Jerzy Sznerch: - Bo na Nadodrzu jest wszystko...

Aneta Augustyn
10.12.2009 , aktualizacja: 10.12.2009 18:40
A A A Drukuj
Zorganizował świetlice dla dzieci, jadłodajnię dla potrzebujących, wigilię dla ubogich, dary dla powodzian... Mieszkańcom Nadodrza załatwia wszystko i wszędzie. Urzędnicy przyznają: Sznerch to facet z charyzmą i skuteczny
Jerzy Sznerch: - Na Nadodrzu czuję się bezpieczny, jestem wśród swoich
Fot. Damian Nowakowski / AG
Jerzy Sznerch: - Na Nadodrzu czuję się bezpieczny, jestem wśród swoich
ZOBACZ TAKŻE
Kilka tysięcy podpisów zebrał, stojąc pod kościołem św. Józefa po mszy: że Jedności Narodowej nie może wciąż wyglądać jak klepisko, jakby wojna właśnie się skończyła, i że oni, mieszkańcy, uprzejmie proszą, żeby wreszcie wyremontować im tory i chodniki. Zaniósł podpisy do prezydenta. Niebawem znalazły się pieniądze na remont ulicy.

W magistracie przyznają - Jerzy Sznerch to facet z charyzmą, szybki i skuteczny w działaniu, najlepszy łącznik między urzędnikami a mieszkańcami. Rozpoznawalny wśród swoich, człowiek Nadodrza.

Abram i pani żurkowa

- Rzemiosło było tu od zawsze. Po wojnie rzemieślnicy, którzy przyjeżdżali tu głównie ze Lwowa, obejmowali gotowe warsztaty po Niemcach. Tato też przyjechał ze Lwowa, w maju 1945 roku został pierwszym komendantem straży pożarnej we Wrocławiu, z główną siedzibą na Nadodrzu. Przysługiwał mu przydział mundurowy, więc jak tylko zafasował czarną gabardynę, poszła na mój garnitur do Pierwszej Komunii. Uszyła go krawcowa, która obszywała wszystkich w naszej kamienicy na Ołbińskiej.

Na Nadodrzu wszystko szyło się u krawców, ot, choćby u pewnego Żyda na Niemcewicza. „Tak, świetnie leży” - potakiwał staruszek, chwytając marynarkę na plecach delikwenta podczas przymiarki. Żydzi mieli tu dużo swoich sklepów typu mydło i powidło oraz trzy kawiarnie, jak Koliber na Jedności Narodowej, gdzie przesiadywali studenci, bo była tania. Wyjechali w 1968 roku, także Abram z ul. Słowiańskiej, z którym siedziałem w jednej ławce. Wyjechał z mamą do Izraela.

Jak lwowski pierścionek mamy trzeba było przerobić na obrączki dla brata, to się szło do złotnika na Trzebnickiej. A jak zrobić zdjęcia - to tylko w Foto-Janusz na Pobożnego, gdzie schedę po ojcu przejęła teraz córka. Mam niemowlęcą podobiznę na baranku, potem w mundurku, komunijną, ślubną...

Szewc? Koniecznie na Trzebnicką. Bałagan tam nieziemski, ale trudno o lepszego i szybszego fachowca w mieście. Z całego Wrocławia ludzie do niego zjeżdżają. Teraz fach objął syn, ja w czasach licealnych chodziłem jeszcze do jego ojca. Obstalowałem sobie wtedy bitelsówki: eleganckie sztyblety za kostkę, nosiłem je tylko na prywatki i do kościoła; jeszcze spodnie podwijałem, żeby było widać.

W ogóle szewców i krawców było tu zatrzęsienie, podobnie jak antykwariuszy. Był też gorseciarz na Jedności, kuśnierz na Dubois, ramiarz i szklarz na św. Wincentego, wiekowy ślusarz na pl. św. Macieja. Na Roosevelta bednarz beczki toczył do lat 60. Zegarmistrz na Chrobrego działa już od pół wieku, po ojcu za fach wzięły się córki. Bo na Nadodrzu jest wszystko.

Zupa z wkładką

Pierwszą świetlicę na Słowiańskiej wychodził przed kilku laty u posłów i radnych. Pół setki dzieciaków z Nadodrza dostaje tam teraz codziennie posiłki. Jak ta dziewięciolatka, która podbierała kanapki jego synowi i której mama kazała zabierać jedzenie w słoiku, na zagrychę. Przykazał, że dziewczynka ma jeść w świetlicy do woli, ale nic na wynos.

