Lekarz, czyli ten, który zawsze wie lepiej
07.12.2009
, aktualizacja: 07.12.2009 17:31
LECZYĆ PO LUDZKU - LIST. Lekarz rozmawia ze mną w drzwiach dyżurki. A gdy nie daję się zbyć, odwraca się na pięcie i odchodzi. Niedopuszczalne uwagi, lekceważące podejście to była norma we wrocławskim szpitalu kolejowym
ZOBACZ TAKŻE
- Dolny Śląsk: Rekordowe kolejki do planowych operacji (10-12-09, 19:39)
- Dolnośląska Lista Kolejkowa: Ile czekasz na badanie (07-12-09, 12:47)
- Klinika na peryferiach... (06-12-09, 19:50)
Moja mama trafiła na ostry dyżur szpitala przy ul. Kamieńskiego z objawami kolki żółciowej. Zbadano ją, podano kroplówkę, pobrano krew i wysłano na usg. Badania wykazały zmiany zapalne w trzustce i żółtaczkę, co oznaczało, że trzeba ją hospitalizować. Jednak lekarz dyżurny poinformował mamę, że nie przyjmą jej na oddział w tym szpitalu, bo to nie ten rejon, a na miejsca, które są, czekają ranni z wypadku. Odwieźliśmy ją więc do Okręgowego Szpitala Kolejowego przy ul. Wiśniowej. Tam rzeczywiście przyjęto ją na oddział chirurgii i onkologii, ale sposób diagnozowania i leczenia był taki, że cała nasza rodzina będzie omijać tę placówkę szerokim łukiem.
Lekarze po przejrzeniu dokumentacji ze szpitala przy Kamieńskiego nie zlecili żadnych badań na potwierdzenie diagnozy. Stwierdzili, że przyczyną problemów jest zaczopowanie przewodu żółciowego przez kamień i że konieczna jest operacja. Mama zgodziła się. W czasie odwiedzin zapytałam się, jak mogę zdobyć informację o stanie jej zdrowia (nie mogłam zwolnić się z pracy) bezpośrednio po operacji. Podano mi telefon do dyżurki lekarskiej i polecono zadzwonić nazajutrz. Operacja była zaplanowana na godz. 10. Dzwonię po 12, przedstawiam się i proszę o połączenie z lekarzem prowadzącym. - Nie ma go, operuje - usłyszałam. - To może inny lekarz jest mi w stanie udzielić informacji. - Nie, bo nikt inny nie jest do tego upoważniony. W tle słyszę szepty, z którego wynika, że operacja się nie odbyła.
Pełna złych przeczuć zwalniam się z pracy i jadę do szpitala, dowiaduję się, że zabieg przełożono na jutro, bo byli inni pilni pacjenci. Tylko dlaczego nikt mnie, czyli najbliższą rodzinę chorej, nie chciał o tym poinformować? Nazajutrz też nie mogę zwolnić się z pracy, proszę ciocię, żeby poszła do szpitala zorientować się w sytuacji. Dzwoni do mnie po kilku godzinach - operacja była, ale nie usunięto woreczka żółciowego. Lekarz operujący B. stwierdził olbrzymi guz w jamie brzusznej i wziął próbkę tkanki do badania histopatologicznego. B. rozmawiał z ciocią na korytarzu przed gabinetem lekarskim. - To rak, trzeba czekać na wyniki, nie ma nic więcej do powiedzenia.
Ja po pracy, niestety, nie zastaję go, lekarz dyżurny twierdzi, że nie zna sprawy i odsyła mnie na następny dzień.
Kolejnego dnia rozmawiam z doktorem osobiście. Rozmawia ze mną w drzwiach dyżurki z pozycji tego, co wie lepiej, nie odpowiada na moje pytania, czy diagnoza nie wymaga dokładniejszych badań. Każe czekać na wyniki badania histopatologicznego. Nie daję się zbyć, więc mówi, że się spieszy. Odwraca się na pięcie i odchodzi.
Mamie nie powiedziano nic konkretnego. W pierwszej chwili mam ochotę rozpłakać się - nie dość że taka diagnoza, to jeszcze podejście lekarza do sprawy.
Trzy kolejne dni po operacji mama czuje się lepiej. Czwartego dnia dostaje gorączki. To niedziela, więc lekarz dyżurny zleca środek obniżający temperaturę. Gorączka spada, ale po kilku godzinach znowu skacze w górę. Mama czuje się gorzej i zgłasza to lekarzowi i pielęgniarce. Dostaje polopirynę i ma czekać do poniedziałku. W poniedziałek rano lekarz prowadzący na obchodzie stwierdza, że wypisują ją do domu. Informację o pogorszeniu stanu zdrowia i gorączce, sugestię dokładniejszego zbadania pozostawia bez komentarza. Mama zwleka się z łóżka i idzie do gabinetu ordynatora K. Ten stwierdza, że musi skonsultować się z lekarzem prowadzącym i zaraz przyjdzie. Nie pojawia się w ciągu dwóch godzin. W międzyczasie przychodzę ja. Idziemy do ordynatora i nie dajemy się zbyć. Rozmowa jest nieprzyjemna: on pyta, o co chodzi i dlaczego przychodzimy do niego. Mówię, że mama jest szykowana do wypisu, a czuje się źle i wygląda na to, że pojawiły się komplikacje, które lekarz prowadzący lekceważy. K. zirytowany odpowiada, jak to jest możliwe, że pacjent wie lepiej od lekarza. Nie wytrzymuję i wygarniam, że nie podoba mi się sposób diagnozy, traktowania pacjenta i jego rodziny, mama jest emerytowaną pielęgniarką z ponad 30 letnim doświadczeniem zawodowym, nie wymyśla chorób. Żądam dokładnego zbadania celem potwierdzenia diagnozy i grożę skargą do NFZ. K. jest zdenerwowany i wyprasza nas z gabinetu, ale coś się zaczyna "ruszać". Mamę zabierają na rtg płuc, przychodzi internista, stwierdza początek zmian zapalnych w oskrzelach i zleca antybiotyk. Następnego dnia zostaje wykonana tomografia - dzień później ordynator K. osobiście przychodzi z informacją, że to ostre zapalenia trzustki, a nie zmiany nowotworowe. Mama czuje się lepiej i po kilku dniach wychodzi ze szpitala.
Zastanawiam się nad złożeniem skargi na ordynatora i lekarza prowadzącego oddziału. Mama powinna zostać należycie zdiagnozowana przed podjęciem decyzji o operacji. A jeśli szpital rejonowy nie miał funduszy na diagnostykę, powinien odesłać pacjenta do ośrodka wyspecjalizowanego i dofinansowanego przynajmniej na konsultacje. Kolejna sprawa to sposób potraktowania pacjenta: niedopuszczalne uwagi, lekceważące podejście i brak należytej informacji. Takie postępowanie kilku lekarzy niweczy dobrą opinię innych.
Lekarze po przejrzeniu dokumentacji ze szpitala przy Kamieńskiego nie zlecili żadnych badań na potwierdzenie diagnozy. Stwierdzili, że przyczyną problemów jest zaczopowanie przewodu żółciowego przez kamień i że konieczna jest operacja. Mama zgodziła się. W czasie odwiedzin zapytałam się, jak mogę zdobyć informację o stanie jej zdrowia (nie mogłam zwolnić się z pracy) bezpośrednio po operacji. Podano mi telefon do dyżurki lekarskiej i polecono zadzwonić nazajutrz. Operacja była zaplanowana na godz. 10. Dzwonię po 12, przedstawiam się i proszę o połączenie z lekarzem prowadzącym. - Nie ma go, operuje - usłyszałam. - To może inny lekarz jest mi w stanie udzielić informacji. - Nie, bo nikt inny nie jest do tego upoważniony. W tle słyszę szepty, z którego wynika, że operacja się nie odbyła.
Pełna złych przeczuć zwalniam się z pracy i jadę do szpitala, dowiaduję się, że zabieg przełożono na jutro, bo byli inni pilni pacjenci. Tylko dlaczego nikt mnie, czyli najbliższą rodzinę chorej, nie chciał o tym poinformować? Nazajutrz też nie mogę zwolnić się z pracy, proszę ciocię, żeby poszła do szpitala zorientować się w sytuacji. Dzwoni do mnie po kilku godzinach - operacja była, ale nie usunięto woreczka żółciowego. Lekarz operujący B. stwierdził olbrzymi guz w jamie brzusznej i wziął próbkę tkanki do badania histopatologicznego. B. rozmawiał z ciocią na korytarzu przed gabinetem lekarskim. - To rak, trzeba czekać na wyniki, nie ma nic więcej do powiedzenia.
Ja po pracy, niestety, nie zastaję go, lekarz dyżurny twierdzi, że nie zna sprawy i odsyła mnie na następny dzień.
Kolejnego dnia rozmawiam z doktorem osobiście. Rozmawia ze mną w drzwiach dyżurki z pozycji tego, co wie lepiej, nie odpowiada na moje pytania, czy diagnoza nie wymaga dokładniejszych badań. Każe czekać na wyniki badania histopatologicznego. Nie daję się zbyć, więc mówi, że się spieszy. Odwraca się na pięcie i odchodzi.
Mamie nie powiedziano nic konkretnego. W pierwszej chwili mam ochotę rozpłakać się - nie dość że taka diagnoza, to jeszcze podejście lekarza do sprawy.
Trzy kolejne dni po operacji mama czuje się lepiej. Czwartego dnia dostaje gorączki. To niedziela, więc lekarz dyżurny zleca środek obniżający temperaturę. Gorączka spada, ale po kilku godzinach znowu skacze w górę. Mama czuje się gorzej i zgłasza to lekarzowi i pielęgniarce. Dostaje polopirynę i ma czekać do poniedziałku. W poniedziałek rano lekarz prowadzący na obchodzie stwierdza, że wypisują ją do domu. Informację o pogorszeniu stanu zdrowia i gorączce, sugestię dokładniejszego zbadania pozostawia bez komentarza. Mama zwleka się z łóżka i idzie do gabinetu ordynatora K. Ten stwierdza, że musi skonsultować się z lekarzem prowadzącym i zaraz przyjdzie. Nie pojawia się w ciągu dwóch godzin. W międzyczasie przychodzę ja. Idziemy do ordynatora i nie dajemy się zbyć. Rozmowa jest nieprzyjemna: on pyta, o co chodzi i dlaczego przychodzimy do niego. Mówię, że mama jest szykowana do wypisu, a czuje się źle i wygląda na to, że pojawiły się komplikacje, które lekarz prowadzący lekceważy. K. zirytowany odpowiada, jak to jest możliwe, że pacjent wie lepiej od lekarza. Nie wytrzymuję i wygarniam, że nie podoba mi się sposób diagnozy, traktowania pacjenta i jego rodziny, mama jest emerytowaną pielęgniarką z ponad 30 letnim doświadczeniem zawodowym, nie wymyśla chorób. Żądam dokładnego zbadania celem potwierdzenia diagnozy i grożę skargą do NFZ. K. jest zdenerwowany i wyprasza nas z gabinetu, ale coś się zaczyna "ruszać". Mamę zabierają na rtg płuc, przychodzi internista, stwierdza początek zmian zapalnych w oskrzelach i zleca antybiotyk. Następnego dnia zostaje wykonana tomografia - dzień później ordynator K. osobiście przychodzi z informacją, że to ostre zapalenia trzustki, a nie zmiany nowotworowe. Mama czuje się lepiej i po kilku dniach wychodzi ze szpitala.
Zastanawiam się nad złożeniem skargi na ordynatora i lekarza prowadzącego oddziału. Mama powinna zostać należycie zdiagnozowana przed podjęciem decyzji o operacji. A jeśli szpital rejonowy nie miał funduszy na diagnostykę, powinien odesłać pacjenta do ośrodka wyspecjalizowanego i dofinansowanego przynajmniej na konsultacje. Kolejna sprawa to sposób potraktowania pacjenta: niedopuszczalne uwagi, lekceważące podejście i brak należytej informacji. Takie postępowanie kilku lekarzy niweczy dobrą opinię innych.
Najnowsze wiadomości
-
Dobre Strony czytania najmłodszym poznacie na Solnym
-
Awangarda elektroniki na festiwalu Avant. Przyjadą gwiazdy
-
Piątek we Wrocławiu. Zobacz miasto na zdjęciach
-
Wypadek na Legnickiej: ciężarówka potrąciła kilkulatka
-
Iran, Tajlandia, Wenezuela w jeden wieczór? To możliwe
-
Pojawiła się szansa na rozejm we wrocławskim MPK
-
Lotus, Lexus, Porsche - takie samochody zobaczysz w Hali Stulecia
- 6 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
14 głosów
-
Lekarz, czyli ten, który zawsze wie lepiej
mckwack
07.12.09, 21:21
szanowna Gazeto, rozumiem że obowiązują was prawa rynku, które nakazują uzyskiwanie wysokiej sprzedaży. Jesteście jednak również dziennikarzami, których obowiązuje obiektywizm, a ten »
-
Taki szpital powinien być natychmiast zamknięty!
xjerzy1
08.12.09, 07:26
A lekarz prowadzący natychmiast powinien być przesłuchany przez prokuratora za spowodowanie zagrożenia utraty zdrowia i życia.»
-
Lekarz, czyli ten, który zawsze wie lepiej
pawel_zet
08.12.09, 07:50
W naszych szpitalach wygląda to trochę tak, że ordynator to jakby pan feudalny i wszyscy, a przede wszystkim pacjenci, winni okazywać mu miłość i szacunek. Lekarze zaś działają zgodnie z »
Najczęściej czytane24 htydzień




