć surowe wyroki więzienia dla trzech polskich osadników, którzy w 1947 roku sprzedali Fryderyka Wielkiego (tego z Rynku, w zniszczonych butach) odlewni dzwonów za równowartość 1,5 tony cukru.
Większość monumentów niszczono zwykle do fundamentów, wywożono na gruzowiska i wszelki ślad po nich ginął. Taki los spotkał nawet najcenniejsze dzieła sztuki, jak pomnik generała Bogislava Friedricha von Tauentziena, który stał na środku dzisiejszego placu Kościuszki. Został zaprojektowany przez Karla Gottharda Langhansa (tego od berlińskiej Bramy Brandenburskiej) i ozdobiony rzeźbami Gottfrieda Schadowa. Nie wiadomo nawet, gdzie wywieziono szczątki fontanny z apolitycznym Neptunem zdobiącej od XVIII wieku Nowy Targ. Od czasu do czasu, zwykle przez przypadek, stare pomniki wychodzą na światło dzienne. To przypadek monumentu poświęconego poległym w czasie I wojny światowej uczniom i nauczycielom Gimnazjum św. Macieja zaprojektowanego przez Theodora von Gosena. Rozmontowano go - brązowa figura Chrystusa trafiła do kościoła, a postument zagrzebano na ossolińskim dziedzińcu. Trzy lata temu pomnik ponownie odsłonięto.
Burzyć już nie będziemy
Następny huragan historii, jaki nawiedził Wrocław, okazał się zbyt słaby, żeby porwać ze sobą pomniki. Koniec komunizmu uczciliśmy tylko zniszczeniem "ubelisku". Tak wrocławianie nazywali monument, który od 1964 roku stał na placu Powstańców Śląskich, zbudowany z piaskowca, w kształcie graniastosłupa, odsłonięty w ramach obchodów XX rocznicy powstania Milicji Obywatelskiej. Autorem był utalentowany rzeźbiarz Jerzy Boroń, uczeń Borysa Michałowskiego. Dzieło budziło kontrowersje głównie natury politycznej. Jeden ze studentów próbował nawet na początku stanu wojennego wysadzić "ubelisk" bombą własnej konstrukcji. Zamiar się jednak nie powiódł, a wróg władzy ludowej powędrował do więzienia. W 1991 roku pomnik próbowali spalić manifestanci spod znaku Solidarności Walczącej, ale kamień przetrwał ogniową próbę. Monument udało się rozebrać dopiero ekipie DZBM, która przyjechała z dźwigiem. Operację przeprowadzono 23 maja 1991 roku rankiem, "aby uniknąć sensacji".
Nie dość, że stare (i koszmarne) pomniki pozostały, to na dodatek pojawiły się nowe. Jeszcze brzydsze. Za to w dużych ilościach, głównie martyrologiczne i w czasach komuny zakazane. Będziemy z nimi mieszkać do końca życia, więc trzeba zacząć rozważniej obsadzać cokoły. Następnej figury papieża z wyciągniętymi rękami (na razie mamy tylko jedną, choć dużo mniejsza Oława chwali się dwoma) lub klocka ku czci Zalanych Pracowników Wodociągów lub Dziennikarzy (niesprawiedliwie uczczeni są tylko Zalani Artyści) możemy nie wytrzymać. Ponieważ jednak bohaterów godnych czczenia w kamieniu lub brązie jest cała armia, być może należałoby pomyśleć o wystawieniu monumentu według projektu Andrzeja Waligórskiego: "Rzućcie to wszystko w cholerę / I - by zaspokoić teren - / Rzecz bez precedensu czyńcie: / pomniki z głową na gwińcie".
Najnowsze wiadomości
-
Czekają nas dwie premiery na wrocławskich scenach
-
Zobacz nowy dziecięcy szpital przy Koszarowej [FOTO]
-
Polscy projektanci w Sky Tower. Warto pooglądać
-
Dziecięcy szpital we wtorek przenosi się na Koszarową
-
Posłowie żądają dekomunizacji miast, a w Bogatyni...
-
Lotus, Lexus, Porsche - takie samochody zobaczysz w Hali Stulecia
-
Nie przegap! Masa imprez w weekend. Zobacz, co polecamy
- 7 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Obsadzanie cokołów zawsze było zajęciem dużego ...
dw1122
20.02.10, 01:47
Szkoda ze autorka nie opisała fascynującej historii monumentalnego pomnika z Kłodzka....i podejścia do traktowania "niechcianych" pomników.Pomnik pierwotnie ( przed wojną ) był pomnikiem »
-
Obsadzanie cokołów zawsze było zajęciem dużego ...
rk111
20.02.10, 03:42
Mamy we Wrocławiu 1/10 pomników niż miasta o podobnych gabarytach na zachodzie Europy, więc nie wiem, o co ten jazgot. Takie dzielnice jak Psie Pole które znane jest tylko dzięki tej »
Najczęściej czytane24 htydzień



więcej zdjęć