Sam wydzwania po makarony, bułki, jogurty. Wspiera go kilka firm spożywczych z Nadodrza - grosza za pomoc dzieciom nie biorą.

Kolejna świetlica na Niemcewicza - też jego pomysł - ruszyła przed półtora roku. Długo przekonywał miasto, że lokal po dawnym Peweksie przyda się następnym potrzebującym. Zrobił festyn w szkole, zaprosił decydentów, opowiedział o dzieciach, przekonał. Dziś 91 świetlicowych dzieci odrabia lekcje z wolontariuszami, uczy się gry na gitarze i tańca, chodzi na zajęcia z psychologiem, jeździ na wycieczki po Dolnym Śląsku.

W zlikwidowanym przedszkolu na Słowiańskiej miasto widziało kolejną hurtownię albo bank. Sznerch zwołał radnych, prezydenta, namawiał do współpracy ks. Derenia z Caritasu: - Musimy to zorganizować. Kolędował od Annasza do Kajfasza: na meble, na parkiet, na farby... Po roku kardynał Gulbinowicz poświęcił centrum pomocy socjalnej z jadłodajnią. Codziennie w południe kilkaset osób przychodzi po zupę z wkładką.

Od lat robi wieczerzę wigilijną w sali gimnastycznej w Szkole Podstawowej nr 108. Przychodzi 150 osób, chętnych jest dwa razy tyle, tylko miejsca brak. Załatwił pierogi, barszcz i karpia od firmy, którą prowadzi wraz z żoną były policjant. Z Nadodrza oczywiście.

Jerzy Sznerch od 20 lat jest przewodniczącym rady osiedla. W godzinach pracy konserwator, złota rączka w urzędzie wojewódzkim; popołudniami i wieczorami przesiaduje za swoim biurkiem w dawnej piwiarni na Rydygiera: śle kolejne pisma do urzędów, odpisuje mieszkańcom, załatwia. Wie, do kogo zadzwonić i jak wystarać się o środki unijne.

Zna każdy kąt między mostem Uniwersyteckim, dworcem Nadodrze, Kępą Mieszczańską, Jedności i Bema. W stanie wojennym bezkarnie śmigał z ulotkami: zawsze gubił patrole w plątaninie podwórek i przejść.

Podać rękę

Pojechałem niedawno do Lyonu zobaczyć, jak oni poradzili sobie z podobnym miejscem. Presquile i Croix Rousse, zdegradowane kiedyś dzielnice, stały się enklawą artystów i rzemieślników, których sprowadzono tam z całego miasta. Mieszkaniec Lyonu wie, że jeśli chce uszyć sobie koszulę na miarę, to jedzie właśnie tam. Warsztaty, manufaktury, pracownie rękodzieła są pięknie ozdobione, mają szyldy w stylu retro. Budynki z wielkiej płyty wyburzono, żeby zachować jednolity charakter. Stare klinkierowe szkoły - jedna zupełnie jak nasza na Paulińskiej - jakby opakowali w szkło. Poczułem się tam jak na Nadodrzu: niemal identyczne kamienice i mnóstwo zakładów rzemieślniczych - tylko wszystko odnowione, tętniące życiem. Na rewitalizację pozyskano duże środki unijne; władzę oddano lokalnej radzie, z którą miasto bardzo się liczy. Zabrało im to 20 lat. Najtrudniej chyba było zmienić mentalność mieszkańców. Na początku beznadzieja: żyli z socjalu, podpalali budynki. Zmieniło się dopiero, gdy dano im do ręki wędkę - na specjalnych warunkach zachęcano od obejmowania sklepików i zakładów. Bezrobotny nagle zostawał rzeźnikiem albo piekarzem. Kiedy ludzie zobaczyli, ile od nich samych zależy, zaczęli szanować i cenić swoje okolice.

Wymarzyłem sobie, że Nadodrze też będzie takie piękne i aktywne, pełne małych rodzinnych sklepików i zakładów. Na spotkaniach zachęcam mieszkańców do obejmowania warsztatów, a urzędników do łaskawszego ich traktowania. Na Chrobrego był warzywniak, od półtora roku pusty. Walczę z miastem, żeby nie wystawiało lokalu na przetarg, tylko wydzierżawiło lokalnym rzemieślnikom. Taki drobny wytwórca nie ma szans w przetargu, przegra z bankiem albo sklepem monopolowym. Mieszkańcy sami mnie o to pytają, na przykład szlifierz czy krawiec. Musimy im podać rękę, tak jak zrobiono to w Lyonie.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów