Halina Bortnowska proponuje: Księgi zamiast krzyża
07.12.2009
, aktualizacja: 07.12.2009 22:54
Jeżeli ktoś symbole wiesza, musi zrozumieć motywy tych, którzy przeciw temu protestują. I nie ma wcale znaczenia, ilu ich jest, bo w takich sprawach większość nie może niczego narzucać mniejszości. Trzeba dojść po prostu do porozumienia
ZOBACZ TAKŻE
- Debata o krzyżach - wszystkiemu winni dorośli (14-12-09, 09:53)
- Jednak w "czternastce" krzyże zostają na ścianach (07-12-09, 12:54)
- Maturzyści z XIV LO pozwą europosła Ryszarda Legutkę (18-12-09, 11:49)
- Miała być debata o krzyżach w szkole, wyszło show (16-12-09, 20:25)
- Debata o krzyżach w XIV LO - zapis (16-12-09, 13:00)
- Krucjata - Młodzi w Życiu Publicznym popiera dyrektora Łaźniaka (08-12-09, 12:40)
- List otwarty do Marka Łaźniaka, dyrektora XIV LO (04-12-09, 09:03)
- Krzyże w szkołach tylko przenośne - w czasie katechezy (07-12-09, 11:13)
- Obecność krzyża w klasie jest problemem drugorzędnym (03-12-09, 18:34)
- A jednak wybuchła awantura o krzyże w "czternastce" (03-12-09, 17:36)
- Młodzi nie chcą krzyża, liceum zrobi salę do religii (02-12-09, 09:00)
- Symbole w szkole: dziś debata o krzyżach w XIV LO (16-12-09, 05:00)
- Licealiści z XIV LO: Zostaliśmy wychowani do myślenia (12-12-09, 12:00)
- XIV LO. Wojna o krzyże czy pokojowe pertraktacje? (07-12-09, 05:00)
- Spór o krzyże to konflikt pokoleń, nie wojna religijna (06-12-09, 19:24)
Mirosław Maciorowski: Po wyroku Trybunału Praw Człowieka w swoim blogu (halinabortnowska.blox.pl) pisze Pani, że ściana klasy szkolnej jest inną przestrzenią niż ściana urzędu, Sejmu czy posterunku policji. Rozróżnia Pani te przestrzenie: pierwszą określa mianem publicznej, w której możemy posługiwać się znakami, np. religijnymi, a drugą - przestrzenią państwową, która powinna być neutralna, zarezerwowana jedynie dla godła kraju.
Halina Bortnowska: Ale nie zamierzam nikomu narzucać takiego rozróżnienia, choć uważam je za logiczne, praktyczne i mające szansę na akceptację. Szkolne sale należą do wielu osób, po prostu do wspólnoty. Uważam więc, że są przestrzenią, którą albo należy zachować pustą, albo można ją - za czym osobiście jestem - zapełniać symbolami. Ale musi się to odbywać z poszanowaniem wszystkich użytkowników tej przestrzeni. Rozwiązanie należy wypracować przez dialog. Życzliwą rozmowę, w której ludzie mówią prawdę o swoich motywach i prawdy dosłuchują się w tym, co mówią ich partnerzy. Nie można się komukolwiek podlizywać, zagospodarowując szkolne ściany, bo to jest gra nieczysta. Jeżeli jednak ktoś symbole wiesza, bo naprawdę uważa, że powinny wisieć, musi też zrozumieć motywy tych, którzy przeciw temu protestują. I nie ma wcale znaczenia, ilu ich jest, bo w takich sprawach większość nie może niczego narzucać mniejszości. Trzeba dojść po prostu do porozumienia. Na tym polega prawdziwy dialog.
Dyrektor wrocławskiego XIV LO Marek Łaźniak w pierwszym odruchu zaproponował kompromis: krzyże tylko w salach do religii. Czy to rozwiązanie w duchu dialogu?
- Tak, ale jest tylko jednym z możliwych rozwiązań i to nie najbardziej ambitnym. Nie wiem też, czy praktycznym, bo przecież w większości szkół lekcje religii odbywają się w różnych salach. Może lepiej w drodze dialogu ustalić, w których, i czy krzyż będzie wisiał w tych salach na stałe, czy może tylko w czasie katechezy. Może ktoś będzie go przynosił i niekoniecznie to musi być katecheta. Jest naprawdę tysiąc sposobów rozwiązania tej sytuacji w sposób pobudzający do myślenia i uczący rozumienia innych.
W toku dyskusji o krzyżach w szkole przyszła mi do głowy propozycja, by zastąpić je świętą księgą chrześcijańską, a jeśli w grupie są wyznawcy innych religii, także świętymi księgami ich wyznań. Albo w ogóle przywołujmy myślenie o transcendencji, religii i wartościach poprzez umieszczenie w klasie półki, na której stałyby księgi wszystkich wyznań. To raziłoby znacznie mniej. Księgi trzeba by rozmieścić tak, by nie sugerować, która jest ważniejsza. Można by ustawić je chronologicznie. Na początku byłaby więc Tora, potem Ewangelia i Koran, a dalej może jeszcze dzieło filozoficzne bliskie jakiejś grupie ludzi.
Może Wolter?
- Na przykład. Tylko że z ateistami jest taki problem, że tak naprawdę nie mają symbolu swojej postawy. Wielu, których poznałam, wielokrotnie mi o tym mówiło. Oni dla zamanifestowania światopoglądu nie potrzebują wieszać na ścianach czapki frygijskiej ani stawiać książek Woltera.
Troje uczniów wrocławskiego ogólniaka po upublicznieniu ich petycji znalazło się pod pręgierzem. Oskarżono ich o lansowanie się w mediach i zakłamanie, bo wcześniej krzyże im nie przeszkadzały. Eurodeputowany PiS prof. Ryszard Legutko nazwał ich "rozpuszczonymi smarkaczami", którzy czują się kompletnie bezkarni. "To jest typowa szczeniacka zadyma. Przy czym za zadymę to człowiek bywa - jak chodzi do szkoły, a szkoła jest dobra - karany" - powiedział w "Polsce The Times".
- To, co powiedział, jest po prostu straszne. Bo przecież on nie wie, co nimi kierowało. O tym wiedzą tylko oni sami i z tego co słyszałam, potrafią swoje motywacje uzasadnić. Uważam, że jedną z najobrzydliwszych rzeczy jest ocenianie czyichś intencji bez dowodu, że takie one właśnie są.
Bez względu na to, czy rozmawiamy o intencjach 16- czy 50-latka?
- Nawet pięciolatka. Nie można się wyrażać o czyichś intencjach bez ich faktycznego poznania. Chyba że ta osoba mówi o nich otwarcie. Ale i wtedy trzeba być ostrożnym. Bo ludzie swoich własnych intencji nie zawsze mogą być pewni. A jeśli są one z góry oceniane, to jest to niesłychanie bolesne.
Opowiem własną historię. Tuż po wojnie, gdy uczyłam się w liceum, nagle coś moim koleżankom i mnie strzeliło do głowy i zaczęłyśmy demolować naszą klasę. Jakiś amok nas ogarnął. Zniszczyłyśmy salę, którą z dużym trudem same urządziłyśmy. I nie wiedziałyśmy dlaczego. Nasz wychowawca kazał nam przez godzinę siedzieć w tej zdemolowanej klasie i nie robić nic. A potem powiedział, że nas nie ukarze, tylko mamy zapamiętać, że człowiek nie powinien być igraszką swoich nagłych impulsów. Żebyśmy, zanim coś zrobimy, zawsze się zastanawiały, po co to robimy. To był bardzo mądry wychowawca i ja tę jego lekcję pamiętam, choć upłynęło 60 lat.
A z trójką uczniów z wrocławskiego ogólniaka jest inaczej. Spotkali się z agresją, choć przecież niczego nie zdemolowali, a wręcz przeciwnie, podjęli jakąś refleksję, zabrali głos w ich przekonaniu w ważnej sprawie. Tak to przynajmniej ja odczytuję. A interpretację tego wydarzenia dokonaną przez profesora Legutkę uważam za okropną.
Czy w takiej atmosferze, przy eskalacji wypowiedzi o tych dzieciakach, dialog, o który Pani apeluje, jest w ogóle możliwy?
- W atmosferze, którą stwarza pan profesor, który przecież nie jest dzieciakiem, dialog oczywiście przestaje być możliwy. Bo dialog zakłada, że bierzemy poważnie intencje partnerów. Nie mówię, że uczniowie sami potrafią taką rozmowę przeprowadzić, ale sądzę, że dobry wychowawca w dobrej szkole powinien sobie poradzić z wywołaniem w klasie atmosfery sprzyjającej dialogowi. Może by ona zaistniała, trzeba na wszystkich ścianach powiesić krzyże, a może trzeba je wszystkie usunąć.
Analizowała Pani treść uzasadnienia wyroku Trybunału w Strasburgu. Co z niego wynika dla wrocławskich licealistów, który powołując się na świeckość szkoły zażądali usunięcia z niej krzyży?
- Założę się, że uczniowie wrocławskiego liceum uzasadnienia tego wyroku nie znają. Słyszą tylko, że Trybunał w Strasburgu orzekł, że krzyże w klasach naruszają "prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami" oraz "wolność religijną uczniów". Wyrok dotyczy jednak konkretnej włoskiej szkoły i nie oznacza, że Trybunał coś nakazuje Europie. Zresztą zdejmowanie krzyży w tej szkole też nie nastąpi, bo rząd włoski się na to nie zgodził. Jedyna konsekwencja tego wyroku to odszkodowanie dla osoby składającej zażalenie.
W rzeczywistości Trybunałowi chodziło o to, żeby zachować świeckość szkół. Każe się zastanowić, czy to właściwe, żeby szkolne sale wyposażone były w krzyże i czy powinno się tym zajmować państwo.
Ale czy krzyże wiszące w klasach polskich szkół są państwowe, samorządowe czy prywatne, np. przyniesione przez uczniów, którzy klasę kiedyś urządzali? Trybunał wypowiada się przeciw upaństwowieniu tego symbolu. Chodzi o zasadę, czy państwo ma przestrzegać neutralności światopoglądowej, do której się zobowiązało, podpisując Europejską Konwencję Praw Człowieka, i czy ta neutralność godzi się z tym, żeby państwo nakazywało wieszanie krzyży. Bo jeśli powiesili je sami uczniowie albo ich rodzice, to nic nie można temu zarzucić.
Pisze Pani, że między przestrzenią publiczną a państwową nie ma ostrej granicy. Może należy ją jednak wyznaczyć?
- Może, ale trzeba to zrobić ostrożnie i roztropnie, żeby nie powylewać wielu dzieci z wieloma kąpielami. Trzeba dobrze popatrzeć, co się wylewa, bo może tam być czyjeś sumienie, uczucie, przywiązanie albo poczucie lojalności.
Wracamy więc do dialogu, bo wychodzi na to, że do określenia tej granicy jest niezbędny.
- Absolutnie. Proszę przekazać tym uczniom ode mnie serdeczności. I przepraszam ich za posądzenie, że są zadymiarzami.
Za profesora Legutkę Pani przeprasza?
- Tak. A w swoim imieniu mówię, że nie wydaje mi się, żeby byli zadymiarzami, choć oczywiście nie wiem, kim są naprawdę, i mam odwagę to powiedzieć. A to, kim są i jakie mają intencję, dowiem się dopiero, jak mi sami o tym powiedzą. Mam nadzieję, że do mnie napiszą.
*Halina Bortnowska - publicystka, filozof, teolog, przewodnicząca Rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Halina Bortnowska: Ale nie zamierzam nikomu narzucać takiego rozróżnienia, choć uważam je za logiczne, praktyczne i mające szansę na akceptację. Szkolne sale należą do wielu osób, po prostu do wspólnoty. Uważam więc, że są przestrzenią, którą albo należy zachować pustą, albo można ją - za czym osobiście jestem - zapełniać symbolami. Ale musi się to odbywać z poszanowaniem wszystkich użytkowników tej przestrzeni. Rozwiązanie należy wypracować przez dialog. Życzliwą rozmowę, w której ludzie mówią prawdę o swoich motywach i prawdy dosłuchują się w tym, co mówią ich partnerzy. Nie można się komukolwiek podlizywać, zagospodarowując szkolne ściany, bo to jest gra nieczysta. Jeżeli jednak ktoś symbole wiesza, bo naprawdę uważa, że powinny wisieć, musi też zrozumieć motywy tych, którzy przeciw temu protestują. I nie ma wcale znaczenia, ilu ich jest, bo w takich sprawach większość nie może niczego narzucać mniejszości. Trzeba dojść po prostu do porozumienia. Na tym polega prawdziwy dialog.
Dyrektor wrocławskiego XIV LO Marek Łaźniak w pierwszym odruchu zaproponował kompromis: krzyże tylko w salach do religii. Czy to rozwiązanie w duchu dialogu?
- Tak, ale jest tylko jednym z możliwych rozwiązań i to nie najbardziej ambitnym. Nie wiem też, czy praktycznym, bo przecież w większości szkół lekcje religii odbywają się w różnych salach. Może lepiej w drodze dialogu ustalić, w których, i czy krzyż będzie wisiał w tych salach na stałe, czy może tylko w czasie katechezy. Może ktoś będzie go przynosił i niekoniecznie to musi być katecheta. Jest naprawdę tysiąc sposobów rozwiązania tej sytuacji w sposób pobudzający do myślenia i uczący rozumienia innych.
W toku dyskusji o krzyżach w szkole przyszła mi do głowy propozycja, by zastąpić je świętą księgą chrześcijańską, a jeśli w grupie są wyznawcy innych religii, także świętymi księgami ich wyznań. Albo w ogóle przywołujmy myślenie o transcendencji, religii i wartościach poprzez umieszczenie w klasie półki, na której stałyby księgi wszystkich wyznań. To raziłoby znacznie mniej. Księgi trzeba by rozmieścić tak, by nie sugerować, która jest ważniejsza. Można by ustawić je chronologicznie. Na początku byłaby więc Tora, potem Ewangelia i Koran, a dalej może jeszcze dzieło filozoficzne bliskie jakiejś grupie ludzi.
Może Wolter?
- Na przykład. Tylko że z ateistami jest taki problem, że tak naprawdę nie mają symbolu swojej postawy. Wielu, których poznałam, wielokrotnie mi o tym mówiło. Oni dla zamanifestowania światopoglądu nie potrzebują wieszać na ścianach czapki frygijskiej ani stawiać książek Woltera.
Troje uczniów wrocławskiego ogólniaka po upublicznieniu ich petycji znalazło się pod pręgierzem. Oskarżono ich o lansowanie się w mediach i zakłamanie, bo wcześniej krzyże im nie przeszkadzały. Eurodeputowany PiS prof. Ryszard Legutko nazwał ich "rozpuszczonymi smarkaczami", którzy czują się kompletnie bezkarni. "To jest typowa szczeniacka zadyma. Przy czym za zadymę to człowiek bywa - jak chodzi do szkoły, a szkoła jest dobra - karany" - powiedział w "Polsce The Times".
- To, co powiedział, jest po prostu straszne. Bo przecież on nie wie, co nimi kierowało. O tym wiedzą tylko oni sami i z tego co słyszałam, potrafią swoje motywacje uzasadnić. Uważam, że jedną z najobrzydliwszych rzeczy jest ocenianie czyichś intencji bez dowodu, że takie one właśnie są.
Bez względu na to, czy rozmawiamy o intencjach 16- czy 50-latka?
- Nawet pięciolatka. Nie można się wyrażać o czyichś intencjach bez ich faktycznego poznania. Chyba że ta osoba mówi o nich otwarcie. Ale i wtedy trzeba być ostrożnym. Bo ludzie swoich własnych intencji nie zawsze mogą być pewni. A jeśli są one z góry oceniane, to jest to niesłychanie bolesne.
Opowiem własną historię. Tuż po wojnie, gdy uczyłam się w liceum, nagle coś moim koleżankom i mnie strzeliło do głowy i zaczęłyśmy demolować naszą klasę. Jakiś amok nas ogarnął. Zniszczyłyśmy salę, którą z dużym trudem same urządziłyśmy. I nie wiedziałyśmy dlaczego. Nasz wychowawca kazał nam przez godzinę siedzieć w tej zdemolowanej klasie i nie robić nic. A potem powiedział, że nas nie ukarze, tylko mamy zapamiętać, że człowiek nie powinien być igraszką swoich nagłych impulsów. Żebyśmy, zanim coś zrobimy, zawsze się zastanawiały, po co to robimy. To był bardzo mądry wychowawca i ja tę jego lekcję pamiętam, choć upłynęło 60 lat.
A z trójką uczniów z wrocławskiego ogólniaka jest inaczej. Spotkali się z agresją, choć przecież niczego nie zdemolowali, a wręcz przeciwnie, podjęli jakąś refleksję, zabrali głos w ich przekonaniu w ważnej sprawie. Tak to przynajmniej ja odczytuję. A interpretację tego wydarzenia dokonaną przez profesora Legutkę uważam za okropną.
Czy w takiej atmosferze, przy eskalacji wypowiedzi o tych dzieciakach, dialog, o który Pani apeluje, jest w ogóle możliwy?
- W atmosferze, którą stwarza pan profesor, który przecież nie jest dzieciakiem, dialog oczywiście przestaje być możliwy. Bo dialog zakłada, że bierzemy poważnie intencje partnerów. Nie mówię, że uczniowie sami potrafią taką rozmowę przeprowadzić, ale sądzę, że dobry wychowawca w dobrej szkole powinien sobie poradzić z wywołaniem w klasie atmosfery sprzyjającej dialogowi. Może by ona zaistniała, trzeba na wszystkich ścianach powiesić krzyże, a może trzeba je wszystkie usunąć.
Analizowała Pani treść uzasadnienia wyroku Trybunału w Strasburgu. Co z niego wynika dla wrocławskich licealistów, który powołując się na świeckość szkoły zażądali usunięcia z niej krzyży?
- Założę się, że uczniowie wrocławskiego liceum uzasadnienia tego wyroku nie znają. Słyszą tylko, że Trybunał w Strasburgu orzekł, że krzyże w klasach naruszają "prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami" oraz "wolność religijną uczniów". Wyrok dotyczy jednak konkretnej włoskiej szkoły i nie oznacza, że Trybunał coś nakazuje Europie. Zresztą zdejmowanie krzyży w tej szkole też nie nastąpi, bo rząd włoski się na to nie zgodził. Jedyna konsekwencja tego wyroku to odszkodowanie dla osoby składającej zażalenie.
W rzeczywistości Trybunałowi chodziło o to, żeby zachować świeckość szkół. Każe się zastanowić, czy to właściwe, żeby szkolne sale wyposażone były w krzyże i czy powinno się tym zajmować państwo.
Ale czy krzyże wiszące w klasach polskich szkół są państwowe, samorządowe czy prywatne, np. przyniesione przez uczniów, którzy klasę kiedyś urządzali? Trybunał wypowiada się przeciw upaństwowieniu tego symbolu. Chodzi o zasadę, czy państwo ma przestrzegać neutralności światopoglądowej, do której się zobowiązało, podpisując Europejską Konwencję Praw Człowieka, i czy ta neutralność godzi się z tym, żeby państwo nakazywało wieszanie krzyży. Bo jeśli powiesili je sami uczniowie albo ich rodzice, to nic nie można temu zarzucić.
Pisze Pani, że między przestrzenią publiczną a państwową nie ma ostrej granicy. Może należy ją jednak wyznaczyć?
- Może, ale trzeba to zrobić ostrożnie i roztropnie, żeby nie powylewać wielu dzieci z wieloma kąpielami. Trzeba dobrze popatrzeć, co się wylewa, bo może tam być czyjeś sumienie, uczucie, przywiązanie albo poczucie lojalności.
Wracamy więc do dialogu, bo wychodzi na to, że do określenia tej granicy jest niezbędny.
- Absolutnie. Proszę przekazać tym uczniom ode mnie serdeczności. I przepraszam ich za posądzenie, że są zadymiarzami.
Za profesora Legutkę Pani przeprasza?
- Tak. A w swoim imieniu mówię, że nie wydaje mi się, żeby byli zadymiarzami, choć oczywiście nie wiem, kim są naprawdę, i mam odwagę to powiedzieć. A to, kim są i jakie mają intencję, dowiem się dopiero, jak mi sami o tym powiedzą. Mam nadzieję, że do mnie napiszą.
*Halina Bortnowska - publicystka, filozof, teolog, przewodnicząca Rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Najnowsze wiadomości
-
Portret zbiorowy pierwszoroczniaków. W klatce akademika
-
Jak będziemy się poruszać po Wrocławiu podczas Euro [MAPA]
-
Nasi studenci są słabi psychicznie. Naukowcy alarmują
-
O tych filmach dyskutował cały świat. Jak stworzyć wiral
-
Ten bunkier już został wyburzony. Stał obok dworca [FOTO]
-
Retro na różowo. Amerykanie z Portland wystąpią w Eterze
-
Ul. Królewiecka: Drzewka symetryczne, tylko uschły
- 25 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
22 głosy
-
Halina Bortnowska proponuje: Księgi zamiast krzyża
plxpl
07.12.09, 21:29
Ale Aborcza drąży... Kogo wy cytujecie?Ktoś już na forum pisał - krzyża i wody święconej boi się taki jeden częstoprzedstawiany z rogami i ogonem. Wszyscy więc widzą kto za wami stoi, »
-
Halina Bortnowska proponuje: Księgi zamiast krzyża
korcia2000
07.12.09, 22:31
Kto upoważnił Forum do podawanie IP?»
-
Powinien być krzyz przenośny
j-50
08.12.09, 08:18
W powszechnym uzyciu wśród chrzescijan jest przenośny krucyfiks. Nie rozumiem zatem - jaki problem? Katecheta przychodzi na zajęcia do klasy, wyjmuje spod pachy przenosny krucyfiks, stawia »
Najczęściej czytane24 htydzień




